Koniec śmierci – Cixin Liu

Nadmiar człowieczeństwa

Marcin Knyszyński

No dobra, to na czym skończyliśmy? Aha, wiemy już, że wszechświat to przerażający ciemny las a nasza mała planetka to krzykliwy, jaskrawo upierzony ptak na gałęzi jednego z drzew. Wielkie, drapieżne ptaszysko, czyli Trisolarianie, zostało w ostatniej chwili powstrzymane przez fortel Luo Ji. Ten socjolog kosmicznych cywilizacji okazał się ostatnią nadzieją ludzkości. Zagrał va banque i wygrał – zaczęła się  kosmiczna zimna wojna. Trzecia część trylogii „Wspomnienie o przeszłości Ziemi” to dalsze dzieje ludzkości, skazanej na potworną samotność z konieczności. Cixin Liu ma rozmach – jego „Koniec śmierci” zabiera nas w tak odległą przyszłość, tak niezmierzone przestrzenie i tak abstrakcyjne wymiary, jak mało która powieść science fiction.

Pewna pani naukowiec z Państwa Środka, Cheng Xin, pracowała dla Planetarnej Agencji Wywiadowczej w czasach, gdy Trisolarianie byli jeszcze w drodze do Układu Słonecznego. Z dnia na dzień stała się obiektem zazdrości większości kobiet na świecie – jakiś tajemniczy wielbiciel kupił jej gwiazdkę z nieba. Dosłownie. Otóż jej były kolega ze studiów o imieniu Tianming postanawia wydać cały swój majątek na prezent dla ukochanej, zanim rak płuc zje go żywcem. Cheng Xin dowiaduje się o tym trochę za późno, więc postanawia odnaleźć go w przyszłości wśród gwiazd. Również dosłownie. Nie przypuszcza jeszcze, że ostatecznie otrzyma od Tianminga prezent, przy którym bledną wszystkie gwiazdy. Także jak najbardziej dosłownie.

Cixin Liu nazywa hibernację „końcem śmierci”. Jest ona powszechnie dostępnym sposobem na przedłużenie egzystencji ludzi epoki kryzysu trisolariańskiego. Cheng Xin w taki właśnie sposób przenosi się w przyszłość, do czasów, gdy Ziemia i jej wrogowie tkwią w nierozerwalnym klinczu. Trwa nowa zimna wojna, tym razem pomiędzy kosmicznymi cywilizacjami – palec na przycisku zagłady trzyma Dzierżyciel Miecza, czyli wspomniany twórca Teorii Ciemnego Lasu, Luo Ji. Prawdopodobieństwo spełnienia przez niego groźby jest szacowane przez Trisolarian niebywale wysoko. Tak naprawdę tylko ta odczłowieczona i pozbawiona jakichkolwiek ludzkich cech postawa Dzierżyciela jest gwarantem pokoju. Tymczasem Ziemianie wpadają na karkołomny pomysł wymiany Luo Ji na Cheng Xin. Zamieniają ludzką maszynę na osobę o wysokich standardach moralnych, humanistycznych ideałach, wielkiej empatii i gorącym sercu. Od tej pory wyobraźnia Cixina Liu zrywa się ze smyczy i nawet granice czasu i przestrzeni nic dla niej nie znaczą, zaś „koniec śmierci” zyskuje ostatecznie trochę inne znaczenie.

Cheng Xin to właściwie główna bohaterka całej trylogii, choć pojawia się dopiero w trzeciej części. To nie tylko kobieta z krwi i kości, lecz symbol całej naszej cywilizacji. To ludzkość zredukowana do pojedynczej osoby. Na jej przykładzie autor snuje opowieść o zagubieniu człowieka w niezmierzonej, nieodkrytej i absolutnej otchłani kosmosu. W powieściowym wszechświecie podróże międzygwiezdne, starwarsowe parlamenty i sojusze, terraformowanie planet i wszelkie próby kontaktu z obcymi cywilizacjami jawią się jako przykłady naiwnego, niepoprawnego romantyzmu. Wszechświat nienawidzi życia i, choć zgodnie z Teorią Ciemnego Lasu, jest nim przepełniony, traktuje je jak swoją chorobę. Miał trochę pecha, ponieważ gdyby podczas Wielkiego Wybuchu wartości stałych fizycznych okazały się choć odrobinę inne – życie nigdy by nie powstało. A tak, choć praktycznie niemożliwe, jest wszechobecne. Trwa w tym starym, sparaliżowanym, puchnącym trupie, jakim jest kosmos Cixina Liu. Ludzie nie znaczą w tej skali zupełnie nic, nasza cywilizacja to tylko  jedna z najmarniejszych bakterii wgryzających się w wielkie cielsko martwego Behemota.

Kim okazuje się człowiek w obliczu wieczności i bezkresu? Wydawać by się mogło, że nikim. Weź człowieka, wraz z jego wszystkimi cechami, o których myśli, że definiują jego istotę i wystaw go na działanie wszechświata. Bardzo szybko traci wszystkie swoje atrybuty – aby przeżyć, musi odrzucić humanizm. Musi zabić, aby nie zostać zabitym. Zjeść ludzkie ciało, aby nie umrzeć. Przekroczyć każde możliwe tabu. W otchłani nie liczy się żadne prawo, moralność, indywidualność. Człowiek jest wtedy jak ryba, która wydostaje się z wody na ląd – po prostu przestaje być rybą. Cena za kosmos jest niewyobrażalna. Liczy się w nim tylko zdolność do adaptacji i umiejętność zadania szybkiego, wyprzedzającego uderzenia. Nasz humanizm staje się  ewolucyjnym balastem, którego musimy się pozbyć, aby nie zginąć. Wybory moralne są po prostu moralne, ale nie gwarantują przetrwania. Wręcz przeciwnie – przyspieszają zagładę. Cheng Xin i jej perypetie na przestrzeni całych mileniów to właśnie metafora zmagań niepotrafiącej uczyć się na własnych błędach ludzkości z wszechświatem, przy jednoczesnej próbie zachowania przez nią człowieczeństwa.

I teraz rodzi się pytanie. Skoro Cixin Liu tak bardzo przytłacza nihilizmem i skazuje Cheng Xin (czyli tak naprawdę wszystkich nas), na takie, a nie inne katusze wynikające z nadmiaru człowieczeństwa – to czy nie powinna ona już dawno paść trupem w nierównej walce? A tu proszę, mijają całe epoki, a nasza bohaterka nadal żyje. Wizja, zawarta w zapierającym dech zakończeniu, jest dość klarowna i jednoznaczna. No właśnie, wizja. „Koniec śmierci” jest bowiem powieścią wizjonerską, napisaną nie dla fabuły, lecz idei. Cixin Liu nie snuje opowieści, on tworzy świat i buduje obraz przyszłości naszego gatunku, planety, galaktyki i całego wszechświata.

Autor to naukowiec, podobnie jak inny gigant hard SF – Greg Egan. „Koniec śmierci” jest przepełniony niesamowitymi, mocno działającymi na wyobraźnię pomysłami. Niektóre budzą podziw – wizualizacja wszechświatów o innej liczbie wymiarów przestrzennych niż nasz (bohaterowie przez chwilę rozmawiają nawet o dwuwymiarowym czasie, co przypomniało mi obcych z „Historii twojego życia” Teda Chianga), emitery fal grawitacyjnych jako odpowiednik bomby wodorowej w nowej zimnej wojnie, fotoidy – pociski do niszczenia cywilizacji, płatki śniegu większe niż Księżyc, pomysł na kryjówkę w czarnej dziurze i wiele innych. Jest też jednak sporo takich, które mocno obciążają coraz bardziej trzeszczący kołek do zawieszania niewiary. Podobnie jak w „7EW” Neala Stephensona, musimy przyjąć pewną umowność przedstawianej historii, zwłaszcza w kwestii socjologii naszej cywilizacji. Ludzie są dla Cixina Liu kłębiącą się masą, którą można bardzo łatwo przestawiać w całości z kąta w kąt. Wszyscy myślą podobnie na każdy temat, zgodnie reagują na wydarzenia, tak jakby mieli zawsze dostęp do takich samych zasobów informacji. Liu traktuje ludzką cywilizację jak uproszczony nośnik idei w swoim drobiazgowo zaprogramowanym świecie. Przyjmuję to jednak z całym dobrodziejstwem kreacji autora, gdyż, podobnie jak u Stephensona, chodzi tu o ideę właśnie. No i skoro przy Stephensonie jesteśmy, wiadomo w końcu co i dlaczego rozwaliło Księżyc w „7EW”.

„Koniec śmierci” okazuje się lekko fabularyzowanym katalogiem pomysłów i skomplikowanych koncepcji z pogranicza nauki i fantastyki, bardzo mocno powiązanych motywem przewodnim – analizą miejsca człowieka w przyszłości, wykreowanej przez te wszystkie idee. To historia rozpisana na eony, której głównym bohaterem jest ludzkość i jej awatar – Cheng Xin. Cixin Liu pisze z zapałem, wyciska z gatunku wszystko, co tylko możliwe, choć czasem potyka się o własne nogi, przesadza i wystawia na próbę swoich czytelników. Choć gdyby się dobrze zastanowić, to przecież odbiorca, do którego kieruje swoją opowieść, jest wyraźnie zdefiniowany. To czytelnik podobny do samego Liu – tak samo jak on lubi stawiać Wielkie Pytania, na które niekoniecznie muszą istnieć Wielkie Odpowiedzi. Ba, zarówno autor, jak i odbiorca są w pełni świadomi ich braku.


Tytuł: Koniec śmierci
Tytuł oryginalny: Death’s End
Autor: Cixin Liu
Tłumaczenie: Andrzej Jankowski
Wydawca: Rebis
Data wydania: kwiecień 2018
Liczba stron: 840
ISBN: 9788380622852