A fe!

Ocena: 
0
Brak głosów

– Nie?

– Nie.

– W takim razie…

 

***

– A fe! – oburzył się pan Stefanopolus.

– Pardon? – Kelner szybciutko przyskoczył do stolika najbardziej wybrednego gościa. – Czy coś nie tak?

Gość z obrzydzeniem odsunął od siebie talerz, w którym ze wstydu rumieniła się pomidorowa.

– Khm, niesmaczne. Weź pan toto, tylko szybciutko, bo od mojego nieukontentowania większe są tylko mdłości. A już!

Kelner wyraźnie się zawahał.

– Panie! – zawołał w końcu. – No weźże się pan zlituj. Kucharzowi Li będzie przykro, o samej zupie nie wspominając. Pomidorowa w narodzie zakorzeniona, to prawda, ale w końcu damą jest, nie przystoi tak. O, proszę zjeść.

– Nie – sapnął pan Stefanopolus.

– Nie tyle żołądkiem trzeba brać, co sercem dawać – pouczył kelner i chwycił w dłoń łyżkę, po czym podsunął ją klientowi pod usta. – Jedzie ciuchcia…

– ZABIERAJ TO ŁAJNO! – ryknął pan Stefanopolus. – HY!

Wstał tak gwałtownie, że krzesło, na którym siedział, upadło z hukiem na posadzkę. Przerażona pomidorowa pisnęła, zasłaniając swe oblicze grubszymi kluskami. Wszystkie oczy w lokalu – zarówno zniesmaczonych klientów, jak i oburzonych potraw – zwróciły się na gniewnego mężczyznę. Tu zaszeptała grzybowa, tam flaczki pożaliły się pieczywu, ówdzie surówka, oburzona, tuliła się do fileta.

– Hy, w tyj dziurze nie usłyszycie więcej mojego głosu. Hołota i psy. Ot!

Pan Stefanopolus pośpiesznie założył palto, przykrył rzadkie włosy kapeluszem i wymaszerował z restauracji, w której przez chwilę panowała grobowa cisza.

W końcu kelner dopadł do pomidorowej i zaczął ją uspokajać.

– Już, już, dobrze… Tak, wiem…

Następnie szybko skonsumował zupę, co i rusz prawiąc jej komplementy.

 

***

Informacja o występku człowieka, który pogardził dzieckiem pomidora, prędko obiegła świat jedzenia. Wszyscy stanęli murem za zacnym warzywem i jego smaczną córką.

Wykwintne potrawy składały deklaracje, pakowane jedzenie przysięgało na datę ważności, kebaby z budek klęły się na sos czosnkowy, zupy wrzały, nawet ogórki kisły… Wszyscy przysięgali, że Stefanopolusowe usta ich nie dotkną.

 

***

Pan Stefanopolus, prychając, przedzierał się przez tłoczną ulicę.

– Smak, królowa zmysłów – mruczał – a ten, pfh, głupiec, myśli, że zjem barwione na czerwono szczyny kota. Jakem Stefaonopolus – niedoczekanie!

Mężczyzna szybko przypomniał sobie nazwy znanych mu restauracji i wybrał najlepszą.

W ten sposób, z myślą o nowym daniu, w znacznie lepszym humorze dotarł do obiecującej knajpki, gdzie wygodnie rozsiadł się na krześle i czekał na zamówioną potrawę – łososia z ziemniaczkami i brokułem.

Zacierając dłonie, wypatrywał z niecierpliwością kelnerki z gotową potrawą. Z powodu emocji i wydłużającego się czasu oczekiwania zaczęło mu burczeć w brzuchu.

– Hy? Co tak długo!? – zawołał nagle. – Pani, gdzie moje?

Młoda dziewczyna niechętnie przydreptała do stolika gościa.

– Cóż… To jest tak, że… Hmm, łosoś nie chce współpracować.

– Hu?

– Mówi, że pan gbur i cham. Nie będzie miał przyjemności legnąć na pańskim talerzu.

– Niedoczekanie – sapnął pan Stefanopolus, ocierając chusteczką pot z czoła. – Przekonaj go pani, bom głodny.

– Gdyby to tak łatwo… Kucharz tam płacze, klnie się na Boga, ale łosoś stoi jak stał. Znaczy się – mówi: nie. A pozostałe łososie mu wtórują.

– Cholera jasna. Inne mi pani daj. Rosół. I placka po węgiersku. Sałatkę – takoż.

Kelnerka ukłoniła się i umknęła spod stolika gniewnego klienta. Kiedy wróciła, blada, jęczała tak cichutko, że pan Stefanopolus musiał nadstawić ucha.

– Głośniej, dziewczyno.

– …inne potrawy też się buntują. Mówią, cytuję: „Abderyta i bufon. Pomidorową pierwej niech przeprosi”.

– Puff, cóż to… Kobieto, zapanujże nad jedzeniem!

– Przykro mi. Myślę, że póki nie przebłaga pan pomidorowej, będzie pan o pustym żołądku.

– Hy…

 

***

Pan Stefanopolus nie ugiął się pod żelaznymi restrykcjami czerwonej zupy i jej licznej rodziny.

Dwa i pół tygodnia później na nagrobku wyryto: Pan Stefanopolus, żył sześćdziesiąt jeden lat. Umarł nie porzucając swych ideałów.

 

***

Pomidorowa, dowiedziawszy się, że przez jej fochy umarł człowiek, zapłakała. Chlipała i bulgotała, bulgotała i chlipała. Aż sczerniała.

 

***

Matka uśmiechnęła się do protestujących pociech.

– I tak oto skończyła się ta historia. Dlatego, dzieci, musicie doceniać to, co macie na talerzach, ponieważ w innym wypadku jedzenie może wam sczernieć. I wtedy umrzecie z głodu. Dokładnie tak jak pan Stefanopolus. No, bez grymaszenia.

Adaś i Ewelinka zrobili wielkie oczy i jak na komendę zaczęli wcinać pomidorową, co chwilę zerkając, czy nie czernieje.