Nie dzień

Ocena: 
8
Average: 8 (2 votes)

Kostuch przez całe popołudnie wałęsał się bez celu po mieście. Od rana nikogo nie namierzył i nie utrafił. Był zły na siebie, lecz dziś kompletnie nie miał do tego głowy. W przenośni i dosłownie. Łeb pękał mu od chwili, kiedy tylko otworzył oczy i zwlókł się z łóżka. Wczorajsze zakrapiane ekscesy z Aniołkami Piekieł przypominały o sobie boleśnie.

Do tego pogodowy dysonans kompletnie go rozstroił. Zacinająca mżawka w połączeniu z wyskakującym co jakiś czas zza chmur słońcem wywoływały emocjonalny dygot.

Po prostu to jest nie dzień do roboty, dumał Kostuch, brodząc między kałużami. Nieśpiesznym krokiem kierował się w stronę bazaru. Mimo prześladującego go pecha, wciąż tliła się w nim iskierka nadziei, że może tam mu się poszczęści.

I niechaj uświęcone będzie owo miejsce, bo tak też się właśnie stało. Szczęście uśmiechnęło się do niego pełną gębą. Oto ledwie przekroczył bramę targowiska jego oczom ukazał się cudowny widok. Pod płotem, na małym stołeczku, zasuszona jak śliwka węgierka, siedziała na oko stuletnia babina i sprzedawała jajka.

– No, ta to sobie pożyła – ocenił Kostuch.

Gwizdnął przeciągle, splunął i lekkim krokiem, z rękami w kieszeniach, podpłynął do handlarki.

– Po czemu macie te jajka, babo? – zagaił.

– Jak dla ciebie synku, to mendel po dwanaście, a tuzin po dziesięć złociszów – zaskrzeczała starowina.

– Mendel? Tuzin? Co to za bełkot? – Kostuch nie krył swej ignorancji. – Zresztą ja nie po to.

– A po co, synku?

– Po ciebie, babo. Myślę, że już pora byś ze mną poszła – odpowiedział, zdejmując okulary przeciwsłoneczne. Następnie spojrzał przenikliwie w jej oczy z całą mocą, na jaką pozwalał mu kac, i zapytał:

– Wiesz, kim jestem?

– Tyś jest Kostuch – rozpoznała go kobiecina, odsłaniając bezzębne dziąsła w szerokim uśmiechu. – Już myślałam, że nigdy po mnie nie przyjdziesz.

– Co się odwlecze, to nie uciecze – padła w odpowiedzi głęboka myśl.

Kostuch z powrotem założył okulary na nos, po czym wyjął z tylnej kieszeni dżinsów pomiętą paczkę Cameli. Wysupłał z niej papierosa i odpalił.

– Zbieraj się więc, babo – odezwał się, wypuszczając dym. – Dzień się wkrótce skończy.

– Z przyjemnością z tobą pójdę, synku, ale pozwolisz, że najpierw zadam ci jedno pytanie?

– Pytanie? Jakie?

– Mam dla ciebie małą zagadkę.

Pomimo niespecjalnego samopoczucia Kostuch aż cały się rozpromienił; uwielbiał zagadki.

– W porządku – odparł, szczerząc zęby. – Jestem mistrzem w ich rozwiązywaniu.

– Nie wątpię. Obiecaj mi jednak, że jeżeli tej nie rozwiążesz, to na równe sto lat zapomnisz o mnie. Zgoda?

Kostuch wahał się tylko przez chwilę.

– Zgoda.

– Dajesz słowo?

– Słowo harcerza. Dalej, mów tę zagadkę.

Starowina nabrała powietrza w płuca i wyrecytowała jednym tchem:

 

Ma baba cztery mendle jaj.

Chłop prosi: Tuzin z nich mi daj.

Niesie baba jaja z szopy.

Bęc! Potłukła ich ćwierć kopy.

Niewesoła jest jej mina,

lis też wykradł pół tuzina.

Po tym wszystkim, co się stało,

ile babie jaj zostało?

 

 

Kiedy skończyła mówić, grymas otępienia, który wykwitł na twarzy Kostucha, ewidentnie odzwierciedlał stan, jaki zapanował w jego głowie. Pustkę. Czarna dziura, która tam się właśnie narodziła, nie oszczędziła niczego, żadnej sensownej odpowiedzi. Pochłonęła wszystko.

– Łot de fak? – zaklął pod nosem. – Że co...?

– Mam powtórzyć, synku? – Nagie dziąsła handlarki znów objawiły się światu w pełnej krasie.

– Nie trzeba – wymamrotał Kostuch, nerwowo zaciągając się tytoniem.

Ze wszystkich sił starał się przezwyciężyć ból głowy oraz znaleźć poprawne rozwiązanie zagadki. Nadaremno, chociaż pot intelektualnego wysiłku wystąpił mu na czoło, wiedział, że nie da rady. I to nie z powodu fizycznych dolegliwości, przyczyną było coś zgoła  innego. Matematyka. Brrr, na samą myśl o niej aż się wzdrygnął i skrzywił, jakby miał mdłości.

– No więc, ile zostało jaj? – upomniała się o odpowiedź staruszka. – Wiesz, czy nie wiesz, synku?

Bezradny Kostuch cisnął jedynie niedopałek papierosa w kałużę, po czym odwrócił się na pięcie. 

– Do zobaczenia za sto lat, babo – burknął na odchodne.

– Tylko bacz, synku, byś się w rachowaniu nie pomylił – rzuciła za nim kobiecina, uśmiechając się szelmowsko.

Wiedziałem, psia mać, że to jest nie dzień do roboty, zaperzył się, po czym bezszelestnie rozpłynął w tłumie bazarowiczów.