Niezmywalna wina

Ocena: 
0
Brak głosów

Zuzanna bała się zmywarek. Nie bez powodu. W zmywarce zniknął Grześ, jej braciszek. Zdarzyło się to wiele lat temu, gdy dla wszystkich była “Zuzią” lub “Zuzą”, a o jej braciszku – tak wciąż nazywała go w myślach – nikt nie mówił inaczej niż “Grześ”. Tylko że Grześ nigdy nie został Grzegorzem, tak jak ona została Zuzanną. Nie miał nawet grobu, na którym widniałoby smutnymi literami przed nazwiskiem, rokiem urodzenia i rokiem śmierci dostojne “Grzegorz”. Nic z tego. Grześ zniknął pewnego pięknego dnia, gdy w kalendarzu jeszcze był maj, ale pogoda już czerwcowa. To właśnie wtedy Grześ zapadł się w zmywarkę. Tylko Zuzia to widziała i tylko Zuzia wiedziała dlaczego. I tylko Zuzi nikt nie potraktował poważnie – ani rodzice, ani policja, ani psycholog, ani wreszcie sama Zuzia, której wątpliwości rosły z każdym mijającym rokiem.

Było tak. Grześ wrócił z zerówki przyprowadzony przez mamę. Dostali obiad – Zuzanna do dzisiaj pamięta, że jedli barszcz – a potem mama wrzuciła naczynia do zmywarki i włączyła program. Wtedy jeszcze Zuzia nie bała się zmywarek. A potem ktoś zadzwonił i mama musiała wyjść. Zostali sami przy kuchennym stole opróżnionym z naczyń, nie licząc dwóch szklanek z kompotem, bo mama wierzyła w potęgę kompotu.

– Co masz? – spytała braciszka, widząc, że trzyma coś w dłoni.

– Samochodzik. Wyścigowy – dodał po chwili z wyraźną dumą, stawiając na stole czerwone auto.

– Skąd masz? – zapytała.

– Ukradłem Piotrusiowi.

– Masz grzech i pójdziesz do piekła – powiedziała Zuzia, patrząc na braciszka z mieszaniną grozy i fascynacji.

Grześ milczał, jeżdżąc samochodzikiem po blacie stołu. Wypili kompot i grzecznie poszli umyć ręce w zlewie w kuchni. Grześ, który oczywiście był wyższy, odkręcił kran i wtedy właśnie drzwi zmywarki zabudowanej w szafce na lewo od zlewu otworzyły się, a jej braciszek zniknął w kłębach buchającej pary. Zuzia nie krzyczała. Stała wpatrzona w zamknięte drzwiczki i nie rozumiała niczego. Krzyczeć zaczęła, gdy poczuła zimno i wilgoć. Stała w rosnącej kałuży. Niezakręcona woda lała się z zapchanego zlewu. Jako pierwsza przybiegła pani Paulina, sąsiadka z drugiego piętra. Rodzice pojawili się później. Grześ nie pojawił się nigdy.

A teraz, po latach, Zuzanna sama miała zmywarkę. Nie, to nie był jej pomysł. Staszek uznał, że ma dość ręcznego mycia naczyń i nic jej nie mówiąc, nie pytając, kupił zmywarkę. Gdy wróciła do domu z dwudniowego służbowego wyjazdu, zamiast szafki na chemię przywitały ją kosze, koszyczki i wirniki. Koszmar dzieciństwa wrócił. Nie powiedziała nic. Nie zrobiła sceny. Jaś, ich dziesięcioletni syn, był tak samo dumny z zakupu jak jego ojciec. Kochała ich przecież obu.

Siedziała, patrząc na drzwiczki zmywarki. Włączył ją Jaś, zanim wyszedł do kolegi. „Ciekawe, czy Jaś kradnie”, przemknęło jej przez głowę. Bulgot z jakim urządzenie pobierało wodę kojarzył się jej z napełnianiem kotłów. Blllllllll, brrrrrrrrr, bddddddd,du, du, du i znowu blllllll. Coraz więcej i więcej. A potem rumor wirników, nie-wirników i woda waląca się na świat. I syk, zły, złowieszczy syk parującego płynu. Widziała kotły, wielkie, żelazne, stojące na paleniskach i wodę buchającą białymi kłębami. A w kotłach… Otrząsnęła się. “To przecież tylko zmywarka”. „Tamto się nie wydarzyło”. Patrzyła na blat stołu, jedyne prawdziwe drewno w ich mieszkaniu. I wtedy usłyszała. “Zuz o, Zuz o, Zuz o”. “Zuz o, Zuz o, Zuz o”. Syk i szum i znów “Zuz o, Zuz o, Zuz o”. U sąsiadów zapłakało dziecko. Zuzanna wyszła z kuchni, cicho zamykając za sobą drzwi.