Cybernetyczny pies Alojzego Kontratowskiego

Ocena: 
0
Brak głosów

Ku pamięci Stefana Grabińskiego

 

Działo się to lat temu piętnaście. Zdarzenie zasnuło się ciemnosiwą ćmą spraw minionych, przybrało już kształty rozwiewne, niemal oniryczne. Jan Grot, krępy, zwalisty blondyn, o fizjonomii czterdziestolatka, zdołał jedynie zapamiętać emocje, jakie mu towarzyszyły owego pieskiego popołudnia, i tę jesienną, smętną i mglistą aurę. Listopadowe były to akordy, nader minorowe, lubo efektowne. A czas biegł nieubłaganie ku zimie jak życie ku śmierci, w sposób aż nazbyt widoczny i imperatywny.

 

***

Wybył Grot ze swych domowych pieleszy o pół godziny za późno tego dnia (po tym, jak otrzymał wiadomość następującej treści: „Baczność na warunki pogodowe! Gęste mgły i zamglenia. Widoczność ograniczona do zera”). Wybył… i nie mógł już uniknąć skazy na pedantycznie sporządzonym rozkładzie zajęć, wyliczonych i omówionych w kajecie. W taki oto sposób zwykła czynność rytualna, jaką miał być spacer, osiągnęła sferę zarezerwowaną dla spraw odświętnych, wyjątkowych, niesamowitych i nieszablonowych. I sama stała się przez to wyjątkiem, to jest spóźnionym spacerem, jego namiastką, mistyfikacją, poślizgiem i wynaturzeniem.

Ale sama rzeczy kolejność wcale to a wcale zmianie nie uległa. Tak więc naprzód pojawił się przydomowy ogródek, kiedy tak szedł Jan i biegł już prawie. I mężczyzna go minął, gdyż to właśnie codzienny jego rytuał przewidywał. Potem pojawiły się pole i mały lasek. I Grot to pole i ten mały lasek przeszedł, bo taki miał zwyczaj, a nade wszystko zamiar. Wspiął się następnie na sam szczyt Błatniej, którą zwał pieszczotliwie i po swojemu Holy Mountain. A wysoko się wdrapał, oj, wysoko, bo lubił się wdrapywać i nosić nieco zgarbiony. A temu jego lekkiemu przygarbieniu sprzyjał ów żmudny marsz ku górze właśnie. I tak to, powolutku, po cichutku, po dwóch godzinkach z hakiem, doczłapało nareszcie chłopisko do źródlisk i wykapów Jasienicy, zwanej w swym górnym biegu Jasionką.

A pora była przecudna. Wymizerowane, listopadowe słoneczko już dawno pokonało zenit i rozlewało po świecie złotą siejbą promyków. Za chwilę miało przestać być widoczne, gdyż na szumiące chwiejbą świerków i sosen ramiona boru z wolna opadała mgła. Perspektywa robiła się więc niemalże mroczna, choć wciąż jeszcze, daleko na horyzoncie gdziekolwiek okiem sięgnąć, siniała szaroburą wstęgą linia gór, pagórków, przełęczy, pasm i pasemek.

 

***

A był tam na jednym z przepastnych tarasów stawik śródleśny – takie całkiem pokaźne i dla zmysłów przyjemne oczko, którego słodkie zasoby wzięły się z od dawna nieistniejącej siklawy i wyczerpanych już źródeł. Kryształowo czyste wody zachęcały do wrzucania monet i wypowiadania najskrytszych nawet pragnień, najśmielszych nawet życzeń. Nikt tego jednak nie czynił, gdyż zmącić to mogło niczym nie zbrukaną toń i zaburzyć odwieczną wędrówkę promieni słonecznych po dnie oszałamiającej głębi. Nikt tutaj zresztą nie zaglądał i tego miejsca nie odwiedzał. Nikt prawie także – nawet okoliczni mieszkańcy siół i przysiółków – nie był świadom cudownych własności tego stawu.

Nim Grot zdołał przybyć i od strony lądu do brzegów sadzawkowych dobić, pojawiła się tu i na dobre zadomowiła mgła, która gęstniała z każdą minutą i każdą sekundą niczym studzona żelatyna del cucina. I widać było wyraźnie, jak całkiem już źrała jesień teraz właśnie osiągnęła swe apogeum, stając się kwintesencją wszystkich jesieni tego świata. Zastał więc Grot na miejscu ulepszoną niejako, wręcz wyidealizowaną postać swojej ulubionej pory roku.

A zastał tam coś jeszcze, prócz mglistej i smętnej otchłani. I to coś przykuło jego uwagę, wzbudzając w nim niewysłowiony i niekontrolowany wprost niepokój. Pulsujące światełko koloru niebieskiego, pełganie, którego nie powinno w tym miejscu być widać, unosiło się z całą zuchwałością i mocą antygrawitacyjnego pędu, jak ogromny znak zapytania nad sensem być albo nie być... i wzbijało, i wzlatywało, i wznosiło ku szczytom Holy Mountain. Grot stał tymczasem na drugim brzegu jeziora, naprzeciwko wiszaru… czy też raczej skarpy, która stanowiła w istocie jedno z wydatniejszych zboczy Świętej Góry. Stał jak wryty i zastanawiał się, czy już ma brać nogi za pas, czy też ma wytrwać na swym posterunku – skulić się i zmniejszyć do rozmiarów pytania i odpowiedzi: Co to, kto to? Czy to UFO, czy duch, czy błędny ognik jakiś? Zamarł, obrawszy strategię dzielności i chwały, tylko że bez chwały, i – kierowany ciekawością i zdrętwieniem mięśni podudzia – czekał na dalszy rozwój wypadków.

A tymczasem… po drugiej stronie sadzawki, na przeciwległym jej brzegu, stanął ciemnoszary i prawie metaliczny cyborg o zmutowanych i szklących się ślepiach, złych ślepiach. Miał ten skurczybyk aż pięć rogów i diademów w porywach siedem do dziewięciu. I gestem połyskującej w ledwie dostrzegalny sposób, metalicznej ręki począł mechanicznie wskazywać na Grota i go przywoływać. A ten ze strachu zbladł i zaczął marzyć o nowych i czystych galotach. I skulił się jeszcze bardziej, a przynajmniej tak mu się wydawało. Na to cyborg zareagował z chyżością iście diabelską i wykorzystał automatycznie swój nowy generator mocy akustycznych oraz coś jakby usta. Zagwizdał po trzykroć króciuchno, ale w sposób jednocześnie przenikliwie donośny, donośnie srogi i srogo posępny. A zagwizdał w sposób tak donośny i srogi, że aż to wzniesione, oddalone pełganie wyhamowało i w końcu się zatrzymało.

Zatrzymało się, zastopowało, zamerdało ogonkiem krotochwilnie i zawróciło w dół do swojego właściciela.

– Psiakrew – zauważył Jan Grot.

I zaczął siebie obwiniać za pospolite tchórzostwo oraz dawanie wiary ułudom i fantazjom (dobrze, że nie rozłożył go na łopatki pospolity bacillus ridiculentus). Po czym odwrócił się na pięcie i przepadł gdzieś we mgle. Także i cybernetyczny pies ze swym panem – dystyngowanym Alojzym Konratowskim vel Grajewickim, ubranym w metaliczny, modernistyczny szynel – powędrowali w siną dal Cieszyńskiego Pogórza.

 

***

I tak to sadzawkę pozostawiono na pastwę trzech niesamowitych niewiast: Nyks, Nefele oraz Sige. I tylko ciemność nocną porą nie była osiągalna ponad taflą wody, gdyż nastał czas niepokoju i gniewu. A kiedy nastał, gdy już nastał (albo nadszedł), zadrżała ziemia, zadęły trąby Apokalipsy. I wszystko się zaczęło. Jęło się z początku niewinnie – od pojedynczego bąbelka na powierzchni cieczy i jednej tylko wiązki światła, wydobywającej się spod dna, a skończyło na prawdziwej orgii dźwięków i kolorów. Oczko się na coś otwierało, a jego wody bulgotały i rozstępowały w popłochu. A wszystko dokoła syczało, wirowało, harcowało. Aż wreszcie, po dłuższym wyczekiwaniu i jakby rozruchu, dno zakipiało potworną kanonadą: bim, bum, bam! I ukazał się niewidzialny sezam. A w nim? Tak, nareszcie, to był on. To był Złoty Pociąg. Miał co prawda znajdować się pod Waldenburgiem, ale pojawił się w Beskidach. Oto bowiem, w tak spektakularny sposób, dawał o sobie znać ów figlarz, skądinąd znany z „Demona ruchu” Grabińskiego.