Od kuchni, czyli dni otwarte w Akademii

Ocena: 
0
Brak głosów

Tego dnia to Jackowi Ł. przypadł dyżur w Dniu Otwartym Dla Przyszłych Adeptów Sztuki Wielkiej Akademii Fantastyki. Chcąc nie chcąc oprowadzał więc grupkę młodzieży po Akademii. Zaczął od popularnego zakątka, czyli kuchni fantasy.

– …tutaj, w tych puszkach, trzymamy smoki. Nie należy ich otwierać. – Szybko odebrał jedną z puszek piegowatemu młodzieńcowi.

– Jak więc mamy sprawdzić, czy i jaki smok jest w środku?

– To nie smoki Schrödingera, puszki są opisane i oznaczone kolorami. Każdy wprawiony czeladnik bez problemu znajdzie na tej półce czego potrzebuje.

– Dlaczego nie otwierać? I dlaczego smoki nie są w słoikach czy workach?

– Lepiej jest dla wszystkich, kiedy śpią i nie rozrabiają. Torby z łatwością by rozpruły, w słoikach miałyby dostęp do światła, które by je budziło. Dlatego puszki.

– Jakie smoki są w tym tęczowym pojemniku?

– Tam trzymamy wysokiej jakości wyobraźnię, która służy do krzyżowania smoków. Jeśli jakiegoś nie ma w kuchni, a potrzebny jest w naszym daniu, musimy go stworzyć. Bierzemy wtedy trochę od jednego, nieco od innego, doprawiamy wyobraźnią i jak już się nabierze wprawy, to wychodzą naprawdę niezłe stworzenia.

Stanęli przed kolejnym kredensem.

– Czy to krasnoludki?

– Gdzie, gdzie? – zapiszczało kilka dziewcząt.

– Tu, w tych słoikach. Przepychają się między sobą. Tacy maleńcy, ze śmiesznymi brodami.

– Nie, moi drodzy, to nie krasnoludki. Przyjrzyjcie im się dokładniej.

Kilka najbliżej stojących osób przysunęło twarze do półki gęsto zastawionej słoikami z dziwnymi ludzikami. Naprawdę byli maleńcy. Rzeczywiście mieli brody, a na głowach spiczaste czapeczki. Nie były one jednak czerwone, tylko przeważnie czarne. Długie szaty skrzyły się złocistymi gwiazdkami.

– Czy to są magowie?

– Brawo, młody człowieku.

– A nie boicie się, że użyją magii, żeby się wydostać? – Ktoś delikatnie postukał palcem w szklaną ściankę. Stojąca po drugiej stronie postać najpierw znieruchomiała zaskoczona, a potem zaczęła podskakiwać i wymachiwać rękami, jakby groziła. Od razu dołączyła do niej następna.

– Surowi magowie, którzy posiadają jakąkolwiek magię? To bardzo kiepski pomysł. Gdyby ją mieli, to faktycznie uciekliby i zrobili nam w kuchni olbrzymi rozgardiasz. Mogliby wymieszać gatunki, poprzestawiać epoki, wypuścić smoki, demony i otworzyć wrota do Piekła lub innych wymiarów.

– Więc jak to, magowie bez magii? – Przez tłumek przeszedł szmer zdziwienia.

– Oczywiście. Poza tym każda opowieść wymaga maga o innych mocach. Dlatego na tej półce, w porcelanowych pojemnikach, trzymamy różne rodzaje magii, wszystkie podpisane. Gdy zachodzi taka potrzeba bierzemy maga, zazwyczaj pierwszego lepszego z brzegu, chyba że komuś zależy na szczególnie rozrośniętej brodzie, to musi sobie takiego wyszukać. Potem z odpowiedniego pojemnika lub pojemników czerpiemy tą oto srebrną łyżeczką po ziarenku lub maksymalnie po trzy i podajemy magowi. Zawsze trzeba pamiętać o obowiązkowym dodaniu ziarna bezpiecznika z tej miseczki. – Przewodnik wskazał niewypalone gliniane naczynie o nierównych kształtach, jakby uformowane przez początkującego garncarza. – W innym przypadku mag wyrwie się spod kontroli kucharza i narozrabia.

– Ale oni są wszyscy tacy sami, a przynajmniej tak samo wyglądają w tych swoich czarnych szatach i identycznych spiczastych kapeluszach…

– Tutaj. – Jacek wysunął jedną z umieszczonych poniżej szuflad. W przegródkach leżały poskładane równo przeróżne ubrania, buty, kapelusze, czapki, laski, różdżki i inne akcesoria, wśród których dominowały czaszki i stosy czarnych świec. – W słojach trzymamy magów w ich najbardziej tradycyjnej postaci. Wybierając coś z bogatej kolekcji, która notabene uzupełniana jest na bieżąco zgodnie z najnowszą światową modą, możecie swojego czarodzieja spersonalizować. A jeśli ktoś ma ochotę i potrafi stworzyć odpowiedni strój, może sam pobawić się dodatkowo w projektanta mody. Jednak warto pamiętać, że przynajmniej początkujący kucharze, zanim zaczną sami eksperymentować i zostaną szefami kuchni, powinni trzymać się sprawdzonych przepisów.

– A dolna szuflada?

– Tam są stroje i akcesoria tych oto szacownych dam. – Przewodnik wskazał sąsiednią półkę, równie gęsto zastawioną słojami. W każdym siedziało po kilka kobiecych postaci. W jednym szpetne wiedźmy z twarzami pełnymi brodawek, garbami, haczykowatymi nosami. W innym miło wyglądające staruszki o twarzach przypominających wysuszone jabłka. W osobnych słojach znajdowały się piękne niczym anioły postaci dziewcząt i równie pięknych kobiet. – To wiedźmy, czarownice, czarodziejki. Dobre i złe. Moce mogą otrzymać te same co magowie, ale karmimy je złotą łyżeczką. Nie radzę się pomylić. I pod żadnym pozorem nie wolno wymieszać mieszkanek słojów. Nie potrzebują magii, żeby zrobić masakrę, gdy tylko się spotkają.

Jacek ruszył dalej, a za nim dzieciaki.

– Mamy jeszcze wiele do zwiedzenia. Na kuchni fantasy się przecież nie kończy. Przed nami cyberpunkowa piekarnia w chmurach, podziemna kuźnia horrorów, orbitalne laboratorium SF…