Dlaczego baca Maćko nie powinien był zatrzymywać się nad strumykiem Barujcem

Ocena: 
0
Brak głosów

Dzień był słoneczny, ciepły i bezwietrzny. Przysiadł więc baca Maćko na kamieniu nad potokiem przy zbiegu dwóch głównych dopływów Barujca, w okolicach Łazka i Zebrzydki. Usiadł i zaobserwował subtelne, niemalże muzyczne zjawisko w postaci refleksów świetlnych, rzucanych przez lustro wody na dwa głazy, znajdujące się po drugiej stronie strumyka.

Ów brzeg, mocno przez wodę podmyty, był stosunkowo stromy i gdzieniegdzie mchem porośnięty, a składał się zarówno z części kamienistej, jak i gliniastej. Słońce tymczasem świeciło zza łysawej, góralskiej łepetyny Maćka : trochę z tyłu, trochę z góry i trochę z lewej strony. Dobrze więc miał oświetloną drugą stroną Barujca, choć prawdę mówiąc jeden z głazów wydawał się być ciemniejszy. Ta ciemność – to zapewne efekt gęstej otuliny leśnej, jaka w tym akurat miejscu się znajdowała, oraz mchu, który porósł kamień i go poczernił.

A każdy z głazów był inaczej oświetlony. I światło pulsowało na każdym z nich w inny sposób. Na kamieniu jaśniejszym – pulsowało wolnej, na ciemniejszym szybciej i bardziej chaotycznie, choć zawsze niestrudzenie rytmicznie. Na tym pierwszym słońce tworzyło co chwila poziome snopy, które się w regularnych odstępach czasu naprzód pojawiały, szły po chwili ku górze, a następnie gasły na szczycie kamienia; i znów: powstawały, szły ku górze i gasły – i tak w koło Macieju. Na tym drugim kamuszku z kolei promyczki harcowały bez żadnych widocznych zasad: swobodnie, spontanicznie i radośnie…

I tak spoglądając na rzeczone cuda natury, na wodę i grę świateł, zapragnął przechodzień stać się na sekundę małą rybką lub innym stworzeniem bożym, żyjącym w tutejszych wodach; zapragnął, choć przez chwilę, pożyć sobie w tej lokalnej Mikronezji, w tym świecie równoległym, w tym królestwie iluzorycznym, przywodzącym na myśl jakieś tropikalne miejsce, z dala od współczesności i w ogóle od wszystkiego, co jest nam znane i pozostaje, bardziej lub mniej, ucywilizowane.

Zwrócił pasterz na koniec uwagę na pewien detal, mianowicie na fantasmagorię... na to, iż snopy światła, wpadając pod wodę, potęgują wrażenie głębi i przestrzeni, tworząc fatamorganę światów wielowymiarowych, zapomnianych, baśniowych krain, jakichś nieodkrytych dotąd lądów; na to, że gdzieś tam, hen na krańcach tej fatamorgany, nad brzegami miniaturowej Mikronezji, pływa sobie samotnie mała, złota rybka.

Tymczasem, po krótkiej chwili, dało się usłyszeć plusk – takie delikatne, a jednak dość spektakularne chlupnięcie. Potem nadszedł esemes od Adaśka juhasa o treści: „Hej! Widzimy się za sekundę”. I gdy po pięciu minutach w umówionym miejscu zjawił się autor tej wiadomości, powiało złowieszczą pustką graniczącą z grozą.

Na brzegu Barujca nie znajdowało się bowiem zupełnie nic, prócz komórki i laski pasterskiej. Był kij, ale jego właściciela próżno by nawoływać i wyglądać. Tylko jedna z dwóch rybek, pływających w miniaturowej zatoczce, tworzyła na powierzchni wody bąbelki w regularnych odstępach czasu, co układało się w sekwencję: trzy krótkie, trzy długie i jeszcze raz trzy krótkie; trzy krótkie, trzy długie i jeszcze raz trzy krótkie…I tak wkoło Macieju.