Piasek pod powiekami

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Tasha śni kilka razy w swoim życiu.

Za pierwszym razem ma w uszach Danny’ego pomieszanego z jakimś dzikim jazgotem i sennymi melodiami Zachodu. Oh, nana, the pipes the pipes are calling, nana, down the mountain side. Upał czuje jedynie na skórze zdrowej ręki, a tę drugą, metalową, unosi do czoła, by sprawdzić, czy faktycznie śni, czy to pot, czy ma ten śmieszny kowbojski kapelusz na głowie. To jest pierwszy ułamek snu – Tasha i jej ręka, i Dziki Zachód, którego nie widać nigdzie. Wszystko tak naprawdę składa się z niepoukładanych fragmentów.

The summer’s gone, mruczy jej ktoś ostatni raz i sen znika.

Za drugim razem czuje wiatr Paryża, bagietki, eleganckie Francuzki, wieżę Eiffla – wszystko, co o Paryżu wie i co nadaje się do snu. W głowie Edith Piaf, jakaś marsylianka, w nosie Coco Chanel. Ten sen jest krótszy niż mgnienie, a to z kolei jest krótsze niż połowa sekundy, która z kolei… Budzi się, gdy ktoś chwyta ją za tę drugą rękę.

Jest jeszcze parę innych fragmentów wyrwanych z większych całości – Afryka, dudniąca muzyka bębnów, skonstruowanych z… nie. Nie, Afryka, bębny, upał. Ameryka, blues i Bessie Smith. Panic! At The Disco? To nie blues, ten gatunek – stop. Islandia, zimno, Björk. Zawsze ma tę dobrą rękę, pokrytą skórą, na której może być pot, którą można odmrozić, i tę drugą, od sprawdzania, czy śni.

– Jak się dziś czujesz? – pyta 13; on zawsze jest dla niej najmilszy. Do oglądania filmów przynosi krówki, a czasem nawet żelki, słodkie albo kwaśne, takie szczypiące w język, więc Tasha w ogóle nie ma wrażenia tego dziwnego kłucia, jakie zwykła czuć od niedawna podczas wizyt innych, zwłaszcza 5. – Skala do dziesięciu, jak zwykle.

(Stres, wypływa później na powierzchnię jej świadomości tak dziwnie, że niemal czuje przesuwające się trybiki. To stres występuje przy wizytach 5. Oczywiste, powinna wiedzieć wcześniej. Pewnie będzie coś do naprawy, mechaniczka już za siedem dni, cztery godziny, dwie minuty i pięć sekund.)

Siedzą w jej pokoju, jedynym miejscu w całym laboratorium nadającym się do śnienia, Tasha opiera głowę o kanapę, miękką i czerwoną, 13 tylko kawałek od niej, na wyciągnięcie ręki. Tej nowej, zdaje się, że porządniejszej. W telewizji powoli i leniwie przewija się jakiś czarno-biały western – mężczyźni w szerokich kapeluszach, dużo strzelaniny, konie. Jeden okropnie brzydki aktor.

– Siedem i dwie czwarte – mówi Tasha, przypominając sobie zimno Islandii na zdrowej ręce. Czuje drgający smutek, który jest tak naprawdę prostą reakcją… – Smutno mi.

13 notuje, uśmiecha się, a potem wskazuje na jej drugą rękę.

– Podoba ci się? Ludzka, coś nowego. Będzie podobnie jak z przełykiem, no, powiedzmy.

Tasha kiwa głową.

– Inna

– Dobrze – odpowiada 13. – To dobrze, masz tu krówkę, twoja ulubiona.

Tasha żuje krówkę, naprawdę smaczną, chyba najlepszą z piętnastu, jakie do tej pory jadła, i tylko lekko zerka 13 przez ramię, który notuje na swojej tabliczce: android T.A5A, stan stabilny. W tle zaczynają grać jakąś melodię, dziwnie tęskną i znajomą, ściskającą ludzki przełyk. Dlaczego nie pamięta, przecież…

– Co to? – pyta, wskazując głową w stronę telewizora.

– Piosenka? Chyba Danny Boy. – 13 wzrusza ramionami. – Coś u ciebie ostatnio kiepsko z rozpoznawaniem, musiałaś jej jeszcze nigdy nie słyszeć. Osobiście całkiem ją lubię, chociaż jest trochę smętna.

– Nie pasuje.  – Tasha kręci głową. Coś tu nie jest w porządku. – Do filmu – wyjaśnia, zauważając badawcze spojrzenie 13, jego dłoń centymetr bliżej tabliczki. – To piosenka stworzona…

– Och, w porządku – przerywa jej ze śmiechem i coś zapisuje. Odwrócił się nieco, więc Tasha nie może już zerknąć mu przez ramię. Szkoda? Ciekawość, to jest ciekawość. – Chyba po prostu im pasowała do filmu, wiesz? Odpowiednio dramatyczna.

Tasha powoli kiwa głową, obserwując przesuwający się obraz, jakąś strzelaninę, ciała i trochę nie-czerwonej krwi. Odpowiedni nastrój. Chce powiedzieć 13, że to o tym parnym Zachodzie i o tej piosence śniła i powinna ją znać, ale przypomina sobie, że notował dziś więcej niż zwykle, więc tego nie robi. Fragmenty snów przez dokładnie dwie sekundy wirują jej przed oczami. Chce zapytać, czy to w porządku, ale coś nadal powstrzymuje ją przed rozmową, może następnym razem, tak, ma obowiązek powiedzieć następnym razem wszystko. Źle się czuje, to też powinna zgłosić głównej mechaniczce. Film kończy się zachodem słońca, które jest brzydkie i szare.

Zanim wychodzi, 13 zostawia jeszcze jedną krówkę, ale na twarzy ma grymas, na który Tasha nie znajduje jeszcze odpowiedniego kodu. Może po aktualizacji będzie lepiej?

– Okej? – Wkłada tabliczkę do kieszeni fartucha i znów uśmiecha się łatwo do zaklasyfikowania.

– Okej – odpowiada Tasha ostrożnie; nie wiedzą, czy na pewno, dokładnie w stu procentach, udzieliła szczerej odpowiedzi. – Następnym razem przynieś żelki. I obejrzyjmy coś w kolorze, proszę.

Obserwuje go, jak zamyka drzwi, po tym w brzuchu robi jej się lepiej, w głowie za to gorzej. Przynajmniej kolejna krówka smakuje nieźle. Jednak siedem i jedna czwarta.