Aniele boży...

Ocena: 
0
Brak głosów

Aniele bozy, stlózu – mój!

Znudzony przysiadł na peronie, przyglądając się szarym pasażerom. Skrzydła założył za oparcie ławki, niemalże się na niej wieszając. Miał dosyć. Zbyt wiele lat spędził na stacji. Drażnił go zapach palonej przez robotników machorki, w głowie boleśnie świdrował pisk gwizdka konduktora, irytował gwar podróżnych, spieszących na podjeżdżające regularnie pociągi. Mierził go stukot ciężkich, wojskowych butów, ostatnio wybrzmiewający zdecydowanie za często. Trwała wojna, oddziały przemieszczały się na front. Masywna lokomotywa wtaczała się po torach, wypuszczając kłęby śmierdzącego dymu. Pisk, gwizd, skrzypienie. Jak zawsze przynajmniej od kilku, może nawet i kilkunastu lat.
Anioł obserwował każdego, kto pojawiał się na peronie, wskakiwał do wagonu lub dysząc ze zmęczenia ciągnął za sobą walizki. Szary tłum jak co dzień.

Ty zafsze psy mnie – stój!

Podniósł głowę, wyraźnie zaintrygowany tym, co usłyszał. Malutkie dziecko beztrosko wyliczało słowa modlitwy, odbijając przy tym gumową piłkę. Dziewczynka w różowej sukieneczce, jedyny jasny punkt na tej stacji. Odliczała kroki: raz, dwa, trzy, bęc! Zarzucała brązowymi loczkami i kontynuowała. Uderzała mocniej, aż zabawka z głośnym protestem odskakiwała od płyt. Wtedy ją łapała i ponawiała rzut.
‒ Co ty najlepszego wyczyniasz, dzieciaku?! ‒ Blask dziewczynki zgasł, gdy podbiegła do niej młoda kobieta, zapewne matka lub starsza siostra. Wbiła pazury w delikatne mięśnie. ‒ Czy nie uczyłam cię, że Bozia się pogniewa, gdy będziesz takie rzeczy wygadywać dla zabawy?! Czy nie wiesz, że aniołek będzie zły?!
Pulchna twarzyczka wykrzywiła się w grymasie bólu. Za chwilę po policzkach miały popłynąć łzy.
‒ A mama?
Kobieta zamknęła oczy i gwałtownie przechyliła głowę.
‒ Mama za nami już nie tęskni. Zobaczysz, w nowym miejscu będzie nam lepiej ‒ syczała. Sączyła te słowa prosto do ucha małej, by nie usłyszał ich nikt inny, by nie nabrał podejrzeń.
Anioł chciał podejść do dziwnej, wzbudzającej zainteresowanie wszystkich obecnych na stacji pary i powiedzieć, że on się nie gniewa, że to niewinna zabawa, on rozumie, w końcu słyszał takie rzeczy już tyle razy, że naprawdę się nie przejmuje. Tylko że nie zostałby dostrzeżony, nikt by go nie usłyszał.
Taki los anioła, który zawiódł. Kiedyś miał strzec pięknej Klary, nastoletniej panienki, oczka w głowie każdego członka jednego z najznamienitszych rodów w okolicy. Co wieczór karmiony modlitwą, starał się wykonywać powierzone zadanie z jak największą dokładnością. Spod delikatnych stópek wyrzucał wszelkie kamienie, odganiał wściekłe psy, krył przed złymi ludźmi. Roztaczał nad podopieczną klosz, a ona odwdzięczała się litaniami do swego najwspanialszego powiernika i przyjaciela, tego niewidzialnego i niesłyszalnego, a jednak tak prawdziwego. Jeden z dwudziestu siedmiu odkupionych. Bezimienny, który doznał łaski opieki nad najwspanialszą. Towarzyszył jej zawsze: od okresu dziecięcego, aż po moment odejścia. Od zawsze pragnął jej się pokazać, chwycić za rękę, wskazać drogę. Zupełnie jak anioły z zapełniających modlitewniki obrazków. Jego życzenie spełniło się. W dniu śmierci kobiety.
Rano, wieczór, we dnie, w nocy…
Wzdrygnął się na dźwięk tych słów. Pomyślał, że już nie usłyszy jej głosu, że jej dusza wreszcie zaznała spokoju i odeszła, by radować się w Stwórcy. Obrócił się ku niewielkiemu krzyżykowi przytwierdzonemu do muru stacji. Anonimowy ślad po kimś, kto odszedł w tym miejscu. Gorzki wyrzut, przypomnienie o najgorszym błędzie.
‒ Jednak tu jesteś, Klaro?
Ty zawsze przy mnie stój.
‒ Jestem przecież ‒ zirytował się. Był od zawsze. Wypełniał swoje obowiązki aż do śmierci podopiecznej. Starał się jak mógł. Redukował wszelkie zagrożenia, nie usunął tylko drobnego kawałka lodu, na który dziewczyna nastąpiła trzewiczkiem i niefortunnie upadła. Uderzyła skronią o fragment rozłupanego kamienia, śmierć na miejscu. Wielka nadzieja rodu zgasła w tak niefortunny sposób.
„Aniele boży, stróżu mój”, szeptała jej dusza, choć usta już się nie poruszały. Powtarzała to zdanie nieustannie. Gdy pełni zgryzoty rodzice składali do trumny ciało, gdy kapłan wypowiadał słowa ostatniego pożegnania, gdy krewni sypali ziemię na drewnianą skrzynię. Ona dalej wzywała tego, który zawiódł ją po raz pierwszy. „Ty zawsze przy mnie stój.”
Musiał odkupić swoją winę. Nie tylko dlatego, że od lat tkwił przykuty do tej stacji. Znał rozkłady jazdy, obserwował zmiany na kolei, dostrzegał dokonujące się przemiany w społeczeństwie.
‒ Ona też ma na imię Klara ‒ usłyszał. Z niedowierzaniem uniósł głowę. Tak, to była ona. Stała przy nim, a wiatr rozwiewał jej bujne, blond loki. ‒ Widzisz tego tam oficera?
‒ Widzę ‒ przyznał. Od stóp do głów zlustrował mężczyznę w mundurze. Niby nie wyróżniał się niczym. Szary jak każdy inny na tej stacji. Nijaki, zmęczony podróżą, zapewne czekający na kogoś. Rozglądał się niecierpliwie, aż dostrzegł małą Klarę i jej dorosłą towarzyszkę. Splunął, gdy jego wzrok prześlizgnął się po dziecku.
Ta durnota miała nie brać smarkuli! Zacisnął pięść i ruszył. Prawą dłoń ukrył za połą płaszcza.
Skrzydlaty zrozumiał.
    
Aniele boży, stróżu mój.
Ty zawsze przy niej stój.

Poderwał się. Nie zwracał uwagi na wypadającą z rączek piłkę. Nie widział strachu w oczach dziecka, nie dostrzegł drżącej wargi, nie usłyszał krzyku przerażonej kobiety. Liczyło się tylko silne ramię, trzymające pistolet. Musiał zdążyć. Może tym razem! Odkupić winy, uratować choć jedną Klarę! Nawet i za cenę swojego życia! Ten jeden raz wykonać zadanie!
Może wtedy i jego podopieczna odzyska spokój?

Aniele boży…