Ideał

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Wszystko jej doskwierało. Wszystko. Nie istniał obszar, który nie miałby wad. Rzeczy rozczarowywały brakiem dopracowania. Tematy nudziły banałem. Ludzie okazywali się w końcu niegodnymi zaufania partaczami. Gdziekolwiek by nie spojrzała, widziała sączące się trucizną pęknięcia. Nawet najbardziej wygładzona powierzchnia pod spodem miała zepsuty środek. Niedociągnięcia raziły wszędzie, tylko on jeden pozostawał doskonały.

Gdy się spotkali, nie była w stanie uwierzyć, że oto nagle stała się świadkiem cudu. Mężczyzna idealny – od posągowej postawy, po anielską osobowość – zjawia się w jej życiu i tak po prostu bierze ją za rękę.

Miał staż w ich firmie. Przyszedł któregoś ranka i z tym nieśmiałym uśmiechem poprosił, by go wsparła doświadczeniem. Potem, przez kilka kolejnych tygodni, prowadziła go po meandrach zawiłego systemu raportowania i, po raz pierwszy odkąd się tu znalazła, mówiła o tym tak, jakby te tabelki były coś warte.

Ach, jak dobrze wspomina tamte dni. Czy to możliwe, by jeden człowiek wnosił tyle światła? Ależ się śmiała z jego dowcipów. Jakże lubiła opowieści, które mogły być o niczym, byle snuł je bez końca.

Pewnego dnia przyniósł jej kwiaty. Później spędzili wieczór w kinie. Nie pamięta, jaki to był film. Liczyło się wyłącznie ciepło jego rąk i odurzający zapach męskich perfum.

Spacerowali godzinami, milcząc przez większość czasu. On z uśmiechem zaprawionym melancholią. Ona wpatrzona w niego jak wyznawca w swego bożka. Nic poza nim nie widziała. Niczego poza nim nie słyszała. Świat skurczył się do jego rozmiaru i przemawiał do niej tym głębokim barytonem.

Aż zaczęła dostrzegać tamte kobiety. Nie mogły znieść jej szczęścia. Suki! Nie potrafiły zaakceptować cudu, który dział się na ich oczach. Były niczym harpie i już niedługo miała się przekonać, że nie dadzą im spokoju.

– Chyba nie myślisz, że pozwolimy ci się cieszyć takim skarbem? – szeptały wokół karminowe szminki.

– Uważasz, że możesz się z nami równać? – Stukały w blaty zaostrzone tipsy.

– Czyżbyś nie wiedziała, że nasze usta, uda i sutki są właśnie tym, na co zasługuje?

Były wszędzie – w biurze, w metrze, na błoniach i w muzealnych salach. Spoglądały na nią z pogardą, jakby ta radość zdarzyła jej się tylko przez przypadek.

Musiała działać. Musiała! Człowiek powinien bronić ideałów, a przecież on jest ideałem i akurat w to nikt nie powinien wątpić.

Próbowała go chronić. Odgradzała go od tych szeptów, ale im mocniej się starała, tym więcej ich było.

Cóż one wyprawiały! Jak się naprzykrzały! Zaczepiały go na ulicy. Dręczyły SMS-ami. Wymyślały setki pretekstów, byle ich rozdzielić. Suki!

Czy mogła patrzeć na to obojętnie? Nie, w żadnym razie! Miała prawo do interwencji. Więcej! To był jej obowiązek!

Nie, nie wymyśliła tego wcześniej. Nigdy w życiu! Pomysł dopadł ją nagle. Jechali razem nad morze. Podróż trwała kilka godzin i on czuł się taki zmęczony. Zmienili się za kierownicą i już myślała, że on zdoła wreszcie odpocząć, gdy zadzwoniła Kryśka.

Nie, nie, to nie był pierwszy raz. Ta była z nich najwytrwalsza. On, jak na dobrego człowieka przystało, wysłuchał jej z tym nieobecnym uśmiechem i przytakiwał na każde słowo. Dopiero wtedy pojęła, że musi go od tego uwolnić raz na zawsze, a to drzewo okazało się idealne. Stało na poboczu, jakby czekało.

To prawda, znała różne sztuczki. Ojciec był kiedyś rajdowcem. Wystarczyło przekręcić kierownicę i pociągnąć za hamulec ręczny. Obróciło ich – dokładnie tak jak przewidziała. Nie! To nie było mocne uderzenie. Przecież nie szarżowała! Po prostu czuła, że oboje muszą coś poświęcić.

Któż pojmie, ile wtedy wycierpiała? Kto jest w stanie objąć taki bezmiar bólu?

Wyciągnęli go. Krew miał wszędzie. Mnóstwo krwi. Znacznie więcej niż myślała.

Czuwała przy nim całe noce. Nawet na krok nie odeszła od łóżka. Nikt jej nie zarzuci, że w czymkolwiek go zaniedbała. Odjęłaby od ust ostatni kęs, byle miał wszystko, czego potrzebował.

Jak jest teraz?

Dobrze. Nie mogłoby być lepiej. Dużo spacerują, a nowy wózek świetnie się prowadzi. Wjeżdża z nim nawet pod górę. On zawsze lubił patrzeć na miasto z tamtych wzniesień, dlatego są tam niemal co dzień. Często milczą, a wtedy on ma w oczach jakby więcej melancholii. Ale ona to szanuje. Zawsze był trochę nieobecny. Najważniejsze, że te harpie już za nim nie łażą. Odczepiły się. A jakże! Która z nich jest zdolna do takiej miłości? Czasem patrzą na nich z politowaniem. Suki! Nie rozumieją. Nic nie rozumieją!

Człowiek musi bronić ideałów, a on będzie nim już na zawsze.