Bierstrasse

Ocena: 
0
Brak głosów

Są zatem tacy, którym za nic

Poznania przekraczanie granic.

Jacek Kaczmarski

 

– Panie Marku, proszę się tak nie wiercić. Całe nano pan zrzuci i trzeba będzie powtarzać kąpiel. – Dolna część twarzy robota wyrażała zatroskanie. Górna, z obiektywami kamer i zupełnie gładkim, metalicznym czołem, nie wyrażała niczego. Taki wygląd robota opiekuńczego miał być rozwiązaniem problemu doliny niesamowitości. Naturalna mimika twarzy poniżej oczu i nos, którym robot potrafił poruszać, miały ułatwiać komunikację z ludzkim rozmówcą. Zadaniem mechanicznej części twarzy i góry głowy, wyglądającej jak blaszane pudełko na buty, było minimalizowanie dyskomfortu, który z kolei wywoływały maszyny zbyt humanoidalne. Teoria wydawała się dobra. Budżet na testy był mały. Roboty robiły upiorne wrażenie… Jednak, o dziwo, okazało się, że korzystający z ich pomocy pacjenci i pensjonariusze domów opieki stosunkowo szybko się przyzwyczajali. Zwykle…

– Kiedyś kąpiel polegała na wzięciu prysznica lub zanurzeniu się w wannie, wiesz? – Nagi, leżący na brzuchu stary mężczyzna odwrócił się do robota.

– Wiem. Panie Marku, proszę się nie wiercić.

Trwali w milczeniu. Mężczyzna wyciągnięty na łóżku i stojący nad nim robot, kontrolujący postęp kąpieli.

– Teraz proszę położyć się na plecach. Pomogę panu. – Robot umiejętnie obrócił starca. Patrzyli sobie w oczy i kamery.

– Miałem nadzieję, że przed śmiercią jednak raz jeszcze odwiedzę Poznań.

– Panie Marku, nie musi pan umierać. – Twarz robota znów wyrażała troskę.

– Nie muszę, nie muszę, ale już zdecydowałem. Siostra Samanta była nawet pytać, czy na pewno. Przyszła kilka tygodni temu, wystraszona jak pies bojący się burzy. Wiesz, że budzicie w niej strach? Szczególnie gdy tak idziecie jeden za drugim i jedna za drugą, by się naładować w korytarzu.

– Wiem. – Tym razem obie części twarzy robota nie wyrażały żadnych uczuć.

– Siedzi, biedna, w tej swojej dyżurce, patrzy na was i ciągle łyka jakieś tabletki. Tak to przynajmniej wygląda na podglądzie. Ładuj się może tutaj.

– Dobrze, jutro naładuję się w pańskim pokoju.

– No tak, jutro… – Twarz mężczyzny również nie wyrażała żadnych emocji. – Byłem kiedyś w Poznaniu, wiesz?

– Wiem. A teraz masaż. – Robot pomógł mężczyźnie wstać i przeprowadził go na stół do masażu. Wprawnymi, zupełnie ludzko wyglądającymi dłońmi zaczął ugniatać ramiona podopiecznego.

 

– Czy Poznań bardzo się zmienił?

– Bardzo. Nie ma już wałów ziemnodrewnianych ani późniejszych murów. Nie ma też cytadeli po północnej stronie miasta.

– Pytam o czas, w którym tam byłem, a nie o czasy Mieszka albo Przemysła i Rychezy. Wiesz, kiedy byłem w Poznaniu? Gadaj tu z robotem…

– Wiem. Poznań zmienił się bardzo. Już puszczam film. Woli pan widzieć obraz satelitarny czy z dronów?

– Wszystko jedno.

Po chwili na soczewkach starca pojawiły się kolorowe, trójwymiarowe obrazy metropolii, której granice umykały oczom. Wieżowce tonące w chmurach i w zieleni, tunele, mosty, sznury jadących i lecących pojazdów, błyszczące konstrukcje niewiadomego przeznaczenia i setki, tysiące ludzi. Zdrowych, zadbanych, ubranych kolorowo, goniących w jakichś własnych sprawach. Wraz z ludźmi roboty. Roboty niosące zakupy, pilnujące dzieci, sprzedające i reklamujące towary, masujące, gotujące, piorące, leczące. Ba, nawet tańczące i uczące tańca. Wszystko to pokazane w kilka chwil. Prezentowane z góry w dużej perspektywie i z kamer poumieszczanych w lokalach i noszonych przez mieszkańców.

– Jak z filmu SF. Już wystarczy. – Mężczyzna odchylił lekko głowę, by choć trochę widzieć robota wciąż zajętego masowaniem jego ramion. – Ładnie to wygląda. Ale ludzki pęd wciąż ten sam. Byłeś w Poznaniu?

– Jestem z Poznania.

Starzec uniósł się na rękach. Dłonie robota odsunęły się od jego pleców, ułatwiając mu ruch.

– Jak to? – Znów kamery i oczy spotkały się na krótką chwilę. Człowiek był zaciekawiony. Robot obojętny.

– Zostałem skonstruowany w Poznaniu. Tam też będę poddany utylizacji. Panie Marku, proszę się położyć i nie wiercić. Trzeba dokończyć masaż.

– Nie wiem po co – powiedział mężczyzna, kładąc się jednak z powrotem na stole. – To znasz Poznań?

– Byłem testowany na ulicach i w budynkach. Testy były bardzo krótkie. Poznań jednak znam świetnie ze źródeł cyfrowych.

– A znasz Bierstrasse? – Gdyby w stole do masażu były kamery, robot zobaczyłby wesoły uśmiech swojego podopiecznego.

– Znam – odpowiedział robot, widząc minę starca w obrazie z jednej ze ściennych kamer.

– Akurat, to gdzie to jest?

– W sieci.

– To co to jest?

Głos robota, do tej pory dość ładnie modulowany, stał się lekko monotonny:

– "Bierstrasse", opowiadanie Rafała Charłampowicza. Ukazało się w „Szortalu” nr 62 (sierpień 2018).

– Ha, mam cię. – Śmiech mężczyzny znów uniemożliwił pracę masażyście. – Trzeba cię sprawdzać. Jak się pytam, czy coś wiesz, zawsze mówisz, że wiesz, a gdy dopytać, to wychodzi, że nie wiesz. Już wystarczy tego masażu. Procedury procedurami, ale ja jutro umieram.

Robot znów nie okazał żadnych emocji.

– Dobrze, możemy odłożyć masaż na jutro. Procedury pozwalają na jednodniowe przesunięcia, gdy pacjent wyraźnie nie życzy sobie zabiegu. Czy podać kawę?

Byli w niedużym, bardzo skąpo umeblowanym pokoju. Stolik, miękko wyściełane krzesło, dwie półki na jednej ze ścian, puste, nie licząc małego kaktusa w czerwonej doniczce. W oknie widok na gęsty las. Stary człowiek siedział na krześle i pił kawę z dużego kubka. Robot, gdy upewnił się, że wypełnione tylko do połowy naczynie nie stanowi zbytniego wyzwania dla drżącej ręki podopiecznego, usiadł naprzeciwko na podłodze. Po turecku, w pozycji, z której jego konstruktorzy byli bardzo dumni.

– Nie powinien pan pić kawy przed snem, panie Marku. – Robot wyrażał troskę zarówno głosem, jak i mimiką. Jego moduł konwersacyjny czasami bywał rzeczywiście dobry.

– Wiedziałem, że nawet dzisiaj sobie nie odpuścisz. – Mężczyzna upił kolejny łyk. – Przełącz widok na real.

Po chwili gęsty las w oknie zastąpił krajobraz oglądany z dużej wysokości. Buzujące miasto w dole i morze na dalekim horyzoncie. Robot wiedział, że aby konwersacja się toczyła, musi o coś zapytać. Jego analizatory przeszukiwały ostatnie rozmowy z człowiekiem pod kątem potencjalnych tematów.

– Co to jest Bierstrasse? – zapytał.

Mina starca była wyraźnym potwierdzeniem, że trafił dobrze. Człowiek odstawił kubek na stolik i uśmiechnął się. Ba, nawet się wyszczerzył, demonstrując kompletne uzębienie.

– O, chciałoby się wiedzieć, co? Nie co, a gdzie. Nie powiem ci, gdzie to jest. I ty czegoś nie wiedz. Ale opowiem ci o tym miejscu. Tylko przynieś mi kieliszek wina. I – dodał po chwili – karambolę. Pokrojoną w plastry! – zawołał za wychodzącą maszyną.

Po kilku minutach robot wrócił z kieliszkiem i talerzykiem z owocem. Postawił wszystko na stoliku i usiadł w poprzedniej pozycji.

– Lepsze byłoby białe, ale niech będzie. – Mężczyzna spojrzał krytycznie na kieliszek. – I czemu nalane tylko do połowy? Oszczędzacie?

– Tak się podaje – odpowiedział robot.

– A ta karambola świeża? Słabo pachnie i jakaś taka bardzo żółta…

– Spełnia normy owocu zdatnego do spożycia.

– Prawie bez smaku. – Mężczyzna zjadł pierwszy gwiaździsty plaster. A potem drugi. – Słuchaj o Poznaniu.

 

– To było zimą. Pojechałem do Poznania poszaleć. Właściwie to wyszaleć się. Wiesz, co znaczy „wyszaleć się”? Nie chodzi o szalety, choć czasem związek jest bliski. Nie odpowiadaj. Wiem, co powiesz. Spytasz, dlaczego do Poznania? Owszem, sponiewierać mogłem się i w rodzinnym mieście. Tylko że ja już czułem się sponiewierany. Sponiewierany przez zatłoczony, hałaśliwy open space w pracy i ciszę w pustym mieszkaniu. Czułem, że muszę odreagować gdzieś poza domem. A o Poznaniu mówiło się, że to miasto świetne i do pracy, i do rozrywki. Pierwszego wieczoru z szalenia jednak nic nie wyszło. Zameldowałem się w hotelu, rozpakowałem, wziąłem prysznic – taki z wodą – i odkryłem, że nie mam na nic ochoty. Ani na alkohol, ani na kobiety. Wypiłem wieczorną kawę i zasnąłem niespokojnie. Następnego dnia obudziłem się w innym nastroju. Ranek był piękny i Poznań był piękny, lśniący bielą śniegu. Widoki lekko odrealnione, jakby odtwarzane w zwolnionym tempie. Spacerowałem ulicami, karmiąc oczy i zastanawiając się, co zrobić z sobą i dniem. Na jakimś skwerku dwa młode psy, owczarek niemiecki i czarny labrador, biegały za patykiem. Patyk rzucała nastolatka w śmiesznej czapce z pomponem. Towarzyszył jej chłopak w podobnym wieku. Nie rzucała daleko. Nie było miejsca. Żaden z psów nie chciał oddać zdobyczy, więc każdy rzut kończył się gonitwą całej trójki. Chłopak stał i pilnował, czy któreś zwierzę nie zbliża się zbytnio do ulicy. Wszedłem do pobliskiej kafejki, popatrzeć na młodzież na śniegu i wypić espresso. Poniekąd dzięki tym szczeniakom dowiedziałem się o Bierstrasse.Dzięki nim i bardzo dobrej kawie, która zatrzymała mnie na dłużej w jednym miejscu.

Robot słuchał i nie przerywał. Jego oba programy do analizy wypowiedzi zauważyły zmianę stylu. Nie wiedząc, jak ją zinterpretować, zaleciły maszynie milczenie.

– Po kwadransie psy i ich państwo zniknęli ze skweru. Został sponiewierany śnieg. Miejscami tak skopany, że przezierała spod niego trawa. Nie chciałem tak wcześnie iść do pubu. Dzień dopiero co porządnie się rozpoczął. Zamówiłem drugie espresso i zacząłem szukać w sieci informacji o wydarzeniach w Poznaniu. Zdecydowałem się na spacer po Cytadeli. Było niedaleko, a ruiny odpowiadały mojemu zmiennemu nastrojowi. Na miejscu trochę się rozczarowałem, bo ludzi przyszło znacznie więcej niż się spodziewałem. Wspiąłem się jednak na schody prowadzące do parku na terenie dawnej pruskiej twierdzy i dołączyłem do grupy. Goście, którzy prowadzili spacer, szpakowaty brodacz i niski blondyn, byli świetni. Potrafili coś powiedzieć o każdym kawałku muru i o miejscu, w którym kiedyś stał kawałek muru. Chodziliśmy po parku przez bite cztery godziny. Wszyscy strasznie zmarzliśmy, spod śniegu prawie nic nie było widać, ale nikt nie odpadł, z wyjątkiem pary Szwedów, którzy chyba nie znali polskiego. Po spacerze poszedłem rozgrzać się w pobliskiej restauracji. Jadłem gorącą zupę, gdy nasi przewodnicy dosiedli się do mojego, jedynego wolnego stolika. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że mają na imię Henryk i Bartek. Wcześniej ich imiona umknęły mojej uwadze. O Bierstrasse powiedział mi Henryk, ten brodaty. Swoją drogą, ciekawe, co tam u nich…

Oprogramowanie robota nie rozpoznało retoryczności pytania. Na soczewkach starca ukazał się obraz dwóch mężczyzn w średnim wieku, ubranych w ciepłe kurtki, stojących po kostki w śniegu. Młodszy patrzący w kierunku kamery, a starszy z brodą, zwrócony twarzą do muru, ręką pokazujący coś niewidocznej publiczności.

– Mają się dobrze. Czy mam pokazać ich aktualne zdjęcia?

– Skąd wiedziałeś, o kogo mi chodzi? – Mężczyzna patrzył na robota. – Aha, podałem ich imiona i stąd miałeś dane – dodał po chwili.

– Wszyscy mieliście przy sobie smartfony z funkcją lokalizacji, panie Marku. To zdjęcie zostało zrobione przez jedną z uczestniczek wycieczki.

– Dobrze, wyłącz już to. – Mężczyzna upił łyk wina i ostrożnie odstawił kieliszek. – Do dzisiaj pamiętam, co to jest kaponiera, reduta i rawelin. Tego Henryka spytałem, gdzie w Poznaniu można się napić dobrego piwa lub w ogóle jakie miejsce poleca. – Stary człowiek wrócił do starej historii. – Wtedy były modne tak zwane piwa rzemieślnicze, wiesz? Nie, nie odpowiadaj i nie pokazuj mi etykiet. Miałem ochotę na dobre piwo, ale jeszcze bardziej chciałem po prostu się upić. Poradziłbym sobie bez porad, jednak skoro siedział przede mną poznaniak z dziada pradziada, czemu nie spytać. „Bierstrasse”, odpowiedział Henryk. „Możesz tam chodzić od pubu do pubu i w każdym coś znajdziesz. Stamtąd nie wraca się trzeźwo”. „Brzmi fantastycznie. Gdzie to jest?”, zapytałem. A on na to, że akurat się tam wybiera. Poszliśmy razem.

Bierstrasse – Henryk konsekwentnie nie używał oficjalnej nazwy ulicy – tętniła życiem. Lokale i ludzie, ludzie i lokale. Rozświetlone okna i blask latarni odbijany przez śnieg wzmagały świąteczno-karnawałową atmosferę tego miejsca. Pub, do którego weszliśmy  przywitał nas śpiewem karaoke. Usiedliśmy przy barze na dwóch ostatnich wolnych miejscach, tuż obok wejścia do palarni. Dym trochę przeszkadzał, ale piwo było znakomite. Śpiewający prezentowali całkiem niezły poziom. Rozmawialiśmy na raty, w przerwach między piosenkami. Zresztą nie poszliśmy tam rozmawiać.

Dość szybko zostałem sam. Mój towarzysz dostał SMS-a, po którym błyskawicznie dopił piwo i pożegnał się mówiąc, że wypadła mu nagła sprawa. Zamówiłem drugie piwo i wtedy dosiadła się ona. Nie pytała, czy wolne. Usiadła na stołku, na którym przed chwilą siedział Henryk, uśmiechnęła się do mnie i z tym uśmiechem, uderzając kieliszkiem o mój kufel, powiedziała, że ma na imię Ludwika. „Myślałem, że drahma”, zareagowałem odruchowo. Jednak bardziej niż bezpośredniość mojej nowej sąsiadki, zaskoczyło mnie wino. To był typowy pub. „Skąd masz wino?”, spytałem. „Tu przecież nie sprzedają.” Akurat była przerwa w śpiewaniu, więc mogliśmy się słyszeć. „Przyniosłam”, odpowiedziała. „A Drahma mam na drugie”, dodała śmiejąc się. „Za nietuzinkowe imiona”, wzniosłem toast pełnym kuflem.

Dalszą rozmowę uniemożliwiło nam ‘In my secret life‘ Cohena, znakomicie śpiewane przez jakiegoś trzydziestolatka. Piliśmy w milczeniu, patrząc to na siebie, to na bar, to na ludzi przy stolikach. Ja piłem szybko, ona sączyła. Po Cohenie było ‘Moon Over Bourbon Street‘ Stinga i ‘Nothing compares 2 u‘ Prince’a. “Robi się coraz rzewniej”, skomentowałem. „Zaraz pewnie będzie Dolly Parton i ‘I will always love you’”. „Pij wolniej”, powiedziała, ignorując moje gadanie. „Jestem tylko do trzeciego piwa”. „Ale przecież nie masz piwa”. „Twojego”. Zrobiło mi się głupio. Obca kobieta najpierw mnie sama zagaduje, a potem liczy ile wypiłem. Wziąłem kilka dużych łyków. „Uprzedzałam”, powiedziała. Uśmiech miała wciąż ciepły. I zrobiło mi się jeszcze bardziej głupio. „Wiesz, miałem psa”, zacząłem. „Buldoga, wabił się Warkot. Jedenaście lat”. I wtedy ona położyła mi palec na ustach. „Ćśś, w tej historii nie będzie cierpiało żadne zwierzę”, powiedziała. Po tylu latach wciąż pamiętam jej dotyk i to poczucie bliskości. Muzyka po przerwie zrobiła się żywsza i Ludwika poszła potańczyć. Patrzyłem na nią. Ruszała się pięknie, właściwie nie ocierała się o nikogo ani w tańcu, ani przeciskając się między stolikami. Nie wiem, jak to robiła. W pewnej chwili straciłem ją z oczu. Na barze wciąż stał jej kieliszek, więc spodziewałem się, że jeszcze wróci. Intrygowała mnie i zaczynała mi się podobać. Opróżniłem kufel i zamówiłem trzecie piwo. Po dwóch IPA-ch przyszedł czas na porter. Zrobiłem się głodny, ale do wyboru były tylko orzeszki i orzeszki. Już miałem je kupić, gdy pojawiła się Ludwika. Trzymała w ręku plastikowy talerzyk. „Widziałam, że oglądasz orzeszki”, powiedziała. „Spróbuj tego”. „Co to jest?”, spytałem patrząc na zielone, żółciejące gwiazdki. „Karambola. Spróbuj!”. Ostatnie słowo zawołała, przebijając się przez chóralny śpiew piosenki o gumisiach. Wziąłem plasterek. Owoc był przepyszny. Soczysty, orzeźwiający, z jakby rabarbarową nutą. Wziąłem drugi i trzeci kawałek, pilnując jednak, by dla Ludwiki zostało więcej. „Spróbuj z winem!”, zawołała mi prosto do ucha, podając swój kieliszek. Upiłem kilka łyków. Białe, chłodne wino faktycznie bardziej pasowało do karamboli niż porter. Czysta rozkosz. W wesołym hałasie bajkowych piosenek nie dało się rozmawiać. Piłem więc piwo, uśmiechając się pewnie niemądrze i patrząc na palce dziewczyny jedzącej gwiezdny owoc. „Pamiętaj, po trzecim piwie znikam”, powiedziała. „Masz do mnie jakieś pytania?”. „Jak przeciwieństwo białej myszki”, zażartowałem. „Spotkamy się jeszcze?”. Nie umiem sobie wytłumaczyć tego pytania. Chciałem jej zaproponować, byśmy umówili się gdzieś następnego dnia. Nawet choćby w muzeum lub bibliotece. A wyszedł taki dziwny tekst. „Tak”, odpowiedziała. Odchyliłem głowę do tyłu, bezwiednie dopijając resztkę porteru. Gdy opuściłem kufel, jej stołek był pusty. Kieliszek i talerzyk też zniknęły. Zrobiło mi się smutno. Zamówiłem jeszcze jeden porter, wypiłem duszkiem i wyszedłem z lokalu.

Na zewnątrz był mróz i śnieg. Piękna zima. Taka, jakie teraz zdarzają się tylko w USA i Kanadzie. Nie miałem daleko, więc zdecydowałem się wracać pieszo. Pies dołączył do mnie zaraz za pierwszym zakrętem. Młody owczarek niemiecki, na oko roczny. Próbowałem go odgonić, nie chcąc, by wyszedł ze mną z terenu, który może zna, ale moje tupanie i machanie rękami oczywiście zachęciło go do zabawy. Zacząłem rozglądać się za jego właścicielem i pytać przechodniów, ale nikt się nie przyznawał. Ktoś nawet, słysząc mój lekko bełkotliwy głos, dał mi dwadzieścia złotych, mówiąc, że to na karmę. Robiło się coraz zimniej. Psu marzły łapy. Doszliśmy do hotelu. Tu nastąpił cud. Portierka pozwoliła mi wejść ze znajdą do pokoju.

Rano obudził mnie psi dech bijący prosto w twarz. Po ocknięciu się z pierwszego szoku, wreszcie przyjrzałem się dokładniej zwierzakowi. Pies był trochę skołtuniony i chudy, ale nie wychudzony. Wyglądało na to, że zgubił się niedawno. Następny dzień minął na pytaniu w schronisku i dawaniu ogłoszeń na portalach społecznościowych. Nikt się nie odezwał. Zabrałem więc mojego nowego psiura do domu, zdecydowany wieźć go z powrotem do Poznania, gdyby pojawił się jego pan lub pani, i mając egoistyczną nadzieję, że się nie pojawi. I tak właśnie było. Dwanaście wspólnych lat… Zaabsorbowany psem nie myślałem o dziwnej dziewczynie z winem i karambolą. Wspomnienia zaczęły nachodzić mnie później. Coraz częściej i częściej. Ale do Poznania ponownie się nie wybrałem. Bałem się.

Mężczyzna zamilkł, gryząc ostatni plasterek karamboli. Patrzył na rozświetlone miasto w dole. Potem spojrzał na robota.

– Wiesz, ona powiedziała, że się jeszcze spotkamy. I ja jej wierzę. Wierzę, że spotkam ją jutro. Albo tutaj, albo, jak to się kiedyś mówiło, po tamtej stronie. Chcę ją spotkać i nie chcę już czekać.

– Jak wyglądała? – spytał robot.

– Szatynka, krótko ostrzyżona. Miała na sobie biały sweter i beżowe spodnie. Ale…

Robot nie dał skończyć swojemu rozmówcy. Zaczął wysyłać zdjęcia na soczewki mężczyzny.

– Czy to ta? A może ta? – Fotografie szatynek i ciemnych blondynek pojawiały się jedna po drugiej. – Żadna z kobiet w tym lokalu nie miała na imię Ludwika – dodał robot, pokazując teraz zdjęcia ewidentnych blondynek, brunetek oraz dwóch rudasek.

– To żadna z nich – odpowiedział starzec, nie kryjąc satysfakcji.– Wyłącz już to. I pytaj mnie, proszę, nim zaczniesz mi pokazywać czyjeś zdjęcia. Ona nie musiała mieć komórki – dodał jeszcze po chwili. – No, czas spać. Jutro krótki dzień. – Oczy i kamery spotkały się w długim spojrzeniu.

 

Przyszła do niego rano, wysoka, czarnowłosa, w medycznej bieli. Nie spodziewał się, że to będzie tak wcześnie. Z trudem wymacał na stoliku soczewki i aparaty słuchowe.

– Panie Marku – powiedziała. – Alex, pański robot opiekuńczy, przekazał nam wczoraj nagranie waszej wieczornej rozmowy. Odmawiamy panu prawa do zakończenia życia. Przerwać egzystencję można wyłącznie z powodów powszechnie uznawanych za racjonalne. Pańskie motywy nie wydają się racjonalne.

– Donosiciel. – Mężczyzna spojrzał w kierunku drzwi, za którymi zniknął robot, po tym jak wpuścił naczelną psycholog ośrodka.

– Kiedy mogę powtórzyć swoją prośbę? – spytał.

– Za dziewięć miesięcy. Mam też dla pana drugą wiadomość – dodała kobieta cieplejszym głosem. – W Poznaniu testują nową terapię rewitalizującą osoby, które…

– Urodziły się za wcześnie, by starzeć się powoli – dokończył widząc, że brakuje jej słów.

– To bardzo obiecująca terapia. I pan się kwalifikuje. Proszę skorzystać. Wiem, w Poznaniu nie ma morza, ale mają tam olbrzymią semiwirtualną plażę, a sam ośrodek nazywa się Bałtyk.

Oboje zaczęli się śmiać.

 

Pociąg pędził. Byli sami w przedziale – człowiek Marek i robot Alex. Człowiek otworzył kalendarz. Przewinął wirtualne karty na soczewkach o dziewięć miesięcy do przodu. Zaznaczył dzień. Zmienił domyślną czerwień na zieleń i  dodał notatkę: „Pójść na dobre wino i zdecydować, co dalej”.