Lanfeust z Troy, tom 2 – Christophe Arleston, Didier Tarquin

Tu Thanos, tam Thanos

Maciej Rybicki

Muszę przyznać, że jestem pod ogromnym wrażeniem dynamiki, jakiej w ostatnich latach nabrał nasz rynek komiksowy. Wydawnicza ofensywa trwa w najlepsze i choć pewnie prędzej czy później balonik pęknie, na razie czytelnicy mogą najwyżej narzekać na klęskę urodzaju. Oferta rodzimych wydawców jest bowiem coraz większa. Co ważne, wzrost podaży nie ogranicza się tylko do komiksów zza Wielkiej Wody, ale powoduje także coraz lepszą dostępność pozycji europejskich. To, wraz z modą na wydania zbiorcze, przekłada się na wznowienia znanych już u nas serii frankofońskich, tym razem w formie integrali. Nie inaczej jest z „Lanfeustem z Troy”. Ta publikowana już w Polsce seria – jedna z najbardziej cenionych na polu europejskiego komiksowego fantasy – tym razem trafia do czytelników w postaci wydań zbiorczych. Tom otwierający serię był zdecydowanie udany. Jak więc wypada zwieńczenie historii Lanfeusta?

Na przestrzeni czterech zawartych w omawianym tomie albumów Arleston trzyma się sprawdzonego schematu, w którym, wychodząc z niemal sielankowego staus quo, prowadzi bohaterów przez szereg komplikacji, aż po efektowny finał. Choć fabuła rozkręca się dość leniwie, koniec końców nabiera jednak sporego tempa, trzymając czytelnika w napięciu do samego końca, po drodze oferując kilka zwrotów akcji. I jak to zwykle w przypadku komiksów ze świata Troy bywa, w środku znajdziemy mnóstwo dobrej zabawy. Ta wynika z kilku czynników.

Po pierwsze, mamy okazję poznać nowe zakątki tego niezwykle malowniczego uniwersum. Arleston i Tarquin nie tylko bawią się stylizacjami (etnicznymi, jak w przypadku przypominającego Chiny Darshanu; popkulturowymi, jak w przypadku pojawiającego się w pewnym momencie nawiązania do „Zorro”; czy też stricte komiksowymi, jak w przypadku niektórych stworzeń  przywołujących na myśl prace mistrza Moebiusa), ale także nadają niektórym obszarom Troy zupełnie nowego charakteru, chociażby poprzez wprowadzenie bogów kojarzących się z Pratchettowskimi czy też przez modyfikację zasad działania magii. Dzięki temu nie tylko oglądamy świat z nowej perspektywy, ale też postaci muszą zaadaptować się do niecodziennych dla siebie warunków.

Po drugie, wciąż mnóstwo uroku mają bohaterowie. Widać ewolucję nie tylko postaci, ale i relacji między nimi. I nawet jeśli niektóre z zachodzących na stronach komiksu przemian wydać się mogą nieco pobieżnie umotywowane, patrząc przez pryzmat efektu, jaki wywołują w warstwie fabularnej, trzeba je uznać za jak najbardziej udane.

Po trzecie, wciąż pojawia się specyficzny dla Troy humor: lekki, niewymagający, nieco rubaszny i frywolny, w równym stopniu bazujący na dialogach, co humorze sytuacyjnym i cokolwiek krwawej odmianie slapsticku. Grunt, że spełnia swoją rolę i autentycznie bawi, nawet jeśli nie mamy do czynienia z tytułem stricte humorystycznym.

Po czwarte wreszcie, „Lanfeust z Troy” to nic innego jak epickie fantasy pełną gębą, wręcz modelowy przykład tego, jak należy tworzyć w omawianej konwencji – poczynając od sposobu kreacji  protagonisty („od zera do bohatera”) i antagonisty, poprzez epatowanie niezwykłością, obfitość rozmaitych ras i lokacji, liczne tropy kulturowe, aż po zachowanie typowo przygodowo-awanturniczego charakteru fabuły. Wszystko znajduje się tu na swoim miejscu…

...Także oprawa graficzna. Po raz kolejny Didier Tarquin wykonał znakomitą pracę . Francuski grafik to jedna z postaci nierozerwalnie związanych ze światem Troy – oprócz ośmiu tomów „Lanfeusta z Troy” spod jego palców wyszło także kolejne osiem tomów „Lanfeusta w Kosmosie”, będącego bezpośrednią kontynuacją omawianego tu tytułu. Pod względem graficznym komiks prezentuje się po prostu doskonale. Francuz potrafi udanie połączyć lekką, nieco kreskówkową stylistykę, z zapierającymi dech w piersiach planami i efektownymi kadrami. Znakomicie oddano też dynamika poszczególnych scen, ze szczególnym uwzględnieniem walki (której na kartach „Lanfeusta” niemało). W efekcie jest to po prostu uczta dla miłośników klasycznego komiksowego stylu.

W mojej opinii „Lanfeust z Troy” oferuje wszystko, czego można oczekiwać po komiksie stricte przygodowym: pełno tu akcji, jest przepięknie narysowany, bogaty świat, sympatyczni bohaterowie i specyficzny humor. Oczywiście, trudno porównywać go nawet nie tyle z pozycjami amerykańskimi, ile choćby „poważniejszymi” komiksami frankofońskimi – zupełnie nie o to jednak chodzi. To komiks o czysto rozrywkowym charakterze, bez większych pretensji artystycznych. W swojej klasie „Lanfeust” jest jednak pozycją niemal wzorcową. Myślę, że (dojrzali) czytelnicy, którzy maja ochotę na odrobinę niezobowiązującej lektury, z pewnością będą zadowoleni z sięgnięcia po dzieło Arlestona i Tarquina.

Tytuł: Lanfeust z Troy
Tom: 2
Seria: Troy
Scenariusz: Christophe Arleston
Rysunki: Didier Tarquin
Kolory: Mateo Livi, Claude Guth
Tłumaczenie: Maria Mosiewicz
Zawartość: Wizja wieszczka, Cesarzowa C’ixi, Fetaury umierają w ukryciu, Mityczna bestia
Tytuł oryginału: Lanfeust de Troye: Le frisson l’Haruspice, C'ixi impératrice, Les Pétaures se cachent pour mourir, La Bête fabuleuse
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Editions Soleil
Data wydania: marzec 2018
Liczba stron: 224
Oprawa: twarda