Zamrażarka

Ocena: 
0
Brak głosów

To coś siedziało w jego zamrażarce. Słyszał jak swoimi mackowatymi odnóżami zdrapywało warstwę lodu zalegającą od miesięcy na ścianach urządzenia. Jednakże o wiele gorsze były te ciągłe szepty i zawodzenia przypominające kołysankę nie z tego świata. Obcy, zimny głos wypowiadający krótkie, melodyjne zdania prosto do jaźni. A po każdym wersie pojawiały się obrazy – dziwne i ciężkie do zrozumienia dla ludzkiego umysłu. Lecz idąc drogą skojarzeń dało się pojąć ich znaczenie. I wtedy człowiek miał wrażenie, że stawia krok na kolejny stopniu szaleństwa. Głos zapewniał, że przyniesie mu szczęście, da nieśmiertelność. Wystarczy, że otworzy drzwiczki zamrażarki i uwolni stworzenie, zgadzając się tym samym na dokonanie aktu zjednoczenia.

Patryk wciąż nie mógł zrozumieć, czemu przyniósł to coś do domu. Był późny wieczór. Impreza u Staszka skończyła się awanturą. Goście w większości wyszli po angielsku, nie chcąc stać się świadkami rozpadającego się związku. Patryk również. Podniósł swój plecak i wyszedł z pozostałymi. Ci, co mieli już trochę we krwi, wtłoczyli się do taksówek, a pozostali ruszyli do domów na własnych nogach. Patryk nie miał ochoty zostawać i patrzeć jak przyjaciele się kłócą. To był smutny koniec nieudanego związku.

Szedł do domu przez skrzące się od lodu i śniegu miasto. Stąpał ostrożnie, nie chcąc poślizgnąć się na oblodzonym chodniku. Po drodze stanął przy przystanku autobusowym i zaklął. Pół godziny temu odjechał ostatni, a to oznaczało, że będzie musiał iść spory kawałek, co równało się z prawie godzinnym spacerem. Jednak co mógł poradzić. Takie to już uroki mieszkania we wsi pod miastem. Po dłuższym marszu minął przedmieścia i jego oczom ukazał się nocny krajobraz pokrytych śniegiem pól i zagajników. Wystarczyło je minąć i już był praktycznie pod drzwiami swojego domu. Jednakże aby być tam szybciej, musiał udać się skrótem. I tak też zrobił.

Szedł między lipami pamiętającymi jeszcze czasy wojny. Wiatr śpiewał ponurą pieśń w łysych koronach drzew, jakby chciał opowiedzieć o ciepłych krainach, z których przybył. Śnieg skrzypiał pod butami, które zanurzały się w nim aż po kostki.

Raptem Patryk usłyszał świst, który go zaskoczył. Był niczym fałsz w harmonijnej melodii zimowego letargu. Chłopak odwrócił się w tamtą stronę i zamarł.

To była chwila. Uderzenie, huk i oślepiająca fala światła. Podmuch rzucił nim niczym szmacianą lalką na pobliskie drzewo. Niebo zawirowało mu nad głową i miał ochotę zwymiotować.

Chłopak szybko doszedł do siebie, jednakże wciąż odczuwał skutki uderzenia. Bolały go plecy, w głowie wciąż toczyła się nierówno karuzela utrudniająca myślenie, a wzrok rozmywał się. Wstał z miejsca opierając się o konar drzewa. Gdy zawroty zelżały spojrzał na miejsce, z którego przybył podmuch. Było oświetlone ciepłym blaskiem palącego się drewna. Wnioski nasunęły się same. Coś musiało spaść z nieba.

Patryk podszedł do miejsca gdzie spadł meteoryt. Śnieg między lipami stopniał, a w zmarzniętej ziemi ział pełen popiołu krater. Ledwo dostrzegalny fioletowy poblask dobywał się z samego centrum. Ciekawość popchnęła chłopaka bliżej. Nie minęła chwila, a dostrzegł niewielki przedmiot wielkości kurzego jajka. Nie było wątpliwości, że to coś nie pochodziło z ludzkiego świata. Wyglądało niczym przypalony kotlet mielony pełen wypustek i grubych czarnych skorup zwęglonego mięsa. Do tego pulsowało i wiło się w miejscu jakby cierpiało.

Podszedł do istoty i podniósł ją. Nie potrafił wytłumaczyć sobie, czemu to robi. To coś było oślizgłe w dotyku niczym stare mięso. Raptem na jej powierzchni pojawiły się macki, które wbiły się w skórę chłopaka. Dłoń zaczęła puchnąć i pękać. Patryk instynktownie chwycił drugą ręką za oślizgłe ciało stwora i rzucił nim w śnieg. Biały puch zasyczał, topiąc się dookoła istoty. Sama poczwara wydała z siebie gulgot chowając na raz wszystkie macki i zamierając w bezruchu.

Patryk ciężko oddychał. Zaatakowana przez stwora ręka wróciła już do normy, choć wciąż były widoczne na niej miejsca gdzie obce macki wbiły się w ciało. Chciał uciec, ale gdy tylko postawił krok do tyłu usłyszał ją. Pieśń obcą, a zarazem słodką jak miód. I wciąż powtarzające się słowo – ziarno.

Posłusznie poddał się zewowi i napełnił plecak śniegiem. Wsadził tam istotę po czym rzucił się biegiem do domu. W ostatniej chwili, bowiem w oddali słychać już było syreny.

Gdy tylko przekroczył próg domu wbiegł do kuchni. Rodzice byli u ciotki, więc nikt mu nie przeszkadzał. W panice wrzucił obce ścierwo do zamrażarki, ale pieśń nie ucichła. Gorzej, stawała się coraz bardziej intensywna. Ziarno naciskało na umysł człowieka, który z coraz to większą apatią patrzył na białe drzwiczki od zamrażarki. W pewnym momencie Patryk się ugiął, obietnice były zbyt kuszące, zbyt słodkie, zbyt przekonujące. Otworzył drzwiczki, cienkie macki wyskoczyły do przodu, aby wbić się w skórę i rozpocząć proces asymilacji.

Bolało tylko na początku.

A potem była już tylko fałszywa błogość.