Krzysiek i sikorka

Autor: 
Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

Krzysiek był w swym żywiole. I to jeszcze jak! Folgował sobie raźno na nieco uleśnionej wysepce. To stał z zadartą głową przy rozłożystym drzewie, to mknął ścieżką jak dokazujący piesek. Lekki i zwinny, choć przecież obarczony dobrym, solidnym sprzętem. U szyi fikały mu lornetka oraz aparat fotograficzny. Raz przykładał do ciekawskich oczu tę pierwszą – i skanował swym zamplifikowanym wzrokiem odległe konary, to znów sięgał raczej po drugie z narzędzi, by spetryfikować w jego pamięci obraz szczególnie atrakcyjnego stworzenia.
Spośród mieszkańców rozległego królestwa zwierząt wybitnie upodobał sobie te najlotniejsze, czyli ptaki. To ich obyczaje, upierzenie i budowę – właściwie morfologię – studiował od przeszło ośmiu lat. W domu rodzinnym uchodził za prawdziwego znawcę dziedziny. Podobnie było w dość szczupłym gronie przyjaciół i znajomych, niektórzy wręcz mówili na niego „ornitolog”…
…Lecz spójrzmy, oto nadstawił uszu. Właściwie cały stał się jednym wielkim, ultraczułym uchem. Dla kogoś przypadkowego zebrane dźwięki byłyby zaledwie bliżej nieokreślonym ćwierkotem. Lecz nie dla niego, oj nie, nie dla tego, który „w terenie” spędził długie letnie i nieco krótsze zimowe dni. Ujawniło mu się stadko urokliwych raniuszków. Przyleciały ot tak – jak gdyby znęcone magicznym zaklęciem. Odwrócił się zwinnie One już były nieopodal, coraz bliżej! O, tam – na przydrożnym buku, pośród jego zieleniących się gałęzi! Kompletnie nic sobie nie robiły z obecności człowieka przystawiającego do oczu zagadkową aparaturę. Robił im zdjęcia, jak w jakimś transie! – jedno, drugie, potem jeszcze kilka. Wykazywał się cierpliwością godną stoika, bo one jakby poruszane samym tylko pragnieniem ruchu co sekundę zmieniały swoje pozycje.
„Moi krnąbrni modele” – myślał o nich z czułością. Wytrwałość przyniosła owoce, z dwóch przynajmniej zdjęć był lepiej niż umiarkowanie zadowolony. No, choćby to: są na nim dwa okazy, jeden głowę ma bielszą niż śnieg, u drugiego dla urozmaicenia nad okiem przechodzi szeroki czarny pas, jakoby ciemna brewka. No proszę, brawo, Krzyśku! Pomieściłeś dwa podgatunki Aegithalos caudatus na jednym obrazku. Wrzucisz go wkrótce na fanpejdż „Impresje awifaunistyczne naszego miasta”, który nie bez drobnych sukcesów prowadzisz i, jak przeczuwasz, sypną się popularne „polubienia”; głównie od kobiet – wyjaśnijmy dla porządku – tak bardzo bezradnych, zupełnie rozbrojonych wobec piękna i uroku niewinnych istot. Instynkt macierzyński się kłania.
Ale i nasz Krzysiek nie pozostawał całkiem niewzruszony. Urodziwe są ptaki – uznawał wprawdzie – ale jako przyrodnik nie faworyzował, nie stawiał jednego gatunku ponad inne. Choć, uzupełnijmy, nie posiadał metodycznie uzyskanego, więc formalnego wykształcenia, to do sprawy zabierał się, jak przystało na wroga wszelkiego dyletantyzmu, z iście naukowym zacięciem.
Dla niego bowiem i wróbel, i nawet gawron były bytami doskonałymi, wartymi obserwacji. Nie dałby żadnego skrzywdzić! I również nie uznawał czegoś takiego jak korona stworzenia. Taki był nasz poczciwy Krzysiek.
Pogoda natomiast, o której – może i z natłoku wzruszeń – nie zająknąłem się dotąd ni słowem była bajeczna; wprost wymarzona, by z zadowalającym efektem uprawiać birdwatching, czyli bardziej po naszemu „ptakooglądactwo”. Słońce jaśniało uroczyście, jak przy jakimś święcie pogańskim. Jego panowaniu nie wchodziła w paradę ani najmniejsza z chmurek. Miły wietrzyk niósł ze sobą zapach ziół i lekkie ożywienie. Ptaki były tym aktywniejsze, że dzień ten poprzedzała mroźnawa noc.
Rozprostowywały więc skostniałe dotąd kończyny lotne i oddawały się zabawie. Zabawa to ruch, ruch to ciepło, ciepło to życie. Rachunek był więc prosty i przejrzysty nawet jak na „ptasi móżdżek”. Krzysiek z poczucia obowiązku pewnie by zaoponował, że o żadnej zabawie, przynajmniej w naszym rozumieniu tego słowa, nie mogło być mowy. „To, co nam się wydaje zabawą” – wywodziłby uczenie i trochę monotonnie – „dla ptaków, sensownych wszak i celowych istot, jest kolejną czynnością służącą w dłuższym terminie podtrzymaniu przy życiu ich populacji czy, w ogólniejszym wymiarze, całego gatunku”.
Ptasiarz spędził na zielonej wyspie kilka krzepiących godzin. Słońce wychyliło się na ekstremalny punkt swych możliwości. To ono wraz z obfitością skrzydlatych stworzeń wywołało w naszym bohaterze błogostan. „Czego to chcieć więcej?” – pomyślał niezobowiązująco. „No, pożywnego posiłku” – dopowiedział sobie poważnie. Istotnie, tak było, odczuwał w żołądku zdrową czczość. Zbliżała się nieuchronnie pora obiadowa. W związku z tym nieco tylko zwlekając pożegnał się ze swymi pierzastymi przyjaciółmi – i wcale nieważne, że one prawdopodobnie nie odwzajemniały jego uczuć. Samą tylko swą obecnością oddawały mu za jego sentyment w dwójnasób.
Regularnym krokiem skierował się ku ulubionej jadłodajni. Nie była to daleka podróż, ale by jeszcze skrócić ten czas, to przeglądał zdjęcia, to dumał nad tym, co nabierze na talerz. Ani się obejrzał, już przestępował próg knajpki samoobsługowej. Przywitał się z pracownicą. („O, jest i pan Krzyś. Pewnie głodny jak wilk!”. „Przypuszczenie pani ma wiele cech prawdopodobieństwa!”.) I bez zbędnej zwłoki już stał z nosem przy rozpromienionych gablotach. „No, no” – komplementował to, co widział łasym okiem. Wreszcie zdecydował się na miskę ziemniaków i pokaźną porcję kurczaka, okrasił to cienkimi paskami, właściwie wiórkami warzyw, przy wyjątkowo dobrej wierze mogących uchodzić za surówkę.
Zasiadł uroczyście do stołu, wyprostowany, z łokciami ściśle przylegającymi do korpusu. Obierał z lubością kość udową z bielutkiego mięsa, niezwykle sprawnie i precyzyjnie, zuch nad zuchy. Już-już miał zanurzyć kły w delikatnym przysmaku – gdy za oknem zafurczało coś nader błękitnego. Tak, nie omylił się, to była sikora modra, modraszka! Zaglądała z wdziękiem przez oszklone drzwi. Co też ją tu przywabiło? Znieruchomiał z widelcem przy ustach – jakżeż roztkliwiony jej widokiem.