Nie ma na świecie tyle prozacu...

Ocena: 
0
Brak głosów

Leżymy na sąsiednich łóżkach, obaj przykryci po szyje białymi prześcieradłami. Spod pościeli – mojej i nieznajomego – wysuwają się długie kręte wężyki zakończone podczepionymi do stojaków pojemnikami kroplówek. Mierzymy się spojrzeniami, marszcząc brwi. Na policzkach ma zadrapania, pod okiem siniec. Oblizuję językiem opuchniętą zakrwawioną wargę. Wokół nas uwijają się pielęgniarki. Skądś go znam. Nie pamiętam skąd. Jego twarz wydaje mi się znajoma. Środek wstrzyknięty jakiś czas temu wprost do mojej żyły tłumi pamięć.

Otępienie niespiesznie uchodzi. Jestem... On jest...

Usta tamtego wykrzywiają się, na wardze pojawia się biała plamka śliny.

– Wellington, draniu!

Pamiętam! Zaczynam charczeć, szarpię pasy unieruchamiające moje ciało.

– Bonaparte, sukinsynu!