100 naboi. Tom 2 – Brian Azzarello, Eduardo Risso

Strzelby, twisty, hardboiled i czubek góry lodowej

Marcin Knyszyński

Zanim zaczniecie czytać drugi tom zbiorczego wydania „100 naboi”, przypomnijcie sobie, czy czytaliście tom pierwszy. Jeśli tak, to zastanówcie się, czy pamiętacie fabułę i potraficie ją pokrótce streścić. Jeśli w którymkolwiek przypadku odpowiecie „nie” – to proponuję zamknąć tom drugi, odłożyć na półkę i zabrać się za poprzedni. Brian Azzarello i Eduardo Risso kontynuują rozpoczęte tam wątki, wyraźnie sygnalizując, że cała stuodcinkowa seria „100 naboi” to jedna, wielka historia, która nie może być czytana inaczej niż po kolei i w całości.

Na drugi tom opowieści o tajemniczym starszym facecie, rozdającym nesesery z bronią, nabojami oraz zdjęciem kogoś, kto całkowicie spieprzył obdarowywanemu życie, składa się kilka odcinków. Podobnie jak miało to miejsce w słynnym „Z archiwum X” – są historie „mitologiczne”, czyli takie, które odsłaniają tak zwany większy obraz oraz odcinki z zamkniętą fabułą, pozornie niepopychające nas w kierunku odkrycia tajemnicy. Pozornie – ponieważ tak naprawdę wszystkie one są fragmentami układanki, którą mamy nadzieję ułożyć wraz z ostatnim, setnym odcinkiem. Chcemy dowiedzieć się, na czym polega ten wielki spisek, ta wielka ogólnokrajowa (a może ogólnoświatowa) konspiracja, na której trop wpadliśmy już pod koniec pierwszego tomu. Bo przecież od tego momentu wiemy, że to nie o historie stu naboi, którymi pokrzywdzeni faszerują krzywdzących, przede wszystkim tutaj chodzi. Chcemy wiedzieć, kim jest Megan Dietrich, Minutemani, Firma, XIII oraz co łączy Shepherda, Gravesa, Lono, co u diabła wydarzyło się w Atlantic City, co odkrył pan Branch i jaką rolę ma w tym wszystkim odegrać Dizzy Cordova.

Brian Azarello w drugim tomie wprowadza zupełnie nowe postacie i dostarcza nowych informacji o tych już poznanych. Obserwujemy odrażającego ćpuna Jacka, który przegrał w życiu wszystko – nie ma pracy, dziewczyny, przyjaciół i ani jednej żyły bez śladów nakłuć. W innej opowieści dowiadujemy się, co dokładnie stało za wydarzeniami 22 listopada 1963 w Dallas i jaką rolę odegrał w nich pewien sławny baseballista. Towarzyszymy również zabandażowanemu, niczym niewidzialny bohater książki Wellsa, detektywowi w stylu hardboiled, do którego za chwilę wrócimy, bo to postać wyjątkowa. Do każdego z nich zgłasza się pewnego dnia dobrze już nam znany agent Graves wraz z propozycją nie do odrzucenia.

Pojawia się w końcu Firma i jej członkowie. Część znamy już z poprzedniego tomu – to pan Shepherd oraz femme fatale – Megan. Innych poznajemy teraz – młody wilk, jedyny syn prezesa organizacji, Benito Medici, jest jedną z najciekawszych postaci w komiksie. To przez jego perypetie i rolę, jaką odgrywa w wydarzeniach towarzyszących zjazdowi Firmy, dowiadujemy się, jaki jest charakter tej organizacji. Pan Branch, u którego w pierwszym tomie przebywała Dizzy Cordova, służy jako magazyn infodumpów, wyjaśniających kim lub czym są Minutemani i dlaczego Firma zagięła na nich parol. A sama Dizzy wraz z Shepherdem podąża śladem kolejnej nowej postaci, której przemytnicza eskapada do piekła na ziemi, jakim jest miasto Juarez w Meksyku, przynosi kolejne zaskakujące fabularne rozwiązania.

I wreszcie wspomniany Milo Garret, jakby żywcem wyjęty z powieści Raymonda Chandlera. „Jest około siódmej wieczorem, połowa stycznia. Oleisty blask ciemnoczerwonego słońca spływa na Tinseltown niczym słaby strumień moczu starego dziadka.” Gdy kiedyś przyjdzie mi odczytywać na głos tę charakterystyczną, noirową narrację, muszę pamiętać, aby dzień wcześniej wypić flaszkę whiskey i wypalić paczkę papierosów. Te wewnętrzne monologi, prowadzone przez głównego bohatera ostatniej opowieści, którego pokiereszowaną twarz kryją zwoje bandaży, wymagają odpowiednio ponurego, skacowanego i chropowatego głosu. Detektyw Milo Garret, obok Lono, największego i najgroźniejszego zakapiora w całym komiksie, jest chyba moją ulubioną postacią „100 naboi”. Historia jego śledztwa, dotyczącego śmierci szemranego handlarza dzieł sztuki, jest najlepszym odcinkiem drugiego tomu. To znakomicie wykonany pastisz czarnego kryminału spod znaku Philipa Marlowe'a.

Twórcy komiksu poszerzają cały czas perspektywę, choć ich epicka i skomplikowana historia składa się z bardzo prostych i dość przejrzystych elementów. Trzeba je jednak czytać bardzo dokładnie i uważnie, ponieważ strzelby Czechowa wiszą od samego początku w najróżniejszych miejscach świata „100 naboi” i wesoło strzelają w najmniej oczekiwanym momencie. Nie bez znaczenia okazuje się również to, że ten cały stuodcinkowy tasiemiec od początku do końca tworzy tylko dwójka osób – Brian Azzarello i Eduardo Risso. Czytając ich dzieło, czujemy, że nic tu nie jest przypadkowe ani pisane na kolanie – wszystko jest konsekwentnie odsłaniane przed nami dokładnie w takim stopniu, w jakim powinno. Góra lodowa powoli wypływa na powierzchnię.

Podobnie jak miało to miejsce w recenzji pierwszego tomu – pozachwycam się rysunkami. Eduardo Risso jest po prostu mistrzem świata. To. co wyprawia on z kadrami, cieniem i światłem, perspektywą oraz genialnie rozrysowana scena konfrontacji Milo i Lono w pewnym barze, podczas której nie pada ani jedno słowo, woła o brawa na stojąco. A będzie już tylko lepiej – trzeci tom tej fascynującej historii już w sierpniu.


Tytuł: 100 naboi. Tom 2
Seria: 100 naboi
Tom: 2
Scenariusz: Brian Azzarello
Rysunki: Eduardo Risso
Tłumaczenie: Krzysztof Uliszewski
Tytuł oryginału: 100 Bullets Book Two (kwiecień 2015)
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: DC Vertigo
Data wydania: maj 2018
Liczba stron: 400
Oprawa: twarda