Ciemno wszędzie, głucho wszędzie

Ocena: 
6
Average: 6 (1 vote)

Dzień abdykował na rzecz swojej siostry, po czym bezszelestnie usunął się w cień. Butelka z atramentem nocy pękła i czerń obficie rozlała się po niebie. Wykorzystując fakt, że bladolicy księżyc utknął pomiędzy puchatymi chmurami, wpływała w każdy możliwy, pozbawiony światła zakamarek nie mogący się przed nią obronić. Jak ten spowity martwą ciszą strych, który bezspornie poddał się agresywnej napaści.

Rychło się jednak okazało, że nawet z najeźdźcą można żyć w zgodzie pod wspólnym dachem. I tak oto, na owym zapomnianym poddaszu, każdy znalazł dla siebie miejsce. W pełnej symbiozie i bezruchu ciemność doskonale komponowała się z ciszą. Sielanka trwała do chwili, gdy ciszę niespodziewanie brutalnie przerwały dobiegające z kąta płaczliwe jęki.

– O, jak boli! Jak strasznie boli! – ktoś ostentacyjnie obwieszczał całemu światu, a przynajmniej strychowi, swoje złe samopoczucie.

Martwa cisza postanowiła tego tak nie zostawić. Zebrała się w sobie i zapytała grobowym głosem:

– A cóż to za zwyczaje? Kto śmiał mnie przerwać swoim biadoleniem?

– Przepraszam, to ja, ząb czasu. Ale dłużej tego nie wytrzymam. Boli mnie za wszystkie lata.

– Cóż to, miało się twardy orzech do zgryzienia? – zakpiła martwa cisza.

– To wcale nie jest śmieszne. Ja naprawdę cierpię. Chyba zrobiła mi się dziura.

– No, nie łam się już. Mogę na nią zerknąć?

– Nie wiem tylko, czy coś dojrzysz. Ciemno tu jak w dup...

– Proszę nie używać tego słowa – ktoś nagle wtrącił się z najciemniejszego kąta strychu.

– Jakiego? – zapytał ząb czasu.

– Tego okropnego wyrazu, którego nie mogę nawet wymówić.

– Ależ dlaczego?

– Bo to skandaliczne i oburzające – podniesiony głos nie potrafił opanować irytacji. – Wypraszam sobie, aby kojarzono mnie wyłącznie z tą częścią ciała.

– Z dupą? – dociekał ząb czasu.

– Eh... Przecież prosiłam, żeby nie używać tego słowa.

– A z kim mamy przyjemność? – zapytał kolejny rozmówca z przeciwległej strony.

– Jestem egipską ciemnością – padła odpowiedź wyniosłym tonem.

– Fiu, fiu. Zagranica – odezwał się następny, cienki głosik. – Nie to co my.

–  A wy to kto?

– Dziura na dziurze, na łacie łata, lepiej mieć siostrę niżeli brata – wyrecytował piszczący chórek. – Jesteśmy bieda z nędzą i witamy w naszych skromnych progach.

– Mieszkacie tu? –  Egipska ciemność nie kryła niesmaku. – A jak długo, jeśli można wiedzieć?

– Dawno temu przycupnęłyśmy tu tylko na chwilkę i jakoś tak zleciało parę latek. Ząb czasu może to potwierdzić. Jest tu z nami od początku.

– Zgadza się i wygląda, że tak już zostanie – przytaknął wyżej wspomniany.

– Na zawsze razem – skwitowała bieda.

– Do grobowej deski – poparła siostrę nędza.

– Amen – podsumowała martwa cisza.

– Ja bym tak nie mogła tkwić ciągle w jednym miejscu. Muszę być w nieustannym ruchu. Dzisiaj w tym miejscu, jutro w innym. Rano mnie już tu nie będzie, ale za to w nocy znów się gdzieś objawię – odparła  egipska ciemność.

– Latawica z ciebie, nie ma co – orzekła jedna z sióstr.

– No, no, tylko bez wyzwisk. Wolę określenie turystka. I czuję, że niebawem trzeba będzie zbierać się do podróży.

 Jakby na potwierdzenie tych słów gdzieś daleko za oknem rozległo się przeciągłe, ochrypłe pianie wydobywające się z koguciego gardła. Niepodzielne rządy nocy nieuchronnie zbliżały się do końca.

– Ale co ze mną? – przypomniał o sobie ząb czasu. – Wciąż mnie boli.

– Nie masz co się przejmować. W końcu nie kto inny tylko czas leczy rany.

– Jak na martwą ciszę to jesteś strasznie wygadana – zauważyła bieda, której nie spodobały się te odzywki.

– Właśnie – przytaknęła nędza. – Poza tym, czy nie powinnaś być w innym miejscu?

– Niby gdzie?

– Na cmentarzu – odpowiedziały siostry razem, zanosząc się piskliwym śmiechem.

– Też coś – fuknęła urażona martwa cisza. – W takim razie, jeżeli nie odpowiada wam moje towarzystwo, uważam, że nastała najwyższa pora, abym wreszcie zapadła.

– Popieram – zaaprobował milczący dotąd definitywny koniec.