Kwestia przyzwyczajenia

Ocena: 
0
Brak głosów

Włożyła biały laboratoryjny kitel, grube rękawice i okulary ochronne. Standardowa procedura w zawodzie zoologa-toksykologa. Po trzech latach pracy w Instytucie Biologii Środowiskowej, Beata rutynowo wykonywała wszystkie czynności zgodnie z przepisami. Przyzwyczaiła się do niebezpieczeństw związanych z tą specjalnością tak samo jak do cichego szumu dygestorium.

Naprzeciwko wyciągu znajdowały się terraria z wężami. Były tu kobry, mamby, koralówki, żmije i grzechotniki. Jad każdego z nich działał w inny sposób. Część zawierała neurotoksyny porażające układ nerwowy, w składzie innych znajdowały się koaguliny, powodujące ścinanie się białek, lub fibrynolizyny, uniemożliwiające krzepnięcie krwi.

Jeden z beznogich gadów wił się niespokojnie jakby coś przeczuwał. Przemierzał wybieg w tę i z powrotem, prezentując drobne, brązowo-szare łuski. Etykieta na szybie terrarium głosiła Crotalus durissus. Jeszcze zanim Beata, wykorzystując specjalny chwytak, unieruchomiła głowę zwierzęcia, grzechotka na jego ogonie zaczęła ostrzegawczo drżeć. Laborantka wprawnym ruchem przytrzymała łeb węża, odrzucając chwytak, i przeniosła go na blat przed dygestorium. Wolną ręką chwyciła niewielki, przykryty warstwą materiału pojemnik i przyłożyła do niego głowę grzechotnika. Zęby jadowe przebiły tkaninę, a sączący się z nich gęsty, kremowy płyn zaczął opadać na dno.

Gdy ostatnia kropla znalazła się w pojemniku, kobieta odłożyła grzechotnika na miejsce i zabrała się do przygotowania antidotum, mieszając odpowiednią ilość toksyny i końskiej surowicy. Resztę trującej cieczy wstawiła do suszarki. Jad węża szybko traci swoje właściwości nawet w temperaturze minus dwudziestu stopni, dlatego w laboratorium przechowywano toksyny poddane suszeniu. Generowało te pewne straty ilościowe, ale pozwalało dłużej zachować cenne substancje.

Wtargnięcie do laboratorium trójki mężczyzn wytrąciło Beatę z rytmu. Zawsze przychodziła do pracy jako pierwsza, o szóstej nad ranem. Do godziny ósmej przeważnie była sama.

Niespodziewani goście zamiast białych fartuchów mieli na sobie dobrze skrojone, czarne garnitury. Jeden krwawił obficie z rany na nodze. Podtrzymywany przez kolegów, z trudem wtoczył się do laboratorium

– Rusz się, kobieto, potrzebujemy antidotum!

Beata zadziałała instynktownie.

– Połóżcie go tutaj! Wskazała laboratoryjny stół. Zakrzywionymi, karbowanymi nożyczkami odcięła nogawkę spodni, odsłaniając paskudną ranę. Dziury w łydce mężczyzny przypominały rany postrzałowe. Jeśli ugryzł go wąż o tak dużych zębach jadowych…

– Podaję antyseptyki – wyjaśniła, przygotowując zastrzyk. – Ale nie mogę podać antytoksyny, nie wiedząc…

Mężczyźni nie dali jej dokończyć. Jeden z nich rzucił na zakrwawiony blat zestaw kolorowych zdjęć. Przedstawiały węża ukrytego w podszycie równikowego lasu. Na pierwszy rzut oka przypominał przedstawicieli żmijowatych z Afryki Środkowej i Zachodniej – miał bardzo szeroki, płaski łeb i ciemne trójkątne pasy po bokach oczu. Rozmiarami przypominał jednak nie żmiję, a wymarłego miliony lat temu Titanoboa. Miał co najmniej 14 metrów długości.

Nie było czasu na zastanowienie. Mężczyzna krzyczał z bólu, rośli koledzy z trudem utrzymywali go na blacie stołu. Krwawił z nosa i uszu. W każdej chwili mogło dojść także do krwawienia wewnętrznego. Beata przygotowała skoncentrowaną dawkę antidotum stosowanego przy ukąszeniach żmii gabońskiej. Miała nadzieję, że roztwór skutecznie zahamuje działanie hemo- i cytotoksyn.

– Ten stwór… – próbowała zadać pytanie. – Gdzie go znaleźliście?

– Ile pani wie o mechanice kwantowej? – zapytał jeden z mężczyzn.

– Niewiele. Jestem zoologiem.

Przytaknął.

– Być może będzie się pani musiała zaznajomić z koncepcją wieloświatów. 

 

***

 

Zamek wzniesiono z cegły na wysokiej, kamiennej podmurówce. Historia budowli rozpoczęła się w XIV wieku, ale to współczesne sekrety fortecy były najpilniej strzeżone.

Znajdowali się w jednej z sal, przerobionej na skromny gabinet. Mężczyzna za biurkiem nie przypominał historycznych właścicieli zamku. Zamiast przyłbicy jego twarz zasłaniały ciemne okulary. W uchu tkwiła bezprzewodowa słuchawka.

– Zdaje sobie pani sprawę z tego, że po tym, co pani widziała, nie może pani wrócić do pracy? Ani do swojego życia.

Beata nie wiedziała, co odpowiedzieć. Kiedy agenci ściśle tajnej rządowej placówki przetoczyli się przez jej laboratorium jak klęska żywiołowa, zadziałała instynktownie. Dopiero kiedy po wszystkim „zaprosili ją na rozmowę”, zaczęła się bać.

– Czy ten mężczyzna przeżył? – zmieniła temat.

– Dojdzie do siebie. A pani?

– Tego chyba za chwilę dowiem się od pana?

 

***

 

 Zmieniła kolor włosów i miejsce zamieszkania. I pracę. Na bardziej wymagającą, często niebezpieczną, ale też frapująca i satysfakcjonującą. Angaż w Instytucie Kryptozoologii Multiwersum pozwolił jej również na zmianę stylu życia.

Chyba się przyzwyczaję – pomyślała, wsiadając do nowego Audi A8 zaparkowanego przed warownymi murami.