Rano, wieczór, we dnie, w nocy

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Widzę, jak płacze, jak czarny tusz rozmywa się jej na policzkach, a grube krople spływają i skapują na trzymany w dłoni telefon. Widzę jak drżą jej usta, wypowiadające bezgłośne słowa modlitwy. Widzę i nie reaguję. Bo nie chcę. Bo tak będzie dla niej lepiej. Trwam tuż obok, chociaż mnie nie widzi. Pochylony nad nią słucham słów pełnych goryczy i żalu. Pyta się Boga, dlaczego wszyscy się nią wyłącznie bawią, dlaczego wciąż jest zdradzana i popełnia te same błędy. Prosi, błaga, padając na kolana, o chociaż trochę szczęścia, o miłość prawdziwą i wieczną. Kręcę przy tym głową. Jeszcze nie jest tego świadoma, ale już od dawna ma to, o co prosi. A dokładniej od chwili narodzin.

Nie widzi mnie, nie słyszy.

Ja zaś czuję smutek, widząc, że nie docenia mojej pracy. Że nie wierzy we mnie. Mimo to wiem dobrze, że gdy nadejdzie odpowiedni dzień, wtedy połączymy się w miłosnym płomieniu.

Do tego czasu muszę trwać przy niej. Osłaniać mymi skrzydłami, tworząc z nich barierę i dbać, by żadne słowo jej modlitwy nie uleciało poza naszą dwójkę. Dlaczego? Bo nikt nie zrozumiałby naszej miłości. Nawet sam Bóg! On chciałby dla niej tej powierzchownej, ludzkiej, więc i niedoskonałej. A ja miłuję ją jak nikt inny. Doceni to, kiedy się podda, jest zresztą tego bliska. Jej dusza opuści ciało, a potem mnie zobaczy. I pokocha. Wierzę w to. Więc będę przy niej, rano, wieczór, we dnie, w nocy. Będę jej zawszy ku pomocy.