Miś Uszatek i Mechaniczny Hitler

Ocena: 
0
Brak głosów

Nazywam się Miś Uszatek. Mam klapnięte uszko i znam się z dziećmi nie od dziś.

Moje życie to okrągła arena, pojedynki i dobijanie przeciwników. Wszystko to o dziewiętnastej trzydzieści – godzinie, której wyczekuje ćwierć świata.

Kiedy nie trenuję i kiedy nie walczę o przetrwanie, oglądam nagrane na kasetach VHS ośmiominutowe odcinki o moich przygodach, w których… przecież sami doskonale pamiętacie, jak razem z Zajączkiem i resztą ferajny się wygłupialiśmy. To dopiero były czasy: miła popularność zamiast niechcianej sławy; morał dla maluchów przed snem zamiast krwi i potu. Niestety – wpół do ósmej zmieniło swe oblicze.

Trzy razy w tygodniu, we wtorki, czwartki i soboty, chodzę na siłownię z Łysym i Szczepanem, którzy są moimi – można powiedzieć – opiekunami. Pilnują, żebym nie dał nogi przed finałem Imagine Cup Destroyooo z Mechanicznym Hitlerem, który – strach przyznać – z łatwością wgniótł w podłogę wszystkich rywali. Nawet pomysłowego Boba Budowniczego i szaloną hybrydę Presleya-Lennona. Mechaniczny Hitler to gość, z którym nie chcielibyście zadrzeć. Słowo daję i jak Boga kocham; możecie wierzyć misiowi, który tulił was do snu.

Żeby przeżyć, żeby zwyciężyć, żeby wygrać finałową walkę z niepokonanym nazistą, i wreszcie – żeby wrócić do domu za ekranem – trenuję, ciężko, ponad możliwości, uczę się zapominać o bólu, dbam o dietę, nawet piję te ohydne koktajle. Wiecie, takie na masę. Białko, banan, płatki owsiane – oj, ciężką łapę mam od tego. Nie wyglądam już jak kiedyś: zrzuciłem brzuszek, bary to stal, a bicepsy przypominają bochny chleba.

Oprócz dwóch pilnujących mnie osiłków jest jeszcze trener – kreskówkowy Jackie Chan, który nauczył mnie sześciu stylów walki: każdy na inną okazję. Wyciska mnie jak cytrynę, która musi wystarczyć na piętnaście szklanek. Raz, kiedy byłem już dostatecznie silny, szybki i skoncentrowany, wziąłem Chana na zakładnika – myślę, że stawił mniejszy opór, niż byłby w stanie (chciał, abym uciekł) – i zacząłem grozić pilnującym  mnie osiłkom. Cholera, nie wiedziałem, że za gumkami dresów każdy z nich miał paralizator. Taki z wystrzeliwanymi przewodami, które przyczepiły mi się do ramion i twarzy i które powaliły mnie na podłogę nieprzytomnego. Nie wiedziałem też, że Szczepana i Łysego, cytuję, gówno obchodzi życie chińskiego robaka. Więcej ucieczki nie próbowałem.

To zbyt wielki wysiłek jak na postać z kreskówki. Przecież jestem zwykłym Misiem Uszatkiem. Mam klapnięte uszko i znam się z dziećmi nie od dziś. Nie zostałem stworzony po to, aby mordować dla zabawy. Ale przynajmniej wiem, że zwycięstwo jest moje. Plusz wygra z mechanicznym nazizmem.

Pamiętam, jak dałem popalić Czeskiemu Krecikowi. Czarny, z cygarem w psyku i metalowymi szponami, błagał – błagał mnie, Uszatka, który mówi wrogom dobranoc – żebym go nie zabijał. Nie chciałem, cholera, nie chciałem tego robić, ale wiecie, przecież to było koniecznie, żebym przeszedł do półfinału z Charlesem Dickensem – biogenetyczną lepianką, która niszczy przeciwników za pomocą ostrych jak sztylety piór i która pluje atramentem.

Rozwaliłem Dickensa. Krecikowi powiedziałem dobranoc. Tak samo jak kiedyś mówiłem to dzieciom.

Ale to było miesiąc temu. Teraz przyszedł czas na walkę z Hitlerem.          

Reflektory, reklamy, zapach popcornu, łysy sędzia i szaleństwo. Przede wszystkim szaleństwo. Tłuste i gęste, wiszące w powietrzu. Emocje rozdzierają głowy, zgniatają serca.

W chwili, kiedy wyszedłem z szatni i zacząłem przedzierać się przez tłum w ślad za trenerem, widownia zwariowała, a spiker jedynie podsycał atmosferę:

– Na dobranoc. Dobry wieczór. Miś pluszowy…

Widownia:

Śpiee-eewa nam!!!

– Przyprowadziliście swe pociechy?! Przecieeeż…!!!

Widownia nie mogła wytrzymać na miejscach:

– …dzieci! lubią! misie!!! misie! lubią! dzieci!!!

Teraz, czekając na Mechanicznego Hitlera, boję się, że przegram i będę musiał walczyć od nowa. Że spadnę na samo dno rankingu i zmuszą mnie, abym się wspinał ponownie. Wspinał po drabinie z trupów. Przecież rozwaliłem Egzo-Pszczółkę Maję, Arnolda-Terminatora, Sześcionogiego Reksia i hybrydę Bolka i Lolka. Wszystko na nic?

Ring jest złoty jak El Dorado, a widownia – głośna i liczna.

Płynąca z czarnych, ogromnych głośników muzyka – zazwyczaj jest to Symphony of Destruction albo Radioactive – oznacza czas na walkę. Nie gong, nie dzwonek; muzyka.

Jednak dwustukilogramowa kupa żelastwa dopiero nadciągała. Pomalowany na czarno Hitler, ze swastykami na ramionach, został wygwizdany. Ludzie pomstowali, w powietrzu przeleciało nawet kilka zepsutych warzyw. Nie chciałem, żeby nienawidzili mojego wroga i kochali mnie za to, że potrafię przywalić jak nikt inny. Przecież moim zadaniem było mówienie dzieciom dobranoc!

Gorąca para syczała na barkach Hitlera, który z gracją baletnicy wskoczył na ring.

Ludzie skandowali:

U-sza-tek! U-sza-tek! U-sza-tek!

Tęsknię za dawnym sobą – Misiem, który śpiewał dzieciom na dobranoc i który miał klapnięte uszko bez powodu, a nie dlatego że Dickens przeciął mu piórem nerw. Tęsknię do starego kanału, na którym o dziewiętnastej trzydzieści leciała wieczorynka, a nie Imagine Cup Destroyooo ze spikerem o zębach bielszych od duszy świętego i widownią, której nie wystarczyło oglądanie kreskówek w telewizorach. Musieli je zobaczyć na żywo; i to na ringu. Od czego są materializatory postaci? Klik i już! Kreskówka w realu.

Ludzie chcieliby mieć wszystko: i to, i to, i tamto. Kucyka o neonowych kopytkach, bazookę w szafie, skrzydła w tyłku, i – oczywiście – Imagine Cup Destroyooo na ekranie, gdzie bohaterowie kreskówek bądź wyciągnięci z przeszłości dzięki drukarkom DNA ludzie walczą na śmierć i życie jak gladiatorzy.

Nie było gongu, nie było dzwonka. Tylko melodia, krzyki widzów, głos spikera. I dźwięk pary w mechanicznych mięśniach Hitlera. Może rozwalić chip w jego stalowej głowie? Chip, w którym „żyje” Adolf… Zostanie tylko powłoka, metal.

Zastanowię się.

Ruszam na rywala, z odchyloną do tyłu prawą pięścią. Modlę się o zwycięstwo.

A teraz…

Pora na dobranoc, bo już księżyc świeci.