Komunia

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Kiedy pokazuję albumy fotograficzne z czasów dzieciństwa, wszystkich dziwi brak komunistów na zdjęciach z pierwszej komunii. Te, które są, pokazują raczej kościół, księdza i gości niż nas, dzieci z jednego podwórka. To musiało być prawdziwe wyzwanie dla fotografa.

Tamtej wiosny pogoda była wyjątkowo upalna. Już w kwietniu każdą wolną chwilę spędzaliśmy na dworze i nie inaczej było w maju, kiedy przygotowania do komunii zostawiliśmy matkom, sami zaś pobiegliśmy bawić się na pustej parceli nieopodal. Matki nawet były szczęśliwe kiedy przestaliśmy plątać się pod nogami, bo niezależnie od tego, kto miał być najważniejszą postacią uroczystości następnego dnia – my czy Bóg – podłoga i tak musiała zostać zmyta, a obiad ugotowany z wyprzedzeniem, bo po nakarmieniu duszy trzeba będzie nakarmić ciało i to nie byle czym.

Przykazano nam tylko, że mamy się nie poharatać w widocznych miejscach, pod groźbą razów paskiem na goły tyłek. Tyłka w końcu nie widać i tam pręgi nikogo razić nie będą. Pobiegliśmy więc na parcelę z wypiekami na twarzy, bo nerwowość dnia jutrzejszego udzielała się i nam: co będzie, jak diabeł z nas wyskoczy i hostie skradnie z rąk księdza, czy coś innego stanie nam na przeszkodzie? Rozważaliśmy możliwe trudności w przyjęciu komunii, możliwe trudności w udzielaniu komunii i jakoś tak rozmowa przeszła na misjonarzy i dalekie kontynenty, a potem misjonarzy i Indian, bo kiedy ma się dwanaście lat i jest upalny dzień Indianie pojawiają się prędzej czy później. Zwykle prędzej, niż później.

Nie mieliśmy pióropuszy, ale znaleźliśmy buteleczkę z brązowym płynem i pędzelkiem, i białą farbę, niestety z kożuchem. Namalowaliśmy brązowo wojenne barwy na twarzach i najpierw udawaliśmy, że chcemy oskalpować misjonarza, on uciekał, a potem nawinął kożuch z farby na kijek i to on nas gonił, a kiedy nas złapał, to malował nam krzyże na czołach, żeby nas ochrzcić i wtedy stawaliśmy się potulni i załamywaliśmy ręce, patrząc w niebo, błagając o przebaczenie. Bawiliśmy się pysznie. I tylko zwlekaliśmy z powrotem do domu, bo nikt tego nie mówił, ale wszyscy przeczuwaliśmy, że białe mają być alby, a nie znaki na twarzach. W końcu, pod osłoną wieczoru, chyłkiem wróciliśmy do domu, jak prawdziwi Indianie pozakradaliśmy się do łazienek i zaczęliśmy szorować twarze jakbyśmy chcieli oczyścić się z grzechu.

Jedyne, co zdołaliśmy zmyć to ślady krzyża, bo jodyna barw wojennych nie puszczała pod naporem wody z mydłem.

Następnego dnia stało stadko małych Indian stało w karnym rządku, pokornie czekając na ciało Chrystusa. Ręka ministranta, w której trzymał złotą tackę na okruszki, lekko drżała z tłumionego śmiechu, kiedy klękał kolejny członek plemienia Apaczów w barwach wojennych.

Tylko Łukasz dumnie wystawiał twarz do zdjęć – w końcu był misjonarzem.