Anihilacja. Podbój. Tom 1 – Dan Abnett, Andy Lanning, Keith Giffen i inni

Ciężkie życie kosmicznych marvelitów

Maciej Rybicki

Niełatwy jest los mieszkańców marvelowskiego kosmosu. Serio. W kółko rozróby, awantury, wojny. A to Kree się tłuką ze Skrullami, a to ktoś próbuje zniszczyć imperium Shi’ar, innym razem wyjdzie na jaw kolejny ze spisków Thanosa… tylko po to, by do naszego (?) wszechświata wpadła ze Strefy Negatywnej Fala Anihilacji, siejąc zniszczenie i pożogę większą niż grupa dwulatków, której dano trzy pudełka plakatówek i piórkową miotełkę. Krótko mówiąc, przechlapane. Najlepszym przykładem może być choćby „Anihilacja”, czyli event, w którym praktycznie na pył rozniesione zostały największe gwiezdne imperia. Najwyraźniej jednak odpowiadający za kosmiczną część uniwersum Domu Pomysłów panowie Dan Abnett, Andy Lanning i Keith Giffen to patentowani sadyści (przynajmniej wobec bohaterów swych komiksów). Kurz nie zdołał bowiem porządnie opaść po tym, jak na herbatkę wpadł do nas ze swą armią Anihilus, a już dostajemy kolejny event o odpieraniu wszechgalaktycznego zagrożenia.

W sumie już sam tytuł wydaje się nieco kuriozalny. O ile bowiem „Anihilacja” miała sens dla eventu o niszczeniu naszego wszechświata przez armię pod wodzą Anihilusa, o tyle w przypadku „Anihilacji. Podboju” użycie tego słowa wydaje się nieco dziwne. No chyba faktycznie istnieje ryzyko, że wszystko trafi szlag. Jest to też fabularna kontynuacja poprzedniego z gwiezdnych eventów. Według mnie uzasadnienie dla tytułu jest lekko naciągane, ale nie o tytuł przecież chodzi. Chodzi bowiem o ratowanie świata po raz kolejny. Przed kim to już mniej istotne, przynajmniej w tym momencie. Dość stwierdzić, że zagrożenie jest ze wszech miar realne i namacalne. Pierwszy tom „Podboju” strukturą przywodzi na myśl sposób, w jaki wydano u nas jego poprzednika. Zaczynamy od wprowadzającego w wydarzenia prologu, pióra panów Abnetta i Lanninga, po czym dostajemy dwie czteroczęściowe miniserie, poświęcone głównym bohaterom dramatu: Star-Lordowi i najnowszej inkarnacji Quasar. Całość uzupełnia pigułka z historii, czyli niebędący de facto komiksem zeszyt pt. „Anihilacja: Saga”, w którym przypominamy sobie dokładnie wydarzenia prowadzące do punktu, w którym opowieść znajduje się obecnie.

Przyjrzyjmy się zatem bliżej samej zawartości. Prolog wydaje się dość klasyczny, nieco zbliżony w strukturze do tego, z jakim mieliśmy do czynienia w „Anihilacji”. Istotne jest więc wskazanie postaci głównych bohaterów i głównego antagonisty. W wielkim skrócie: jest to więc ni mniej, ni więcej jak tylko ciekawy obrazek ze świata Kree, w którym pionki zostają rozstawione i na szachownicy większej fabuły. Warto wspomnieć zupełnie niezłe rysunki Mike’a Perkinsa i (o dziwo!) nierażące kolorowanie GuruFX.

„Anihilacja: Star-Lord”, czyli pierwsza z zawartych w niniejszym tomie miniserii, jest jednocześnie jego najsilniejszym punktem. Przede wszystkim Keith Giffen świetnie rozgrywa motyw znany z „Parszywej dwunastki” (bynajmniej się z tym zresztą nie kryjąc). Powiela więc klasyczny schemat budowania oddziału straceńców i ich karkołomnej misji. Scenarzysta wykonał też dobrą robotę, zgrywając postacie w zespół. Co ciekawe, wizerunek niektórych z nich (jak Mantis czy gadającego pełnymi zdaniami Groota!) może zdziwić tych, którzy znają tych bohaterów jedynie z kinowego ekranu. Zwracają też uwagę ilustracje autorstwa Timothy’ego Greena II. Nie wiem, czy to zasługa samego artysty, czy bardzo oszczędnie operującego czernią inkera Victora Olazaby, ale efekt końcowy przykuwa wzrok i wybija się na tle amerykańskiej masówki.

Niczym szczególnym nie wyróżniają się za to rysunki w miniserii poświęconej Quasar… no, może poza tym, że kilka plansz Mike’a Lilly’ego ewidentnie nawiązuje do stylistyki lat 90. Nieco bardziej intryguje za to scenariusz pióra Christosa Gage’a, w którym obecna nosicielka kwantowych obręczy stara się odnaleźć gwiezdnego zbawiciela. Trochę mistycyzmu, sporo akcji, mieszania konwencji, a także subtelny wątek miłosny między tytułowa bohaterką a Moondragon (czyli córką Draxa) – to niewątpliwie punkty warte wyróżnienia… choć raczej z kronikarskiego obowiązku. Ot, poprawna miniseria i tyle.

Jak wspomniałem, cztery zeszyty poświęcone Peterowi Quillowi to zdecydowanie najbardziej interesująca część pierwszego tomu „Podboju”, klimatem przypominająca zarówno wspomniany już kultowy film wojenny, jak i najlepsze momenty współczesnej inkarnacji Strażników Galaktyki. Wraz z wprowadzającym w wydarzenia całego eventu Prologiem to najjaśniejsze punkty tego albumu. Jeśli jednak polska publikacja „Anihilacji” czegoś nas nauczyła, to niewątpliwie tego, że dopiero przeczytanie wszystkich składających się na kosmiczny event miniserii pozwala uzyskać pełen obraz, zobaczyć jak poszczególne wątki się splatają, a tryby fabularnej maszyny zazębiają. Ostatecznie dzięki temu można docenić pracę scenarzystów. Tyle tylko, że aby to zrobić, trzeba jeszcze nieco poczekać.„Anihilacja: Podbój” zdradza pewien potencjał, ale jednocześnie nieco nuży, jedynie momentami wybijając się ponad przeciętność. I jedyne, czego żal, to zapracowanych bohaterów, którzy po raz kolejny muszą ratować kosmiczne uniwersum Marvela. Na miejscu niektórych z nich rozważyłbym chyba przeniesienie się do DC albo jeszcze lepiej jakiegoś Archie Comics. Tam chyba jest spokojniej…


Tytuł: Anihilacja. Podbój
Tom: 1
Scenariusz: Dan Abnett, Andy Lanning, Keith Giffen, Christos Gage
Rysunki: Mike Perkins, Timothy Green II, Mike Lilly
Tłumaczenie: Tomasz Sidorkiewicz
Tytuł oryginału: Annihilation: Conquest Book One (Annihilation: Conquest Prologue, Annihilation: Conquest – Ster-Lord #1-4, Annihilation: Conquest – Quasar #1-4, Annihilation  Saga)
Seria: Klasyka Marvela
Wydawnictwo: Egmont
Wydawca oryginału: Marvel Comics
Data wydania: luty 2018
Liczba stron: 276
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-281-2786-9