Stwórca

Ocena: 
0
Brak głosów

Gdy byłam małą dziewczynką, miałam przyjaciela. Był on trochę starszy i bardzo dziwny. Chciał zostać pisarzem i muszę przyznać, że w innych, bradziej sprzyjających okolicznościach, miałby na to duże szanse. Naprawdę go lubiłam, choć może przede wszystkim lubiłam jego opowieści. Snuł je nieprzerwanie, a na każdą porę dnia miał specjalny repertuar. Moimi faworytami były historie wieczorne. Pełne strachu, potworów, tajemnic i duchów. Był mistrzem słowa. Tym swoim bajaniem potrafił zahipnotyzować każdego.

Mieszkał na poddaszu starego domu pani Dąbrowskiej. Jego gospodyni była leciwą, niedosłyszącą i niedowidzącą byłą pielęgniarką z okropną przypadłością – kopciła papierosy w takich ilościach, że nie wiem, czy była normalnym człowiekiem. Był czas, że uważałam ją za czarownicę. To nierozsądne przypuszczenie zagościło w mojej głowie na skutek jednej z opowieści Mateusza.

Właśnie! Z tego wszystkiego zapomniałam wam przedstawić mojego przyjaciela. Tak, miał na imię Mateusz, choć nie jestem tego do końca pewna. Wokół niego zawsze unosiła się mgła niedopowiedzeń. Nikt tak naprawdę nie wiedział, co to za jeden. Zjawił się pewnej nocy w domu pani Dąbrowskiej i poprosił o kawałek podłogi. W zamian obiecał zajmować się ogrodem i gotować. A gotował wspaniale! Najwyraźniej miał talent, nie tylko do zmyślania. Staruszka przystała na to, choć ludzie mówili, że to szaleństwo przyjmować pod dach nieznajomego.

Chłopak był odludkiem. Całymi dniami przesiadywał w pokoju i stukał w swoją maszynę do pisania. Był młody, a zachowywał się jak zmęczony życiem dorosły. Tak przynajmniej wszyscy uważali. Gdy go poznałam zrozumiałam, że ci „wszyscy” się mylą.

A poznałam go w dość dramatycznych okolicznościach. Byłam małym i ruchliwym dzieckiem, które nie grzeszyło rozsądkiem. Gdy pewnego dnia mama wysłała mnie do sklepu, zamiast mądrze się rozejrzeć przed przejściem przez ulicę, czy nie nadjeżdża samochód, bezmyślnie wybiegłam na jezdnię. Pamiętam tylko pisk opon i mocny uścisk w pasie. To był Mateusz, który prawdopodobnie uratował mi wtedy życie. Po całym tym niefortunnym zdarzeniu odprowadził mnie i opowiedział o wszystkim moim rodzicom. Tamtego dnia zyskał jeszcze jeden przychylny mu dom.

Bywał u nas dość często. Mama bardzo go polubiła a tata mógł wreszcie z kimś „inteligentnym” porozmawiać. Właściwie wszyscy byliśmy zadowoleni. Naszą radość mącił jednak trochę strach. Był to strach przed nieznanym. Chłopak, choć opowiadał wiele, nigdy nie mówił o sobie. Nie wiedzieliśmy o jego przeszłości zupełnie nic. Był czystą kartką, niepokojącym elementem, wręcz można by rzec intruzem. Jego życie było jedną wielką tajemnicą.

Pamiętam, jak mi powiedział, że na kogoś czeka. Zdziwiłam się. Myślałam, że nie ma nikogo, że jest zupełnie sam. Nawet mnie to trochę zaniepokoiło i możliwe, że po raz pierwszy w życiu poczułam zazdrość. Co ja tam mogłam wtedy wiedzieć?! Nic!

Któregoś wieczoru siedzieliśmy, ja i on, na balkonie. Było ciepło. Zapytał czy chcę posłuchać pewnej historii. Oczywiście chciałam. Kazał mi tylko obiecać, że dopóki tutaj będzie, nikomu jej nie powróżę. Obiecałam. Teraz już spokojnie mogę podzielić się tym, co wówczas usłyszałam. 

 

***

We wszechświecie, tym samym, w którym Ziemia znalazła swoje miejsce, - znajduje się też zupełnie inna planeta, a nazywają ją Astra. Żyją na niej stworzenia bardzo do ludzi podobne. Mają, tak jak my, dwie nogi, dwie ręce, głowę i właściwie niczym szczególnym się od nas nie różnią. Może tylko jedną a raczej dwoma małymi rzeczami – są papierowi i mają inne serca.

Serca ich są większe i lepsze niż serca ludzi. Czują mocniej, przeżywają wszystko silniej, kochają intensywniej i cierpią dotkliwiej. Kraina ta powinna być niebem, ale niebem nie jest. Tam, gdzie jest dobro, tam musi się pojawić i zło. Dlaczego tak jest? Może dla równowagi? Lecz komu taka równowaga potrzebna!

Na Astrze wylądował Wilki Piec – tak o nim mówiono. Wielki Piec potrzebował dużo paliwa a jego paliwem był papier. Mieszkańcy Astry byli zaś zagorzałymi obrońcami papieru. To na papierze chowały się najwspanialsze historie. Oni zaś, zamiast ze zwykłego jedzenia, siłę życiową czerpali z tych właśnie opowieści. Koniec papieru oznaczał zatem koniec planety. Sami też byli przecież papierowi.

Wielki Piec zajmował coraz więcej miejsca, był bardzo duży i bardzo groźny. Buchał ogniem i palił żywcem. Wszyscy się go strasznie bali. Nie można go było tak po prostu zniszczyć. Wszelkie próby kończyły się tragicznie. Wielu śmiałków zginęło a najgorsze było to, że im więcej papierowych mieszkańców pochłaniał, tym stawał się potężniejszy. Jego płomień głupoty i złości rozlewał się na całą planetę niszcząc wszystkie cenne opowieści.

I nadszedł ten straszny dzień. Dzień, w którym spłonęła biblioteka…

 

***

Na tym mój przyjaciel skończył. W oczach miał łzy. Był przejęty i zmęczony. Nigdy nie dowiedziałam się, co było dalej. Choć ciekawość mnie zżerała, nie chciałam go dłużej męczyć. Na odchodne powiedział, że idzie popisać na maszynie.

W nocy miałam straszne koszmary. Śniły mi się płomienie i wrzaski. Widziałam, jak ogień trawi domy, lasy i ludzi. Obudziłam się z przerażeniem i możliwe, że również z krzykiem. To nie był spokojny czas, a miało być jeszcze gorzej.

Mateusz zamknął się w pokoju. Pani Dąbrowska mówiła, że zwariował. Że cały czas pisze i pisze. Ja jednak rozumiałam, że kryje się za tym coś więcej niż szaleństwo. Za wszelką cenę chciałam się dowiedzieć, co to jest. I wreszcie mnie wpuścił.

Słabe światło przesączało się przez zasłonięte okno. W mieszkaniu było ponuro a Mateusz wyglądał, jakby postarzał się o całe życie. Już nie dostrzegłam młodego chłopaka ale starca, ledwie trzymającego się na nogach. Podbiegłam do niego i zaczęłam pytać, co się stało. Prosiłam! Błagałam! On jednak siedział tylko na drewnianym krześle przed biurkiem i wpatrywał się w milczeniu w swoją maszynę do pisania. 

Na rogu stołu zobaczyłam duży stos gęsto zapisanych kartek. Zrozumiałam, że to jego opowieści, że spisał je wszystkie. No, może prawie wszystkie, bo w maszynie tkwiła do połowy zapełniona kartka.

Zobaczył, że mu się przyglądał. Spojrzał na mnie i powiedział, że teraz moja kolej. 

Moja kolej?! Ale na co? – pomyślałam. On jakby usłyszał te myśli i dokończył: Na pisanie…

Prychnęłam, tak jak tylko mała dziewczynka może prychnąć i zaprotestowałam: Ja nie umiem!

Uśmiechnął się czule, pogłaskał mnie po głowie i znów zaczął uporczywie wpatrywać się w tekst: Tego nie trzeba umieć, to trzeba czuć. Ty czujesz… Wiem, że czujesz.

Z jakichś niewyjaśnionych przyczyn te słowa mną wstrząsnęły. Wybiegłam na dwór. Wtedy po raz ostatni widziałam Mateusza. Zniknął. Zostały mi po nim tylko te kartki i historie. Wiele historii, które teraz opowiadam swoim dzieciom. Część spisuję, część zapamiętuję. Sama tworzę nowe i cała się w tym stwarzaniu światów zatracam. 

Pamiętam, że długo po zniknięciu Mateusza krążyły niestworzone opowieści. Niektórzy mówili, że pożarła go ta jego maszyna do pisania, inni, że porwali go kosmici, a jeszcze inni, że ktoś go zamordował. Ja myślę, że odszedł, bo znalazł następcę.

Mateusz był pisarzem i kochał książki. Widział w nich przyszłość. Zaraził mnie tą miłością. Bywają chwile, że bardzo mi go brakuje, ale wtedy biorę jedno z jego opowiadań i czuję, że jest blisko. Siedzi obok na kanapie i przygląda mi się ukradkiem. Jest moją tajemnicą i rozpalił we mnie płomień twórczy. Tak oto Wilki Piec został zniszczony. Bo ogień zwalcza się ogniem.