Hex – Thomas Olde Heuvelt

Błyskawica na pogodnym niebie

Marek Ścieszek

Konwencja, którą w jej najprzeróżniejszych odmianach władają konkretni autorzy o ugruntowanych nazwiskach, czasami wydaje na świat kogoś, o kim jeszcze przed chwilą mało kto słyszał. Z efektem porównywalnym do błyskawicy na błękitnym niebie. Horror od lat straszy Kingiem, Koontzem czy Mastertonem. Straszy Straubem, Castle’em czy Rice. Wspomina też dawnych mistrzów: Lovecrafta, Poego, Stokera, Howarda. Niebawem zostanie przypomniana Jackson. Aby wielbicielom grozy podarować łyk świeżego powietrza, okazjonalnie dodaje się nowy składnik. Przed paru laty świat usłyszał o Joem Hillu i nie był to łyk lecz prawdziwy haust ożywczego tlenu. Hill już dawno przeniósł się na regał z innymi mistrzami. Czy ta sama przyszłość czeka Thomasa Olde Heuvelta? Pierwsza powieść Holendra jasno określa jego cel, dokładnie ten sam, który stał się udziałem najstarszego syna Stephena Kinga. Autor zawiesił sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

Sam King wyraża się o pierwszej anglojęzycznej powieści Heuvelta wyłącznie w superlatywach. Jest to czynnik, który – jak i sama jakość książki – może zmotywować, ale także sprawić, że Holender spali się w blokach. Zewsząd płyną pochwały, dla zasady poprzetykane pojedynczymi krytycznymi uwagami, aby przypadkiem nie okazało się, iż oto mamy do czynienia z arcydziełem literatury grozy. Nie mamy, na szczęście. Gdybyśmy mieli, przyszłość nie niosłaby już ze sobą obietnicy czegoś równie dobrego, zaś o lepszym nawet nie byłoby co marzyć. Jest to jednak książka naprawdę dobra, stworzona w oryginalny sposób na starym, ogranym motywie, świetnie rozbudowana i przemyślana. Może dzięki temu, że mamy do czynienia z przepisaną wersją powieści, funkcjonującej już wcześniej na rynku holenderskim? Gdyby Heuvelt napisał ją od zera, nie dając sobie tyle czasu na refleksję i dopracowanie pomysłów, byłaby równie dobra? Sam autor, przerabiając ją pod gust oraz dostosowując do możliwości poznawczych odbiorcy z Ameryki, poddał to w wątpliwość.

Motyw jest wtórny. Małe amerykańskie miasteczko mogłoby być normalne, gdyby nie fakt, iż nawiedza je duch zamordowanej przed stuleciami czarownicy. Nawiedzenia – znajomy topos literatury grozy, obok wampirów, zombie i wilkołaków. Czy można do tego przeoranego po wielokroć pomysłu dodać coś nowego? Jak najbardziej. Wystarczy się zastanowić, jak w dobie powszechnej informacji ukryć przed kimś istnienie ducha, który pojawia się gdzie chce, kiedy chce i na jak długo chce. Odpowiedzią jest Hex. To hermetyczna forma systemu danych, stworzona dzięki  dostępnym dla wszystkich narzędziom. System, który dopuszcza użycie komputera, tabletu, telefonu komórkowego, zezwala na korzystanie z Internetu, sieci telefonicznej oraz ich dobrodziejstw: Facebooka, You Tube i Twittera – wszystko na obszarze ograniczonym do granic miasta Black Spring. Być może przed stu laty można było się bez tego obejść. Przed stu latu tak, ale nie dzisiaj. Nie w świecie, który oferuje tak wiele możliwości rozrywki, posiadania czy choćby swobodnego przemieszczania się.

Czarownica nie jest postacią pierwszoplanową. Najważniejsi są tutaj ludzie, mieszkańcy Black Spring. I to na przestrzeni wielu stuleci. Ludzie, którzy mimo postępu cywilizacyjnego oraz upływu lat okazują się wciąż jednakowo ułomni. W XVII wieku dopuścili się mordu na Katherine van Wyler oraz jej dzieciach, wskutek czego na ich miasteczko spadła klątwa. Nienauczonym niczego nadal wystarczy impuls, podszept, czyjś krzyk, aby doszło do kolejnych okropieństw. To nie czarownica jest zła, nie ona stworzyła miasteczko, żyjące w nieustannym zagrożeniu. To miasteczko stworzyło ją. I teraz płaci za swe zbrodnie.

Kiedy więc widzimy wędrującą ulicami wiedźmę ze zszytymi wargami, aby nie mogła rzucać klątw, oraz zaszytymi powiekami aby nie mogła obserwować, nie litujmy się nad ludźmi. Nie nad tymi, którzy nie potrafią w żaden sposób się jej pozbyć, którzy niemalże niewolą nowych mieszkańców Black Spring aby tajemnica nie mogła się wydostać na zewnątrz i surowo karzą odstępców od Hexa; ludźmi, którzy popełniają samobójstwo przy każdej dłuższej nieobecności w mieście. Litujmy się nad nią, Katherine van Wyler. W swoim czasie mogła być zwyczajną szczęśliwą kobietą. Matką.

W posłowiu Heuvelt wyjaśnia historię powieści. Dowiadujemy się między innymi, iż wcześniej niż książka, którą mamy okazję trzymać w rękach, powstała powieść o nawiedzonym niderlandzkim miasteczku. Dzięki autorowi, który był uprzejmy nam to wyjaśnić, jesteśmy w stanie wyobrazić sobie Holendrów, żyjących pospołu z wiedźmami, nawiedzającymi ich siedziby. Wierzymy, że dzieci chowane na historiach o starych czarownicach, wyrosną na dorosłych, którzy w razie spotkania z taką istotą ograniczą się do zarzucenia jej ścierki na twarz i powrotu, jak gdyby nigdy nic, do przerwanych zajęć. Dużo trudniej jest uwierzyć w podobne historie dziejące się w Nowym Świecie, mimo przemielonego na milion sposobów Salem. A może właśnie z winy autorów eksploatujących w swoich dziełach historię Salem, którzy motyw wiedźmy w amerykańskim wydaniu sprowadzili do poziomu kolejnego odcinka przygód Scooby Doo. Tym większe uznanie dla holenderskiego pisarza, że zdołał mnie do tego przekonać. Uwierzyłem w wiedźmę z Black Spring i wy również w nią uwierzycie.

Heuvelt może spokojnie wydać coś o wilkołakach ścierających się w odwiecznej wojnie z wampirami wspieranymi przez zombie. W przeciwieństwie do autorów, którzy być może faktycznie drążą ten jakże oryginalny temat, jego książkę kupię i przeczytam.

Tytuł: Hex
Tytuł oryginalny: Hex
Autor: Thomas Olde Heuvelt
Z angielskiego tłumaczenia Nancy Forest-Flier: Piotr Kuś
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Data wydania: 23 października 2017
Liczba stron: 444
ISBN: 978-83-8116-173-2