Gniazdo – Terry Goodkind

Gniazdo grubymi nićmi szyte

Aleksander Księżopolski

Terry Goodkind zasłynął swoim nadzwyczaj popularnym cyklem „Miecz prawdy” i wydaje się, że dopiero niedawno zaczął wychodzić ze swoją twórczością poza historie w jakiś sposób do niego nawiązujące. „Pierwsze prawo magii” było powieścią dość przeciętną jak na standardy fantasy i cierpiącą nieco przez polski przekład, ale chwytającą za serce i angażującą czytelnika. Zobaczywszy „Gniazdo”, nie mogłem sobie odmówić recenzji najnowszej książki tego autora.

W  powieści Goodkinda śledzimy losy Kate Bishop, audytorki ds. bezpieczeństwa w swojej firmie, której brat, John, został brutalnie zamordowany. Wkrótce okazuje się, że stało się to z powodu daru rozpoznawania morderców, który posiada również Kate. Życie bohaterki robi się nieciekawe, bo zaczyna czuć na karku oddech zabójcy. Brzmi intrygująco, lecz tylko z początku. Pomijając oczywiste ustępstwa, jakie czytelnik musi uczynić, by uwierzyć w ten dar, powieść szybko traci na wiarygodności. Początkowe fazy, w których Kate oswaja się z rzeczywistością po śmierci brata, jej rozmowy z policjantką Janek i elementy życia zawodowego (pośrednim powodem śmierci Johna była jej przedłużona delegacja), a także korporacyjna machina, na której fabuła się nie koncentruje, są najlepszymi elementami tej historii. Potem, niestety, sprawy przybierają dziwny i dość absurdalny obrót: po spotkaniu Jacka Rainesa, który wtajemnicza ją w realia świata przestępców, wchodząc do darkwebu przez laptop na wystawie w sklepie z elektroniką, zaczynają treningi walki wręcz w hotelowym pokoju, a Kate bezproblemowo używa wyjątkowo trudnej techniki zabijania po tym, jak ją raz zobaczyła. Interwencja Mosadu i ogółem całe zakończenie też trudno uznać za wiarygodne jak na standardy powieści.

Na domiar złego „Gniazdo” to strasznie przegadana książka. Nie będzie przesadą, gdy powiem że na 450 stron przypada 300 stron dialogów, a raczej monologów; albo oficer Janek, która wprowadza teorie Jacka, albo Jacka, który je potem rozwija i dodaje kolejne. Rozumiem potrzebę uzasadnienia fabuły, ale to jest naprawdę przesada. Raines w książce jest autorem „Krótkiej historii zła”,w której opisuje swoje obserwacje na temat supermorderców, i niewiele brakuje, by została ona streszczona czytelnikom, ze szkicem kontynuacji („Długą historią zła”) w bonusie. Autor próbował zamaskować te rozmowy przez poszatkowanie ich na krótkie rozdziały, kończone w założeniu efektowną puentą, które szybko męczą. Tempo fabuły jest ślimacze: w połowie książki główna bohaterka po raz pierwszy musi walczyć o swoje życie (chwilowa ulga od monologów), by potem spędzić kilka dni na słuchaniu o tym, że ludzie mają morderstwo wpisane w DNA. W efekcie, gdy bohaterka w końcu podejmuje jakąś decyzję co do własnych losów, do końca powieści zostaje mniej więcej sto stron. I co w takim momencie ma czuć czytelnik, jeśli nie zbliżający się nieubłaganie dramatyczny finał?

Blurb obiecywał niebezpieczną wyprawę do zaułków darknetu, ale prawda jest taka, że ten wątek pociągnięty jest w trzech miejscach i brzmi jak skopiowany z wykładu jakiegoś kolegi informatyka lub z artykułów po aferze, gdy Apple odmówiło stworzenia backdoora iPhone’a dla FBI albo z filmu instruktażowego o zagrożeniach w sieci. Darknet przedstawiono jako miejsce spotkań morderców i handlarzy narkotykami, gdzie bardzo trudno się dostać – więc autor z ochotą przytacza nam instrukcję, w której brakuje tylko lokalizacji folderów, do których mamy zainstalować przeglądarkę TOR. Co gorsza, wszystko to dzieje się na przestrzeni 60 stron, kiedy bohaterowie stoją w sklepie z elektroniką i hakują komputer z wystawy. Efekt jest groteskowy, bo te 60 stron to monolog przerwany w dwóch miejscach przejściem jakichś postronnych osób. Oczywiście nie może zabraknąć też bitcoina, będącego krwawą walutą, którą opłaca się najróżniejsze rzeczy – „od małych dziewczynek po uran”, a opis konstrukcji strony internetowej wykorzystywanej przez morderców, zakrawa o kpinę.

À propos „strony” internetowej: trochę o języku. Największą bolączką „Pierwszego prawa magii” był przekład, w którym roiło się od kalek. Tutaj jest trochę lepiej, chociaż używanie zwrotów takich jak „źli goście” czy „źli faceci” jako zamiennik na, jak zgaduję, „bad guys” kole w oczy, tak samo jak „na pewno mnie nabierasz”, które miało być „you gotta be kidding me” (jak zgaduję, oczywiście). Wielokrotnie pojawia się określenie witryna internetowa – choć jest to wyrażenie słownikowo poprawne, kontekst błagał o rozluźnienie stylu, bo stronę potem pojawiało się takie słowo jak lurker – bez wyjaśnienia, kto to – oraz hejt. Tyle od strony tłumaczki – Lucyny Targosz. Fakt, że Goodkind uprawia straszne wodolejstwo i nieraz połowa akapitu była powtórzeniem informacji, które serwował wcześniej, a niektóre fragmenty wyglądają tak, jakby pisał je debiutant ze szkoły podstawowej, to inna sprawa.

Summa summarum nie wiadomo, czy to jest thriller, czy wykład z fantastycznej kryminologii. Gdybym miał więcej złej woli, doszukiwałbym się w tej powieści pretekstu do wylania pomyj na współczesną rzeczywistość, gdzie głównym złym jest Internet, który równa seryjnych morderców nagrywających streamy z katowania swoich ofiar z dwunastolatkami popychającymi rówieśniczki do samobójstwa. Niestety nie mogę polecić tej książki, chyba że czytelnikowi, który lubi grubymi nićmi szyte teorie o tym, dlaczego świat jest zły, bo na pewno wartkiej akcji tutaj nie uświadczymy.


Tytuł: Gniazdo
Tytuł oryginalny: Nest
Autor: Terry Goodkind
Tłumaczenie: Lucyna Targosz
Wydawnictwo: Rebis
Data wydania: 2018
Liczba stron: 431
ISBN: 978-83-8062-283-8