Kenia – Leo, Rodolphe

Safari science fiction

Marcin Knyszyński

Tegoroczna ofensywa Egmontu to mocne uderzenie ze strony Vertigo z okazji dwudziestopięciolecia istnienia tej marki. Ale to nie wszystko, ponieważ możemy poczytać również komiks prosto z kraju, gdzie to medium króluje – a jak wiadomo francuska popkultura komiksem stoi. Zbiorcze wydanie pięciu tomów awanturniczo-przygodowo-fantastycznej „Kenii” autorstwa Leo i Rodolphe przenosi nas do serca Afryki, do czasów oddalonych mniej więcej o dziesięć lat od tych, w których swoje szalone przygody przeżywał Indiana Jones.

Kenia, Mombasa, Jezioro Wiktorii, Kilimandżaro, rok 1947. Na wyprawę w rejony źródeł Nilu rusza kilkuosobowa wyprawa łowiecka, z pisarzem Johnem Remingtonem na czele – nieprzyjemnym „prawdziwym facetem”, szorstkim bohaterem wzorowanym na Erneście Hemingwayu. Czas nie jest najlepszy na takie ekspedycje – dziwne poruszenie panuje wśród tamtejszych plemion, wszyscy szepczą o tajemniczych demonach krążących po dżungli i polujących na ludzi. Poszukiwacze przygód pewnego dnia dokonują oszałamiającego odkrycia – wśród stada żyraf dostrzegają gigantyczny okaz, przewyższający o kilka metrów najwyższe jak dotąd zwierzęta na ziemi. Autorzy komiksu oglądali na pewno „Park Jurajski” Stevena Spielberga – bohaterowie zupełnie jak Sam Neil i Laura Dern patrzą z szeroko otwartymi ustami i oczami na stworzenie, które teoretycznie wymarło ponad dwadzieścia milionów lat temu.

Wkrótce po tym ślad po ekspedycji ginie. Brytyjski wywiad wysyła do Mombasy jedną ze swoich najlepszych agentek – Katherine Austin, która pod przykrywką nauczycielki angielskiego w pobliskiej szkole ma dowiedzieć się, co może stać za zaginięciem ekipy. Może dwaj nowo poznani koledzy-nauczyciele, łamacze kobiecych serc, którzy od pierwszego dnia jej pobytu na afrykańskiej ziemi smalą do niej cholewki, nie są tymi, za kogo się podają? A może są? Może Sowieci, prężący coraz bardziej swe czerwone muskuły, stoją za tymi wydarzeniami? Kim jest wesoły pilot śmigłowca, przypominający nieco Clarka Gable’a z okresu jego walki na froncie II wojny światowej? Jaką tajemnicę kryje posiadłość obrzydliwie bogatego barona Di Broglio, ulokowana w samym centrum bezkresnej kenijskiej sawanny? Czym są tajemnicze światła, poruszające się w parach bądź trójkach po ciemnym, afrykańskim niebie, którymi żywo interesują się organizacje wywiadowcze największych mocarstw świata? Kim lub czym jest tajemnicza postać, pojawiająca się w ciemności za oknem domu Katherine,  gdy ta zaczyna rozbierać się do snu?

„Kenia” jest świetną, lekką, rozrywkową opowieścią, którą bardzo trudno zakwalifikować do jednego gatunku. Mamy science fiction i alternatywę dla teorii Daenikena; pieprzny romans nieźle przyprawiony golizną w egzotycznych scenografiach; pulpową grozę zahaczającą o estetykę Howarda Philipsa Lovecrafta; ekipę przemierzającą afrykańskie safari z niebywałą prędkością i w końcu szpiegowską awanturę z rozpoczynającą się właśnie Zimną Wojną w tle. Ten gatunkowy mix spełnia swoje zadanie nad wyraz dobrze, autorzy znają wszystkie konwencje, których elementy wykorzystują bez najmniejszego skrępowania. Bohaterowie komiksu nie odznaczają się jakąś szczególną głębią charakteru, ich rolą jest po prostu popychanie akcji do przodu, do przodu, coraz szybciej. Traci na tym trochę ich wiarygodność – praktycznie wszyscy faceci są niewyżytymi samcami, którzy w przerwach między kolejną pogonią i ucieczką gapią się bezwstydnie na tyłki kobiet i myślą tylko o tym, jak wyglądałyby bez ubrania. Nie lubimy mężczyzn w „Kenii”, choć w sumie nie o to chodzi – bohaterowie nie są od tego, aby ich lubić. Większym problemem jest to, że trudno uwierzyć w ich kreacje.

Wielką sympatią za to darzymy główną bohaterkę. To pewna siebie, urodziwa, inteligentna, ostra jak brzytwa agentka brytyjskiego MI6, która, świadoma tego, jak oddziałuje na mężczyzn, nie waha się użyć swych atutów. I nie, nie ma to tym razem, wbrew pozorom, nic wspólnego z jakimikolwiek podtekstami seksualnymi. Kathy jest tak jakby współczesną kobietą, przeniesioną w czasie siedemdziesiąt lat wstecz. Papierowi mężczyźni, zbyt ufnie pokładający wiarę w moc własnych strzelb, szelmowskich uśmiechów i cynicznych monologów, nie mają szans w konfrontacji z nią.

„Kenia” jest prawdziwym hołdem dla niezobowiązującej, pulpowej, przygodowej rozrywki spod znaku „Indiany Jonesa”, „Jamesa Bonda”, „Parku Jurajskiego” i „Strefy mroku”. Świetnie narysowana historia, genialne krajobrazy i lokacje – choć same postacie już nie tak idealne, bo trochę zbyt schematyczne i statyczne jak na mój gust. Jestem bardzo zadowolony z lektury i już się cieszę na następną. W listopadzie czeka nas bowiem wyprawa do Namibii. Weźmiemy udział w kolejnej pięcioodcinkowej awanturze autorstwa Leo i Rodolphe.


Tytuł: Kenia
Scenariusz: Leo, Rodolphe
Rysunki: Leo
Tłumaczenie: Wojciech Birek
Tytuł oryginału: Kenya Integrale
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Dargaud
Data wydania: maj 2018
Liczba stron: 248
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Format: 216 x 285
Wydanie: I
ISBN: 9788328135093