Prawdopodobieństwo na Smoczej Górze

Ocena: 
0
Brak głosów

Góra ta od zawsze stanowiła temat niezliczonych opowieści. W zbudowanym w jej cieniu Mieście od samych jego początków bajano o krasnoludach szukających nieprzebranych bogactw w jej korzeniach, pannach zaklętych w ostańce i iglice skalne, złośliwych biesach żyjących w rozpadlinach, rycerzach oczekujących na swój czas w bezdennych jaskiniach, które dzielili z plugawymi stworami… i oczywiście o smokach. Jakżeby inaczej – żadna szanująca się góra, zwłaszcza tak samotna i monumentalna, nie mogła się obejść bez smoków zamieszkujących jej szczyt.

Ale to było dawno, dawno temu. Jakie to wszystko miało znaczenie dzisiaj, kiedy głębie góry rozpruły kopalnie, iglice były zdobywane co weekend przez domorosłych alpinistów, rozpadliny zapełniały się pustymi puszkami, jaskinie zamieniono w atrakcje turystyczne, a szczyt góry wieńczyła stacja meteorologiczna z przyległą do niej niewielką restauracją, oferującą syte posiłki w rozsądnych cenach?

Chmura pojawiła się gdzieś w połowie września 20-- roku. Trudno określić dokładną datę, gdyż jej początkowe pojawienie się nie było niczym nadzwyczajnym. Jesienią i zimą góra dość często przyoblekała się w pluszowe opatuliny o fantazyjnych kształtach. Jednak w ciągu następnych dni chmura powoli zaczęła przekształcać się w coś, co coraz większej liczbie mieszkańców miasta – coraz częściej zadzierających głowy, by podziwiać pogodową anomalię – zaczynało tak jakby przypominać smoka.

W tych pierwszych dniach powstanie fantastycznego tworu można było jeszcze całkiem łatwo wytłumaczyć przypadkową i tymczasową grą wiatrów, parowania zalesionych zboczy i ludzkiej wyobraźni. Ale wraz z upływem czasu niepokój zaczął wkradać się w serca mieszkańców, bo oto podejrzany opar zaczął formować się w jednoznacznie smoczy kształt, który utrzymywał się tam uporczywie już nie przez godziny czy dni, ale tygodnie i miesiące. Popołudniami, rozświetlony przez zachodzące słońce, wybuchał czerwieniami i fioletami, a złoto-pomarańczowe promienie wystrzeliwały przez sugestywnie zlokalizowaną w chmurze dziurę.

Dając bezprzykładny pokaz racjonalizatorskiej brawury, pracownicy miejscowej stacji meteorologicznej wzięli na siebie odpowiedzialność za obliczenie prawdopodobieństwa powstania takiej zjawy i o dziwo udało im się uzyskać konkretny wynik, choć za pomocą bóg wie jakich numerologiczno-matematycznych czarów-marów. Prawdę mówiąc, większość ludzi widzących tę liczbę – która zaczynała się na pierwszych stronach lokalnych gazet – była zaskoczona tym, jak mało kartek musieli przewrócić, by przejść przez wszystkie zera po przecinku. Oczywiście w miarę jak dni mijały, a smok nadal szybował nad szczytem góry, ilość zer również rosła, tak że już w momencie drukowania gazety podana ich ilość była znacznie zaniżona.

Jednak dla tych, którzy uparcie dokonywali obliczeń, najważniejsze było to, że nadal są w stanie podać konkretną liczbę, bo dopóki było to możliwe, dopóty mieli do czynienia ze światem obliczalnym i wytłumaczalnym. Dopiero po sześciu miesiącach dodawania zer, kiedy wszystkie ściany stacji meteorologicznej pokryte już były mikroskopijnymi kółeczkami, w umysłach naukowców zaczął pączkować nowy niepokój. Bo cóż z tego, że prawdopodobieństwo można było obliczyć. Ciekawostką stawało się samo to, że coś tak mało (ba! mało to mało powiedziane!) prawdopodobnego się wydarzyło. Cóż mogło sprawić, że tak dobrze zazwyczaj wychowane siły przyrody sprzysięgły się, by uczynić coś, co zakrawało przecież na… cud, tajemnicę, magię?

Wyszedłszy ze stacji meteorologicznej, jej dyrektor, jak co dzień od ponad pół roku, zagłębił się w śmietankowo-złote o tej porze podbrzusze smoka. Nigdy go nie odnaleziono.

Następnego dnia chmurę rozwiały przeważająco południowo-wschodnie wiatry o sile 25km/h, w porywach do 37km/h. Temperatura minimalna 4°C, maksymalna 9°C. Widoczność dobra. Możliwość przelotnych opadów około godziny 19.00. Słońce zajdzie o godzinie 18.08.