Emilia

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Pewnie krzywdził swoją żonę. Tak długo opierała się próbom uwiedzenia, że chyba naprawdę chciała pozostać mu wierna. Karol nie potrzebował jednak wiernej żony. Emma przecież taka nie była. Czasem z całego serca nienawidził Flauberta, który z taką maestrią wykreował kobietę idealną, skrojoną wprost do potrzeb Karola, i nawet jej męża tak nazwał, tylko zawód był chybiony.

Karol był aptekarzem, ale coraz poważniej zastanawiał się nad zmianą profesji i wyuczeniem się na medyka. Bez wątpienia miał przecież zadatki na wspaniałego lekarza, przeprowadzającego pionierskie operacje. Na razie jednak musiał zadowolić się tylko pokrewieństwem zawodów.

Swoją żonę nazywał Emmą, co nie było dziwne, bo na imię miała Emila. Czytywała powieści romantyczne, choć Karol nie dbał o to, czy to lubiła czy nie; zresztą, wśród dam z towarzystwa wypadało przecież je czytać, więc posłusznie wertowała strony i wzdychała rzewnie przy odpowiednich pasażach (Karol czasem zaglądał jej przez ramię – nie ufał jej do końca po tym jak znalazł przepisy wetknięte między kartki romansów) – i z pewnością o czymś marzyła, nawet jeżeli tylko o pierniczkach i perliczkach.

Na tym, niestety, kończyły się podobieństwa i ułatwienia.

Emila-Emma nie lubiła opuszczać domu, wspominała coś o lęku przed otwartą przestrzenią, który z punktu widzenia Karola był po prostu nonsensowny – bo jak tu biec przez pole, kiedy boisz się, że niebo zwali ci się na głowę? Wysyłała liściki – tak przynajmniej donosiła pokojówka i Karol mógł mieć tylko nadzieję, że były one odpowiednio pikantne tą subtelną pikanterią, którą trzeba chcieć dostrzec, by podnieciła.

Karol nie rozumiał potrzeby spędzania całego dnia w domu, jednak musiał to uszanować i nawet zakupił do pokoju Emilii-Emmy bogate tapety w pysznym zielonym kolorze, mając nadzieję, że ta zieleń wywoła tęsknotę za lasem. Służba tylko się skarżyła na ból głowy przy porządkach, bo Emilia-Emma tak bardzo bała się spadającego nieba, że nie otwierała okien i na zieleni tapety zaczęła pojawiać się zieleń pleśni, na szczęście nie widoczna zbyt wyraźnie, ukryta bardziej niż pikanteria liścików. Natura atakowała ją ze wszystkich stron.

Kolejną przeszkodą były stroje. Emilia-Emma, gospodarna pani domu, wzbraniała się przed kupowaniem bogato zdobionych materiałów i Karol ciągle nie zdołał jej przekonać do wzięcia najmniejszej nawet pożyczki na zbytki.

Zadbał za to o częste wizyty odpowiednio nieodpowiednich panów i pań z towarzystwa.

Miał nadzieję, że kiedy wreszcie przekona ją do zatańczenia na balu, zachce i zdobionych sukien, jednak Emilia-Emma uparcie odmawiała starania się o zaproszenia. Karol uznał, że wstydziła się jego nieokrzesania, i przez dłuższy czas ta myśl sprawiała mu przyjemność.

Ciągle jednak wierzył w jej przemianę, bo przecież dbała o cerę, stosując odpowiednie rozjaśniacze, które jej z lubością donosił.

I kiedy czekał, aż ona zawoła po arszenik, dosypywał go po trochę do fałszowanego cukru, który kupowali cukiernicy. Dlaczego tylko on ma cierpieć przez słodycz życia?