Batman. Tom 3: Jestem Bane – Tom King, David Finch i inni

Cień „Knightfall”

Marek Adamkiewicz

Pośród serii o Batmanie, które po „Odrodzeniu” zdecydował się wydawać w Polsce Egmont, ta główna okazała się, przynajmniej początkowo, najgorsza. Pierwsze dwa tomy zbiorcze prezentowały mizerny poziom, a serwowane przez Toma Kinga fabuły wypełniały nielogiczne i nieprzekonujące rozwiązania. Po ich lekturze można było odnieść wrażenie, że autor niespecjalnie czuje postać Nietoperza, nie ma pojęcia, dlaczego jest on tak popularny  i nie wie, z jakiego powodu czytelnicy darzą go uwielbieniem. Pozytywnych przesłanek przed tomem numer trzy było zatem naprawdę mało.

W konsekwencji wydarzeń zaprezentowanych w „Jestem Samobójcą” nad Gotham zbierają się czarne chmury. Do miasta zmierza bowiem Bane, jeden z najbardziej niebezpiecznych złoczyńców, z jakimi kiedykolwiek mierzył się Batman. Pan Zguba chce zemścić się na Nietoperzu za to, że ten najechał jego dom, odebrał mu Psychopirata, a jego samego zostawił ze złamanym kręgosłupem. Mniejsza o to, jakim cudownym sposobem kości zamaskowanego potwora znów są całe, liczy się  bowiem to, że wrócił on do  pełni sił, a co za tym idzie, w niebezpieczeństwie jest nie tylko sam Mroczny Rycerz, ale wszyscy, na których mu zależy.

Bane to prawdziwe nemezis Batmana. W rzeczywistości sprzed Flashpointu był niemal legendą, to on dosłownie złamał Nietoperza. Rzecz jasna poważne uszkodzenie kręgosłupa nie okazało się ostatecznym zakończeniem jego działalności jako zamaskowanego stróża prawa, jednak na dłuższy czas przeszkodziło Wayne’owi w pełnieniu jego niejawnych obowiązków. Nie można nie porównywać tamtego wcielenia Bane’a do tego zaprezentowanego przez Kinga, i niestety, to nowe wypada bardzo blado. Nie chodzi o samo fizys villaina, to jest bowiem imponujące. Muskulatura złoczyńcy robi wrażenie, a on sam wygląda przepotężnie, przypominając swoją dawną wersję (ach, te mięśnie mające własne mięśnie!). Problemem okazuje się jednak osobowość bandyty, którą wyraźnie uproszczono. Bane posługuje się nieskomplikowanymi zdaniami, często sprawiając wrażenie troglodyty, a jego ulubiona kwestia – Jestem Bane! – pojawia się na łamach komiksu kilkukrotnie, wywołując ostatecznie uśmiech lekkiego politowania. King nie stosuje zresztą podobnego zabiegu po raz pierwszy, w poprzednim tomie to Nietoperz latał po Santa Prisce, co chwilę powtarzając, że „złamie Bane’owi jego pieprzony kręgosłup”. Mając na uwadze, że antagonista to niezwykle wykształcony człowiek, zaproponowana przez scenarzystę interpretacja robi niestety wrażenie karykatury, momentami zbliżając się do niesławnej wersji z „Batmana i Robina”.

Fabuła trzeciego tomu „Batmana” jest stosunkowo prosta i zasadza się na pokazaniu drogi Bane’a do potyczki z Mrocznym Rycerzem oraz ich konfrontacji. King nie miał tyle czasu, ile twórcy niezapomnianego „Knightfall”. Jego opowieść została rozpisana na znacznie mniejszą liczbę zeszytów (swoją drogą, szkoda, że dzisiaj nikt nie tworzy już aż tak monumentalnych eventów, trochę mi ich brakuje) i to niestety widać. Przygotowania do bitwy pokazane są bardzo skrótowo, a rzecz tyczy się obu stron konfliktu. Zawodzi także sama walka, do tego wydaje się zupełnie niewiarygodna. Mam tu na myśli zwłaszcza sposób jej zakończenia, który jest po prostu pójściem na łatwiznę i policzkiem dla czytelnika wymagającego czegoś więcej niż najprostsze rozwiązania.

„Jestem Bane” nie okazuje się jednak komiksem całościowo nieudanym, co to, to nie. Podobać się może zwłaszcza otwierający całość zeszyt, który jest świetnie skonstruowany i pobudza ciekawość czytelnika błyskotliwym, acz łatwym do odwrócenia cliffhangerem na jego końcu. Na jego kartach Tom King popisał się ponadto poczuciem humoru, zwłaszcza w scenach posiłku w Bat-barze (jokeryzacja frytek – mistrzostwo!) oraz przypominając, że Alfred potrafi błysnąć cynicznym komentarzem. Szkoda, że ten luz zniknął zaraz potem, ustępując miejsca topornej nawalance. Kolejnym atutem tego tomu są dwie niezależne opowieści, które zamykają całość. Nie ma sensu za bardzo ich streszczać, są na tyle krótkie, że każda informacja może być potencjalnym spoilerem, jednak obie robią dobre wrażenie, przypominają też, że King potrafi pisać.

Za ilustracje odpowiada znany i lubiany David Finch. Artysta chyba doszedł do wniosku, że lepiej wychodzi mu rysowanie niż pisanie („Mroczny Rycerz” z „Nowego DC Comics” nie był najlepsza serią z Gackiem, jaką czytałem…) i faktycznie, rysunki w zamykającej swoistą trylogię „Jestem…” potrafią ucieszyć oko. Szczególnie dobrze prezentują się sceny konfrontacji Batmana z Banem, które są niezwykle dynamiczne i podnoszą nieco wartość tej nienajlepszej historii. Artysta w bardzo atrakcyjny sposób przedstawia bohaterów – podobać może się tu zwłaszcza wspomniany wcześniej Bane, który pokazany jest jako wypasiony paker i prawdziwy badass, czyli dokładnie tak, jak się tego spodziewałem.

Jaka jest zatem odpowiedź na pytanie czy Tom King napisał w końcu lepszą opowieść o Batmanie? Cóż, jakkolwiek bardzo bym chciał napisać, że „tak”, to niestety nie do końca byłaby to prawda. „Jestem Bane” to bowiem bardzo prosta, a momentami wręcz prostacka fabuła, która niespecjalnie angażuje czytelnika emocjonalnie. Na szczęście widać tu pewne symptomy poprawy, które pozwalają mieć nadzieję, że teraz, gdy King w znacznej mierze domknął w końcu wątki rozpoczęte w „Jestem Gotham”, poziom prowadzonego przez niego cyklu będzie lepszy. Osobiście na to liczę i mogę powiedzieć, że na zapowiedziany na listopad tom czwarty, „Wojnę żartów z zagadkami” czekam z pewną dozą nadziei. Ta bowiem umiera ostatnia.

Tytuł: Jestem Bane
Seria: Batman
Tom: 3
Scenariusz: Tom King
Rysunki: David Finch i inni
Kolory: Jordie Bellaire i inni
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Batman Vol. 1: I Am Gotham
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Comics
Data wydania: czerwiec 2018