Nieskrytobójca

Ocena: 
8
Average: 8 (1 vote)

Żaba długo planował swoje pierwsze morderstwo.

Zależało mu na tym, by pozostało ciche i szybkie, doskonałe w swoim wykonaniu. Czuł podświadomą presję, własne ciało było dla niego idealnie zaprojektowaną maszyną, a każdy włos na jego ciele drżał na samą myśl o dokonanej zemście. Niekiedy wydawało mu się nawet, że został stworzony tylko po to – by zabijać. Wiedział, że jego przodkowie poświęcali temu całe swoje życia. Był dumny, że będzie mógł podążyć ich śladem.

Brakowało mu jednak doświadczenia, więc postanowił udać się na spotkanie z rasowym zabijaką. Łotr był najgorszym draniem, jakiego znał Żaba. Łysy, o poprzecinanym bliznami obliczu, szczycił się straconym w walce okiem i poszarpanym uchem. Plotki zdradzały, że miał na swoim koncie ponad pięćdziesiąt morderstw. Ceniąc sobie spokój, zwykle przesiadywał w zaułku za osiedlowym śmietnikiem, czając się w półmroku któregoś kontenera. Niemal tak, jakby czekał na przybycie Żaby, będąc jego mentorem, mistrzem. Już idąc na spotkanie ze starym zabijaką Żaba wiedział, że postępuje słusznie.

– Czego chcesz? – zapytał opryskliwie Łotr, dostrzegając nadchodzącego. – Nie zwykłem przyjmować zleceń o tak wczesnej porze.

– Ja nie w sprawie zlecenia. Chcę o coś zapytać. Mogę?

Łotr milczał, co znaczyło, że Żaba może.

– Jak powinienem. . . Znaczy. . . Jak najlepiej jest. . . Co powinienem zrobić, żeby. . .

– Co? Wysłów się w końcu!

Żaba przełknął trwożnie ślinę.

– Zabić. Jak zabić człowieka?

Łotr patrzył na Żabę w niedowierzaniu. Nagle parsknął śmiechem, tak głośnym, że jego echo zatrzasnęło podniesioną klapę najbliższego kontenera.

– Pytasz, jak zabić człowieka? – Łotr splunął pogardliwie między podziurawione worki. – Cóż, to zależy od ofiary. Jaka jest?

– To kobieta. Mieszkam z nią. Myślałem, że jest między nami... No wie pan. Dbała o mnie, była troskliwa, pilnowała, żeby niczego mi nie brakowało. Ale ostatnio zupełnie się zmieniła. Wychodzi z samego rana i wraca dopiero późną nocą. Ignoruje moje pytania, przestała nawet gotować i sprzątać.

– A więc zdrada. – Wyrok Łotra wybrzmiał głucho w zaułku. – To okropna zbrodnia, przyjacielu.

– Czyli pomożesz mi ją. . .

– Nie. Musisz to zrobić sam. Posłuchaj mnie uważnie. Serce jest tym, co trzyma człowieka przy życiu. Przebij je, a dokonasz swojej zemsty. Między czwartym a piątym żebrem. Kiedy to zrobisz, nie będzie odwrotu.

– Rozumiem.

– Uważaj. Ona może zacząć coś podejrzewać. Bądź ostrożny.

– Będę. Dziękuję.

Żaba wrócił pospiesznie do domu, a kiedy Anna również wróciła, pozwolił się jej przytulić. To był beznamiętny, pusty odruch, ale Żaba wykorzystał go dobrze. Później, gdy położyła się na kanapie, usadowił się obok niej, kładąc głowę na jej piersi i wykonując dokładne obliczenia. Raz, dwa, trzy, cztery. . . Tak, wiedział już, gdzie musi uderzyć.

Przestał jeść posiłki, które zostawiała mu Anna, podejrzewając, że mogą być zatrute. Skoro codziennie zdradzała jego miłość, nie mógł jej dłużej ufać. Gdy wyszła, przeszukał półki w kuchni, strącając przy okazji wszystko, co wydało mu się podejrzane. Niech sobie sprząta, zdradziecka szmata. Zastanawiał się nawet, czy nie nasikać kobiecie do butów, ale po dłuższym namyśle zadowolił się zniszczeniem jej ulubionej paprotki i porzuceniem roślinnych zwłok na ich wspólnym łóżku. On może spać na kanapie, ona będzie wściekła.

Morderstwo miało dokonać się dzisiaj, kiedy tylko Anna wróci. Był gotowy, czuł podniecenie w każdym kawałku ciała, przyjemne mrowienie mobilizujące go do działania. To było wspaniałe uczucie, mieć kontrolę nad życiem i śmiercią, będąc w końcu prawdziwym drapieżnikiem. Nie wiedział tylko, czy będzie musiał pożreć Annę, żeby przypieczętować swoje magnum opus. Ale nie teraz, teraz musiał się skupić. . .

Przyczaił się za płaszczami w przedpokoju, żeby runąć na nią, gdy tylko przekroczy próg. W pewnej chwili usłyszał chrobot klucza w zamku i wysunął ostrza, by zadać cios, ale do domu weszło. . . Nie! Dwoje ludzi?!

Mężczyzna był ubrany w długi biały szlafrok i niósł pokaźną czerwono-białą walizkę. Wyglądał jak ostatni śmieć.

To było za wiele dla Żaby. Na krótką chwilę zapomniał o całym swoim planie.

– Jak mogłaś! – wykrzyknął. – To on ma zająć moje miejsce? Ten gach? To z nim mnie zdradzasz, ty świnio?!

Anna spojrzała na niego ze zdziwieniem. Ku zdumieniu Żaby, rozpogodziła się nagle.

– O, tutaj jest. Panie doktorze, to właśnie jest Żaba. I, jak pan widzi, wciąż chowa się po kątach. Nie chce jeść i tylko obserwuje mnie z różnych miejsc, jakby był na mnie obrażony.

Gach postawił walizkę.

– Pani pracuje dziesięć godzin dziennie, tak? Cóż, taka nagła zmiana może się dotkliwie odbić na zachowaniu. Przecież on nie rozumie, dokąd pani wychodzi.

– Może ma pan rację.

– Jestem weterynarzem od dwudziestu lat, oczywiście, że mam rację. Dobra, niech pani go złapie, to zmierzę mu temperaturę i podam jakieś kropelki na uspokojenie. Gdzie ja miałem kocimiętkę. . .