Duch rozłamu

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

A więc tak umiera rewolucja. Samotnie, w niechcianej willi...

Młody, odziany w mundur armii cesarskiej mężczyzna westchnął rozdzierająco i spojrzał na trzymaną w dłoni szablę. Stanowiła ona w jego oczach zarówno cenną pamiątkę rodzinną, jak i ślad dziedzictwa, którego nie chciał. Scheda dumnego szlacheckiego rodu ciążyła mu wprawdzie, ale zawsze doceniał dobrą stal. Z wolna schował broń do pochwy zawieszonej na pasie, a jego spojrzenie przeniosło się na otoczenie. Pomieszczenie z pewnością pamiętało lepsze czasy – z brudnych ścian odchodziły warstwy tynku, okna zostały dawno powybijane, a podłogę pokrywały szczątki mebli, kurz oraz fragmenty szkła. “Zanim nasza rodzina popadła w niełaskę, to było jedno z ładniejszych miejsc w stolicy” – pomyślał. Wtem jego uszu dobiegły odległe – lecz zbliżające się z każdą chwilą – syreny i odgłosy wystrzałów. Każda chwila spędzona w tym miejscu zwiększała ryzyko, że wyśledzi go któryś z patroli.

Szczęśliwym trafem udało mu wymknąć podczas ostatniej obławy cesarskiej milicji na kwaterę główną i zgubić pościg, kosztowało go to jednak dwie paskudne rany postrzałowe nieco powyżej lewego kolana. Nie wiedział również, co dzieje się w mieście – przez ostatnie pół godziny wyczekiwał odgłosów pogoni, lecz teraz dobiegały do niego tylko odległe echa walki.

Z jękiem podniósł się z ziemi, poprawił ułożenie szabli oraz spoczywającego w kaburze rewolweru i ostrożnie zaczął kuśtykać w kierunku tylnego wyjścia z posiadłości. Minął drzwi prowadzące do kuchni i pokoje służby, dotarłszy do wrót, przystanął na chwilę, głęboko odetchnął i ruszył poprzez okalający budynek niewielki park. Kręta dróżka zaprowadziła go do tylnej furtki w obejmującym posesję ogrodzeniu. Przekroczywszy bramkę o zgruchotanym zamku, znalazł się na ciemnej, brukowanej uliczce, z której skierował się ku dzielnicy slumsów. Musiał dotrzeć do najbliższej komórki rewolucjonistów, opatrzyć rany i dowiedzieć się, co się dzieje.

W jego głowie kłębiło się wiele pytań. Miastem wciąż wstrząsały wybuchy, czyżby obława trwała? Może zaatakowano również resztę kryjówek? Jeśli tak – to które? I kto, do cholery, ich wydał...?

Po chwili doszedł niemalże do styku ulic Szewskiej i Rzeźnickiej, gdy wtem zza rogu wyłonił się patrol cesarskich żołnierzy. Mężczyzna zamarł na moment, przerażony perspektywą schwytania, po czym rzucił się w kierunku bocznej uliczki. Gwałtowne szarpnięcie nie pozostało bez wpływu na jego ranę – paroksyzm bólu przetoczył się od łydki aż po miednicę, wybuchając tysiącem iskier przed oczami. Pozostawała mu tylko nadzieja, że nie pogorszył jeszcze swojego stanu.

– Hej, ty! – krzyknął idący na przedzie oficer. – W imieniu cesarza rozkazuję ci się zatrzymać!

Mężczyzna zaklął, wiedział, że teraz już nie uniknie schwytania. A w jego przypadku było to równoznaczne ze śmiercią – jedynym, na co mogli liczyć spiskowcy, był szafot. Dokuśtykawszy do dużej beczki w zaułku, w którym usiłował się skryć, przyczaił się za nią, odbezpieczył rewolwer i wycelował w ujście alei. Stukot podkutych obcasów był coraz bliżej, chwila dzieląca ich od konfrontacji zdawała się trwać godzinami, lecz kiedy w końcu stanęli twarzą w twarz, ścigany zdał sobie sprawę z jednego. Oficer ewidentnie nie spodziewał się oporu ze strony rannego. Mężczyzna wypalił z rewolweru, zdołał jednak jedynie postrzelić go w ramię, kolejna kula posłana w jego kierunku chybiła głowy ledwie o kilka milimetrów. Tymczasem kolejni wrogowie zaczęli się pojawiać u wylotu zaułka; ścigany czuł, że zbliża się moment jego śmierci, że cała walka to tylko odwlekanie nieuniknionego… Szkoda mu było tylko tego, że nie zdoła zabrać ze sobą chociaż kilku z nich. Z narastającą, bezradną agresją wychylił się ze swojej kryjówki, aby oddać kilka ostatnich strzałów, jednak w tym momencie oponenci padli, skoszeni serią broni automatycznej. Powietrze wypełniły wystrzały i krzyki umierających, po chwili przez ulicę przetoczył się potężny opancerzony automobil z zamontowanym karabinem maszynowym. Do zaułka wbiegła dwójka mężczyzn w obszarpanych ubraniach, ze zdobyczną bronią. Niższy z nich uśmiechnął się szeroko i wypalił:

Nic się nie bój, towarzyszu, proletariusz nigdy nie będzie sam! Ja jestem Karl, to jest Tadeusz, uderzamy pancerniakiem na Pałac Cesarski, by rozwalić to gówno w chuj. Jedziesz z nami?

Co?!

Rewolucja się zaczęła! Całe podziemie chwyciło za broń – powiedział drugi.

Cholera, myślałem, że nie jesteśmy gotowi na walkę. Kto w ogóle wydał rozkaz? – mężczyzna splunął na chodnik. – A z resztą, i tak jestem ranny. Dużo nie zdziałam.

Spokojnie, mamy tutaj medyka i morfinę. Skoro i tak już o nas wiedzą, a jedyne, co mamy do stracenia, to kajdany… – Karl wzruszył ramionami, jakby nie przejmował się możliwymi konsekwencjami. – To jak, idziesz z nami, panie…?

Dionizy. Nazywam się Dionizy – westchnął, czując, że to będzie absolutnie katastrofalna decyzja. – To gdzie jest ta morfina?