Mgła – Marcin Ciszewski

Wyścigi mistrzów

Hubert Przybylski

Są takie wydawnictwa, które mają w swojej ofercie książki topowych krajowych pisarzy. Banał i oczywistość*, nie? Ale czy zastanowiliście się kiedyś, jak to wpływa na samych twórców i wydawcę? Ten ostatni musi być lepszym dyplomatą niż minister spraw zagranicznych dowolnego środkowoeuropejskiego kraju, a jednocześnie spełnia też rolę twardego acz sprawiedliwego ojca, który wymaga, a zarazem nie dopuszcza do konfliktów między diabelnie ambitnymi synami. A sami twórcy? Pal licho, jeśli to jest jakaś olbrzymia oficyna wydawnicza, ale gdy firma nie jest przesadnie duża, a ma w swojej ofercie trzech, nie boję się użyć tego słowa, mistrzów? Konkurujących ze sobą, nakręcających się wzajemnie i walczących o palmę pierwszeństwa, o tytuł mistrza nad mistrzami. Wiecie, jaka tam musi być atmosfera? W porównaniu z tym rekonstrukcja rządu czy nawet wybory nowej przewodniczącej kółka gospodyń wiejskich w typowej podlaskiej wsi** to jak zebranie oazy. A przecież pisarze w Warbooku, bo, jeśli się jeszcze nie domyśliliście, o tym wydawnictwie mowa, mają jeszcze tę cechę, że, jak na nasze polskie warunki, są całkiem płodni. I ich, czyli Piotra Langenfelda, Michała Cholewy i Marcina Ciszewskiego, walka o palmę pierwszeństwa ma przez to tempo większe, niż Formuła 1. Czy w takich okolicznościach przyrody ukazanie się na rynku powieści Ciszewskiego, „Mgły”, zmienia sytuację?

Zanim spróbuję odpowiedzieć na to pytanie, tradycyjna zajawka fabuły książki. A w niej, jak zwykle u tego autora, dzieje się dużo. I zaczyna prawdziwie hiczkokowskim mocnym uderzeniem – w Kabatach rozbija się samolot rządowy Federacji Rosyjskiej z ministrem spraw zagranicznych tego kraju na pokładzie. Szybko okazuje się, że to nie był wypadek, a główny ciężar śledztwa spada (nieoficjalnie) na szefa Biura Zwalczania Terroryzmu, Jakuba Tyszkiewicza, i jego ludzi. Którzy już i tak mają pełne ręce roboty, bo za tydzień ma odwiedzić Warszawę prezydent USA, a oni akurat aresztowali kilku terrorystów powiązanych z ISIS i wszystko wskazuje na to, że nie byli oni jedynymi członkami tej przemiłej organizacji, którzy akurat trafili do naszego pięknego kraju. A i to jeszcze nie wszystko, bo na drugim planie też się sporo dzieje. Dotychczas władająca krajem partia właśnie przegrała wybory, na dniach szykuje się zmiana rządu i, co za tym idzie, zwierzchników Tyszkiewicza, a na dodatek ktoś szantażuje jego żonę. A w to wszystko, jak to u nas, wmieszane są olbrzymie pieniądze i wywiad obcego mocarstwa. I paraliżująca kraj mgła.

Jak sami widzicie, intryga jest gęsta jak zasmażka na mrozie. Atmosfera zagrożenia i tajemnicy, jak zwykle w tej serii Ciszewskiego, została spotęgowana manifestacją sił natury i utrzymuje czytelnika w stanie podwyższonego napięcia nawet w najspokojniejszych momentach lektury. Dziwię się, że jeszcze żadna z książek tego autora nie została zekranizowana. Powinny trafić na ekrany kin czy telewizorów. „Pakt” czy „Wataha” to, w porównaniu z „Mgłą”, czy wcześniejszymi częściami tego cyklu, naprawdę mały pikuś. To jak grzeczne opowiastki dla dzieci w wieku, do niedawna, przedgimnazjalnym. Byłem dość mocno zmęczony Świętami, a jednak nie potrafiłem odłożyć książki i pójść spać, i pierwszy poświąteczny świt*** zastał mnie przy lekturze. Czy można lepiej pochwalić fabułę?

Jednocześnie muszę przyznać, że choć jest to lektura bez wątpienia przyjemna, to na pewno nie lekka i łatwa. Stało się tak za sprawą pogłębienia warstwy obyczajowej książki, polegającej głównie na ciężkim doświadczaniu postaci przez los. Tyszkiewicz nie dość, że ma kolosalne problemy w pracy, to jeszcze wisi nad nim widmo rozpadu małżeństwa, a ewidentny alkoholizm wcale w tym wszystkim nie pomaga****. Krzeptowski doświadcza osobistej tragedii i jest u progu depresji. Inni też mają swoje, większe i/lub mniejsze problemy. W sporej części alkoholowe. I choć lista bohaterów pierwszo- i drugoplanowych nie jest przesadnie długa, to Czytelnik nie będzie miał problemu ze znalezieniem kogoś, z kim mógłby się choćby ździebko utożsamić.  

Tradycyjnie już muszę pochwalić Ciszewskiego za wierne oddanie realiów działania specjalsów i funkcjonariuszy szeregowych Policji. Ci pierwsi zmagają się z coraz lepiej wyszkolonym i wyposażonym, a do tego z mocno zdeterminowanym przeciwnikiem (mały spoiler – w książce pojawia się scena, której finał jest ździebko podobny do tego, co wydarzyło się niedawno temu, już po napisaniu książki, w Wiszni Małej*****), natomiast drudzy borykają się z problemem braku odpowiedniego wyszkolenia i durnymi przepisami wewnętrznymi******.

Moja ocena? Trzy słowa na końcu książki sprawiły, że zamiast 9.9/10 mam ochotę dać „Mgle” figę. Jak się pewnie domyślacie, to było „Ciąg dalszy nastąpi…”. Ja nie wiem, jak można przerwać opowieść w takim miejscu i kazać czekać czytelnikom miesiące (optymistycznie licząc********) na zakończenie. Normalnie w takich wypadkach książki nie dostawały od mnie oceny, ale tym razem zrobię wyjątek. I dam, ale tylko 8/10. Jeśli kontynuacja spełni moje bardzo wysokie oczekiwania, to ocena zostanie podniesiona.

Wracając do kwestii walki o palmę pierwszeństwa wśród złotej trójki autorów Warbooka i pytania kończącego wstęp niniejszego omówienia – odpowiedź brzmi „Nie”. W kilku powodów. Po pierwsze primo, jak już wspomniałem, książka nie zamyka historii i jeszcze wszystko może się wydarzyć. Sapkowski też zaczynał świetnie, a kończył tak, że wciórności brały. Po drugie primo, z wydaniem ostatecznego werdyktu trzeba zaczekać do ukazania się następnych powieści Langenfelda i Cholewy. A potem na odpowiedź Ciszewskiego na odpowiedź Langenfelda i Cholewy. A potem na odpowiedź… Sami widzicie, jak jest. Na pewno jednak trzeba zwrócić uwagę na to, że Ciszewski pogłębił warstwę obyczajową i tym samym podniósł dla swoich kolegów poprzeczkę ździebko wyżej. Znaczy, czeka nas naprawdę pasjonująca walka. MMA wysiada…  


Tytuł: Mgła
Autor: Marcin Ciszewski
Wydawca: WARBOOK
Data wydania: 6.12.2017
Ilość stron: 352 (w tym kilka reklam)
ISBN: 978-83-65904-01-0


* A gdy u mnie we wstępie banał i oczywistość, to również i tradycja, nie?   

** Nie śmiejcie się, takie wybory często-gęsto kończą się interwencją Policji i karetek pogotowia. Tam sztachety wzbogacane gwoźdźmi, a nawet i gwoździami, to czasami pierwszy i ostatni argument w dyskusji. Takie kółko, to jak rodzina Borgiów do kwadratu. Miłość i nienawiść, seks i artretyzm, krew i kołduny, sojusze i zdrady, a wszystko to w grupie wiekowej 50+… Że też jeszcze HBO nie nagrało o tym serialu.      

*** Znaczy, taki trochę metafizyczny świt. Bo skończyłem czytać przed szóstą rano, a przecież o tej porze roku świt wypada dobre półtorej godziny później.

**** Pamiętacie „Ostatniego skauta” i samomotywację głównego bohatera? „Nikt cię nie lubi. Wszyscy cię nienawidzą. Przegrasz. Uśmiechnij się, popaprańcu” Ta kwestia pasuje do Tyszkiewicza jak ulał.

***** W dzisiejszych czasach wytłumiona empepiątka robi wrażenie tylko w tv, na oglądającej tandetne seriale policyjne gospodyni domowej. Nie bez powodu większość służb specjalnych wraca obecnie do ponad siedemdziesięcioletniego, ale sprawdzonego rosyjskiego kalibru 7.62x39. Widać to zwłaszcza na zgniłym, kapitalistycznym Zachodzie.

****** Jeśli gdzieś kiedyś znajdziecie się w okolicy zakrojonej na szeroką skalę akcji policyjnej, oko w oko z uzbrojonym w broń długą i/lub samoczynną (znaczy, automatyczną) policjantem z prewencji, to bardzo Was proszę, nie wykonujcie żadnych głupich (na przykład mogących być wzięte za próbę sięgnięcia po broń znajdującą się z tyłu za paskiem bądź w kaburze pod pachą, albo nie próbujcie niczego wyjąć z samochodowego schowka) i gwałtownych ruchów. Oni często trzymają taką broń po raz pierwszy od czasu pobytu w policyjnej szkółce. A że są ludźmi, to też mogą mieć gorszy dzień. Skurcz palca wskazującego potrafi przydarzyć się każdemu. Zwłaszcza jak ktoś ma na karku rodzinę do wyżywienia i kocha własne życie*******.

******* I nie, żebym tu psioczył na obecnie rządzących – kwestia niewyszkolenia funkcjonariuszy w posługiwaniu się bronią jest zmorą Policji od zawsze, w każdym kraju, i żadna ekipa rządząca nawet nie próbowała tego zmienić. Co wcale nie jest dziwne. Żeby sensownie, znaczy, pewnie i bezpiecznie obchodzić się z bronią, i choć z grubsza trafiać w to, w co się celuje, trzeba wystrzelać miesięcznie przynajmniej 250 sztuk amunicji. Koszt naboju 9mm luger to średnio 90 groszy, a do starego, policyjnego „kałacha” (AKMS), czyli 7.62x39,i do strzelby gładkolufowej „dwunastki” to około 1,30 zł. Pomnóżcie to sobie przez ilość miesięcy w roku i liczbę funkcjonariuszy uprawnionych do noszenia broni (około 80 tysięcy). Do tego należy doliczyć koszt naprawy i wymiany zużytej broni. A przecież w Policji są też oddziały AT, których członkowie powinni wystrzeliwać miesięcznie nie setki, ale tysiące sztuk amunicji. Lekko licząc Policja potrzebowałaby wykroić ze swojego budżetu jakieś 350-400 milionów złotych rocznie… Tylko Amerykanów stać na takie wydatki. I dlatego zwykły brytyjski Bobby nie nosi broni. Choć ponoć ma to się niedługo zmienić.  

******** Bo przecież, nie daj Boże, normalne zdrowe wypadki chodzą po ludziach. A jakby tak autora skurcz palca wskazującego chwycił i nie mógłby pisać? Szlag, gdzie ja mam tę nielakierowaną deskę…