Złoty deszcz

Ocena: 
0
Brak głosów

Tycjan najpierw ziewnął, a później przetarł oczy.

Brało go na sen, a to stąd, że wciąż nie przywykł do całkiem odwróconej hierarchii pór dobowych. Niby czasu było dość, a wykonywana robota właśnie z tych, że nocą się pracuje. Jednak… Natury nie oszukasz!

Za to zaraz później wgapił się w szereg wyliczeń.

– Nie może być! – prychnął.

Po sprawdzeniu okazało się, że nie tylko może, ale i jest. Natychmiast chwycił za telefon.

Niekrótkie oczekiwanie.

– Co tam? – padło wreszcie w słuchawce. Wyraźnie zaspany głos. Szef umiał kimać.

– Artur, lepiej tu przyjdź.

– Pali się?

Tycjan przełknął ślinę.

– Tak jakby.

 

* * *

Seba warował pod spożywczo-przemysłowym, w nadziei, że trafi się dobra dusza. Pojawiła się wreszcie jakaś. Mniej więcej oczekiwana, bo w postaci Zygi. Ale kumpel miewał humory.

– Poratujesz, brachu? –  zagadnął nieco płaczliwie podsklepowy wyjadacz.

– A ty znowu co?

– Grosik, druhu.

To Zyga sięgnął do kieszeni i po cierpliwych poszukiwaniach wygrzebał wzmiankowany bilon najniższej wartości.

– Proszę! – Wręczył monetę z szampańską miną.

Seba westchnął.

– Tak bardziej symbolicznie miałem nadzieję.

– Ty do roboty byś się lepiej wziął! – nadął się ofiarodawca.

– Niby jakiej?

– Zarobkowej.

– Przecież wiesz, że ten oszust skończony, Wirek Bolesław, psubrat rodowodowy, żeby tak zdechł kanalia, oszwabił mnie dokumentnie. Robiłem jak dureń, od rana do nocy. Flaki z siebie wypruwałem, a on wypiął się. I nie ma jak go ścigać, cwela, bo zakumplowany z szyszkami. Ogólnie panuje niesprawiedliwość na świecie, a prosty człowiek nieodmiennie pozostaje poniżany i wykorzystywany. Niebo biednym niełaskawe.

– Zawsze jednym przypadkiem będziesz się tłumaczył? Prawda taka, że od urodzenia miałeś dwie lewe ręce do roboty.

– Żeby się jakaś popłatna fucha trafiła.

– Od sterczenia pod sklepem na pewno nie. Ty byś chciał, by ci forsa z nieba spadła. Nie?

– Nie miałbym nic przeciwko temu, w gruncie rzeczy.

– Marz dalej! Z nieba to ptasie gówno najprędzej. Uchyl gąbki, na pewno smaczne.

Ale Seba się nie skwasił jako zwykle.

– Meteory też – odparł.

– Że co?

– Nie obiło się ci o uszy? Taki jeden pędzi w naszą stronę. Zapierdala jak mały samochodzik. Wkrótce znajdzie się niedaleko. Podobno kurs kolizyjny, a co najmniej bliski. Jak dupnie…

– To z twoim pragnieniem skończy raz na zawsze. Będzie jakaś korzyść.

– A tymczasem uschnę. Poratuj…

– Żebrak!

– Nie każdy kima na wyrku ze złota – filozoficznie zakończył Seba.

 

* * *

W obserwatorium astronomicznym Tycjan przysiadł z kawą. Ostatnio nocami spać chciał bardziej. I pozwalał sobie. W sumie czemu nie. Co zostało do stracenia? Artur spojrzał na podwładnego. Źle wyglądał. Jak wszyscy.

– To pewne? – zagadnął Tycjan.

– Raczej tak.

– Prawdziwa góra złota.

– W istocie. Takie ilości, że w całym systemie mniej i to co najmniej kilkakrotnie.

– To mamy szczęście – gorzko zaśmiał się młody stażem badacz. – Da się to zatrzymać?

– Sam robiłeś obliczenia.

– Może coś mi źle wyszło?

– Wątpię.

 

* * *

Seba tradycyjnie szukał sponsorów. We krwi za mało prądu, po prostu potrzebował się napruć po same uszy.

A tu nawinął się Zyga.

– Ty nie pracujesz? – Seba zagadnął kumpla. – Stale tu się na ciebie natykam.

– No, kuź… – Zyga urwał. – Kto jak kto, ale ty, śmierdzący leniu, pouczasz mnie, kiedy mam do sklepu zachodzić?

– Bo z ciebie znana mrówka.

– Poczekaj, świerszczyku, zobaczysz, jak ci dam zeta.

Podsklepowy bywalec wzruszył ramionami.

– I tak byś nie dał. Tylko gadasz. Lubisz się wywyższać. Znam cię. Choć twemu obecnemu skąpstwu bardzo się dziwię, niedługo wszyscy utoniemy w powodzi złota. Wrodzone skąpstwo przez ciebie przemawia, a obecnie ono co najmniej głupie.

– Niby czemu?

– To nie słyszałeś o tym wielgachnym meteorycie? Na jakiej planecie żyjesz?

– A, o to ci idzie…

Odkryto właśnie nieznacznych rozmiarów ciało niebieskie. Jak na warunki kosmiczne. Mniej niż dwadzieścia kilometrów. W skali astronomicznej – źdźbło. Ale całe ze szlachetnych metali. Niejednemu w głowie się przewróciło. Szczególnie naukowcom i wojskowym. Szaleli na różnych forach. I czegoś tam chyba próbowali z naprowadzaniem i zatrzymywaniem. Ale wyraźnie bez powodzenia. Okazja widać przeszła koło nosa, to się wkurwiali.

– Mamy szczęście, dwa pulsary zderzyły się, wyprodukowały kupę bogactw, a część w postaci takiej planetoidki akurat popierdala w naszym kierunku. Fart zajebisty! Złota to jak dwie Czomolungmy, a platyny jak Gubałówka – rozmarzył się spragniony żebraczyna.

– I co ci po tym?

– Szlachetnych metali jak lodu.

– To z miejsca stracą na wartości.

– Nie marudź. Teraz każdy swoją działkę dostanie.

– A jak się po nią wybierzesz? Masz rakietę? – złośliwie zaśmiał się Zyga. To był taki typek, co rad drugiemu odbierał żywione nadzieje. – Zresztą jeśli złoto stanie się powszechne, to zaraz przestanie być cenne. Za pół kilo to może piwko dostaniesz, więc się nie ciesz. Rusz pomyślunkiem, kpie.

– Ty zawsze szukasz dziury w całym. Wcale cię nie słucham! Wreszcie będzie po równo, a nie tak, jak zawsze, że jacyś cwaniacy równiejsi.

 

* * *

Ogromny meteor śmiało wszedł w atmosferę.

Ona wprost od tego zawyła.

A jak świecił. Cudownie! Słonko w południe nie piękniej, a nawet mniej oślepiająco.

Zaś później spadł złoty deszcz, którym wszyscy zostali równo pokryci.

Choć oczywiście niektórzy równiej.