Na przykład tutaj

Ocena: 
0
Brak głosów

Któregoś dnia przypomniała sobie, że nienawidzę manekinów. Zaczęła je sprowadzać w ogromnych ilościach. Niektóre były popsute, inne nienaruszone; niektóre nagie, inne jeszcze w ubraniach. Najbardziej denerwowały mnie te, które sadzała na kanapie lub ustawiała przy kuchence, jakby coś robiły.

– Kochanie, to naprawdę nie jest metoda… – zaczynałem, a ona tylko pokazywała mi papiery rozwodowe i miejsce, w którym miałem podpisać. Zawsze nosiła je przy sobie. Długopis też.

Próbowałem jakoś sobie radzić. Jednego dnia wynająłem robotników i ciężarówkę, żeby wywieźli te plastikowe kukły. Uwijali się przez kilka godzin. Nie wiem, ile razy musieli obrócić ciężarówką. Wieczorem było pusto, nie licząc tego manekina na kanapie. Jego nie mogli zabrać, ponieważ ona siedziała mu na kolanach. Popijała wino, śmiała się i obracała w dłoni papiery rozwodowe.

Następnego ranka dom znów był pełen manekinów. Nowych. To mnie rozwścieczyło, bo do poprzednich zdążyłem się już jakoś przyzwyczaić. Nagle pojawiły się w innych miejscach i wpadałem na nie w drodze po kawę lub do łazienki. Zrzuciłem kilkanaście ze schodów, by się roztrzaskały, a kiedy łapałem oddech, ona podeszła i zapytała, czy wszystko w porządku.

– Czy ty naprawdę nie masz serca? – odpowiedziałem pytaniem.

– Mam – odparła. Wzięła ten swój długopis i narysowała na piersi najbliższego manekina serce. – Na przykład tutaj.

Tego dnia musiałem wyjechać z domu, żeby nie doszło do rękoczynów. Kiedy wróciłem, zapadał wieczór, a z okien patrzyły na mnie setki plastikowych twarzy. W holu panował tłok jak na dworcu. Przeciskałem się między atrapami, co chwilę mając wrażenie, że wśród nich są prawdziwi ludzie. To budziło największy niepokój.

Prysznic brałem w towarzystwie manekina, zęby myłem w towarzystwie manekina, spać też szedłem w towarzystwie manekina. Nie dało się ich wynieść – utknęły w domu jak monety w przepełnionej skarbonce. Tylko że skarbonką można potrząsnąć, domem nie.

Gdy otworzyłem oczy, powitała mnie twarz z plastiku. Krzyknąłem i zacząłem przedzierać się przez morze sztucznych ciał, byle tylko wydostać się na zewnątrz. W ogrodzie też było ich całkiem sporo. Jeden się poruszył, a ja wrzasnąłem ponownie. Okazało się, że to tylko ona. Pomachała mi papierami na dzień dobry.

– Okej – sapnąłem. – Wygrałaś.

Wziąłem długopis, podpisałem. Ona pisnęła z radości, uściskała mnie, cmoknęła w policzek i odeszła. Za moimi plecami coś się poruszyło.

– Dobra! – krzyknął manekin w czerwonym polo. – Koniec przedstawienia, wracamy do siebie.

I nagle wszystkie drgnęły. Zaczęły szemrać między sobą plastikowymi głosami, po czym także odeszły. Trwałem chwilę w bezruchu. Myślałem, czy do kogoś nie zadzwonić, ale uznałem, że nie będę tego roztrząsać. Wróciłem do domu.

Jeden manekin wciąż tam był. Ten, na którym coś narysowała.

Nie miałem serca go wyrzucić.