Lanfeust w kosmosie. Tom 1 – Christophe Arleston, Didier Tarquin

Czy to normalne, że statek robi „łaf, łaf, klong!”?

Marcin Knyszyński

Komiks „Lanfeust z Troy” był ośmioodcinkową historią, w której przemierzaliśmy całą planetę, walczyliśmy z jej najróżniejszymi, przedziwnymi mieszkańcami, aby ostatecznie wyzwolić miasto Eckmul i pokonać największego drania Troy. Christophe Arleston i Didier Tarquin stworzyli świat imponujący szczegółowością i rozmachem scenografii, którego późniejsza popularność zaskoczyła ich samych. Dlatego już w rok po ukazaniu się ostatniej części „Lanfeusta z Troy” rozpoczęli nowy cykl. I jak to z kontynuacjami bywa, musi być barwniej, więcej, szybciej i mocniej. Lanfeust leci w kosmos!

Troy, która w poprzednim tomie była całym światem dla naszych bohaterów, okazuje się tylko jedną z wielu planet. Trzynastu potężnych książąt-kupców, mieszkających na planecie Meirrion, podzieliło między siebie i swoje handlowe korporacje całą galaktykę. Wydarzenia z pierwszego cyklu zaowocowały wyzwoleniem gigantycznej ilości magicznej energii, która została zauważona przez Glace, agentkę jednego z trzynastu książąt. Książę Dhulee wysyła ją do źródła mocy, na planetę Troy. Tym sposobem Lanfeust (i niestety największy szwarccharakter Thanos, odbywający swą karę w więzieniu) wraz z trollem Hebiusem i swoją ukochaną C’ixi wplątuje się w kosmiczną aferę. Glace zabiera ekipę żądnych przygód bohaterów do Meirrionu, gdzie czeka już na nich wspomniana trzynastka. Ale czy wszyscy są tymi, za kogo się podają? I kim są tajemniczy spiskowcy, którzy podążają tropem Lanfeusta?

Jeśli komukolwiek wydaje się, że świat przedstawiony przez autorów w „Lanfeuście z Troy” był rozbuchany, bogaty i szczegółowo dopracowany, powinien przeczytać kolejne części. Wyprawa w kosmos wiedzie bohaterów w niezliczone, barokowo wręcz przedstawione i czasem nieco przeszarżowane scenograficznie lokacje. Odwiedzamy na przykład pustynną planetę Abraxar, gdzie elektronika i nowoczesna technologia działa tylko na biegunach; dżungle pełne mięsożernych roślin czy wreszcie Meirrion, tętniący życiem najróżniejszego rodzaju. To jedno z tych ekstremalnie kosmopolitycznych miejsc we wszechświecie, gdzie czasem trudno ustalić, czy to, na co patrzysz podczas kolacji, jest daniem głównym, czy twoim współbiesiadnikiem.

Olbrzymia różnorodność gatunków zamieszkujących wszechświat komiksu, budzi podziw. Jest ich mnóstwo – od hipopotamopodobnych blongosów jeżdżących na żaplujach począwszy poprzez jadalne smyrfy oraz żyjące na pustyni piaskonarwale aż na przemądrzałym, latającym niby-ślimaku i walczących o puchar dziwności trzynastu książętach skończywszy. Ten popis szalonej wyobraźni autorów nieodparcie przywodzi na myśl estetykę takich eksplodujących scenograficznie filmów jak chociażby „Piąty element” czy „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” Luca Bessona. A to nie jedyne popkulturowe tropy, jakie znajdziemy podczas lektury komiksu.

Gdy mieszkańcy Meirrionu nazywają trolla Hebiusa „czołbaką”, jesteśmy w uniwersum Gwiezdnych Wojen, gdy pędzimy za gigantycznymi robalami przez pustynię, odwiedzamy „Diunę”. Wspomnijmy tylko jeszcze Piotrusia Pana i Jamesa Bonda – i już mamy wstępny obraz tego, w jak szerokim spektrum porusza się wyobraźnia autorów. Oczywiście gdzieś tam w natłoku postaci, lokacji, żartów i nieustającej akcji ginie błyskotliwość fabuły. Historia jest banalnie prosta, jednowątkowa, bohaterowie podążają od punktu A do B, z hukiem, wrzaskiem, śmiechem i eksplozjami konfetti. Taka konwencja jednemu czytelnikowi to się spodoba, innemu nie. Mi akurat podobała się bardzo. Nie sposób się nie zaśmiać, słysząc jak Hebius, w odpowiedzi na bojowe wrzaski dzikich ludzi („Grrworr hinnk yerrr yerr mrgoggr!”), krzyczy: „Jeden z nich zwymyślał moją matkę! Dobrze słyszałem!”.

Lanfeust jest znowu pępkiem świata. Jego moce, w chwilach, gdy nad nimi panuje, dorównują niemal boskim. To on jest jedynym sposobem na uratowanie już nawet nie świata, lecz wszechświata, przed potwornym zagrożeniem. „Na pęknięte kowadło! Dlaczego zawsze ja?” – jęczy nasz zmęczony bohater. C’ixi okazuje się tu stereotypowym przykładem skrajnie zazdrosnej i zaborczej kobiety – sceny, które urządza Lanfeustowi podczas jego kontaktów z agentką Glace są jednymi z najzabawniejszych w komiksie. No i Thanos. Nadęty, wiecznie knujący, bardzo niebezpieczny – i wykpiwany za plecami, zarówno przez resztę bohaterów, jak i autorów.

Opuszczamy Lanfeusta, Hebiusa, Shlimaka, C’ixi i resztę towarzystwa w bardzo niekomfortowej sytuacji. Tarapaty to przecież ich naturalne środowisko. Jesienią drugi tom da nam odpowiedź, czy się z nich wydostaną.


Tytuł: Lanfeust w kosmosie Tom 1
Scenariusz: Christophe „Scotch” Arleston
Rysunki: Didier Tarquin
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Tytuł oryginału: Lanfeust des Étoiles #1-4
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Editions Soleil
Data wydania: czerwiec 2018
Liczba stron: 200
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 285
Wydanie: I
ISBN: 9788328135109