Na plaży kamienie i języki

Ocena: 
0
Brak głosów

– Ale nie gryź tego, głupku! – kuzyn Arnold trzepnął mnie po potylicy z taką siłą, że prawie wyplułem kamień. – Połamiesz sobie zęby. To trzeba ssać. Z zewnątrz jest niedobre i twarde, ale jeśli będziesz trzymać to wystarczająco długo, to w końcu skorupa się rozpuści. A w środku jest odlotowe, słodkie nadzienie!
Kuzyn Arnold był synem mojego wujka. Nie spotykaliśmy się zbyt często w ciągu roku, ale niemal każde wakacje spędzaliśmy razem. Wspólnie jeździliśmy nad morze, jezioro albo w góry.
Arnold był rok starszy ode mnie i bardzo, bardzo fajny. Chodził na karate, w domu miał PlayStation i śmiesznego, rudego psa. Ja na pierwszym treningu złamałem rękę, rodzice uparcie nie chcieli kupić mi nawet komputera, a mój pies może i był fajny, ale strasznie stary i ciągle spał.
Razem z kuzynem przeżywaliśmy różne przygody. Raz, będąc u babci na wsi, śledziliśmy pewnego nikczemnika (zabawne słowo, przeczytaliśmy je w jednej ze starych książek z półki babci), ale kiedy próbowaliśmy zdemaskować go przed całą wsią, wyrzucono nas z kościoła. Innym razem polowaliśmy na gryfy (widzieliśmy ich ptasio-kocie odbicia w błocie za domem), ale głupie mewy i kocury ciągle wyjadały przynętę.
Tym razem, Arnold powiedział mi o niezwykłej rzeczy, której dowiedział się od kolegi ze szkoły.
– Każdy kamień ma słodki środek – oznajmił radośnie, machając dłonią pełną otoczaków. – Trzeba je tylko cierpliwie wyciumkać z twardej otoczki, a potem można cieszyć się z darmowych słodyczy!
Na to hasło zaświeciły mi się oczy. Darmowe słodycze! Na wyciągnięcie ręki!
– Można je lizać – przyznał Arnold. – Ale łatwiej będzie po prostu wsadzić kamień pod język i czekać, aż się rozpuści. Trochę zachodu, ale podobno warto!
Wsadziliśmy więc zgodnie, na początek, po niewielkim kamyku do buzi. Zobaczymy, ile czasu potrzeba na taki kaliber i później spróbujemy z czymś większym.
– Chłopcy, chodźcie! Za chwilę wchodzi nasza wycieczka! – zawołała nas z wydmy ciocia Marysia, mama Arnolda.
Na klifie przy plaży stało nowoczesne muzeum morskie. Ponieważ było specjalnie klimatyzowane i interaktywne wystawy uruchamiały się czasowo, należało do niego wchodzić w dziesięcioosobowych grupach.
Przeszliśmy przez salę poświęconą ekologii morskiej, historii rybołówstwa i właśnie zwiedzaliśmy strefę stworzeń morskich. Szliśmy na końcu grupy, uważnie oglądając wszystkie wystawy. Wycieczka zniknęła w kolejnej sali i zostaliśmy sami z młodszym od nas chłopcem.
– Perły powstają na skutek dostania się do organizmu mięczaka ciała obcego – najczęściej ziarnka piasku. Małża lub ślimak obudowuje obcą substancję węglanem wapnia i w ten sposób tworzy się piękna perła… – poinformował nas głos płynący z telewizora na ścianie.
– Chciałbym tak potrafić! Zrobiłbym dla mamy cały sznur pereł! – krzyknął chłopiec, podziwiając błyskotki wyświetlane na ekranie.
Arnold spojrzał na mnie i znacząco mrugnął. Po chwili nachylił się do chłopca.
– Przecież potrafisz! To znaczy… nie od razu. Na początku trzeba dużo ćwiczyć i nauczyć się robić zwykłe kamienie. Dopiero po jakimś czasie wychodzą perły.
Malec spojrzał na niego pełnym zdziwienia wzrokiem.
– Ale… jak to? Kłamiesz!
– Ja? Nigdy! - oburzył się na niby Arnold. – Zobacz!
Podszedł do wystawy przedstawiającej roślinność klifową. Poślinił palec i zanurzył go w piasku, po czym delikatnie otrzepał, zostawiając na nim tylko kilka ziarenek.
– Patrz teraz! – zawołał i wpakował sobie palec do ust.
Kręcił chwilę buzią, przewracając oczami i wydymając policzki. Po chwili otworzył usta, wysunął język i pokazał leżący na nim swój słodki kamień.
Maluch aż otworzył buzię ze zdumienia.
– No, nie jest to zbyt duży kamień, ale dopiero od niedawna ćwiczę. Ty też możesz zacząć! Im więcej piasku weźmiesz, tym łatwiej zrobić pierwszy kamyk – dodał Arnold i poklepał chłopca po ramieniu. – Powodzenia!
Ruszyliśmy we dwóch do następnej sali. W progu minęliśmy się z panią w kolorowej sukience, która najwyraźniej szukała naszego nowego kolegi.
– Maurycy? Gdzie jesteś? Maurycy?... DLACZEGO, NA MIŁOŚĆ BOSKĄ, JESZ PIASEK?!
Rzuciliśmy się do przodu, dławiąc się i kwicząc ze śmiechu. Co za głupi dzieciak! Nie sądziliśmy, że się nabierze!
Resztę dnia spędziliśmy na wygrzewaniu się na plaży i pływaniu w morzu. Na szczęście zabrałem dmuchanego krokodyla, więc mogliśmy surfować na nim po falach.
Kamienie nie rozpuściły się. Widocznie potrzebują więcej czasu.
Jutro spróbujemy je najpierw namoczyć.