Jak zioła

Ocena: 
0
Brak głosów

– Będziemy musiały zatrzymać się na stacji benzynowej – poinformowała Sunniva, gdy wyjechały z lasu. – Mamy ze sobą śmieci, których trzeba się pozbyć. Prawda, Yrsa? – W jej głosie zabrzmiała groźba, choć Petra nie miała pojęcia czemu. Czyżby Yrsa zrobiła coś złego?

Siedząca na tylnym siedzeniu Yrsa poprawiła zsuwające się z nosa ciemne okulary i odgarnęła z czoła rozwiane przez wiatr złociste kosmyki.

– Już prawie zdążyłam zapomnieć, jak to wszystko pięknie wygląda – zwróciła się do Petry. – Te wszystkie łąki i małe, kolorowe domki. Nie to, co u nas, prawda?

Petra od niechcenia skinęła głową, również pochłonięta obserwacją świata za oknem. Prawie zapomniała, że ściany domów pokryte są błękitną farbą, na podwórzach rosną krzewy bzów i róży, a łąki pachną sianem.

– Kiedy częściej jesteś w terenie, to już nie robi takiego wrażenia – spostrzegła Yrsa. – A kiedy jesteś w terenie za długo, nawet zaczynasz trochę… tęsknić.

Petra chciała spytać, co to znaczy „za długo” i jak to możliwe, żeby tęsknić za Ośrodkiem, ale dostrzegła w lusterku oczy Sunnivy. Zamilkła. Potrafiła już odczytać jej nastroje i rozumiała, że ten temat jest skończony.

– Włączę radio – zaproponowała pojednawczo Jorunn. Zaczęła kręcić gałką nieco staroświeckiego odbiornika, ale dobiegał z niego jedynie szum.

Petra przymknęła oczy, pozwalając by za oknem przemykały kolejne kolorowe domki, gospodarstwa i pola porośnięte chwastami. Maki czerwieniły się gdzieś na skraju wizji, napełniając ją przerażeniem. Wyglądały jak krople świeżej, tętniczej krwi. Nie lubiła ich. Za bardzo przypominały jej o tym, czym sama była. Chwastem porastającym pola i odbierającym światło i energię innym, bardziej wartościowym roślinom.

 

Kiedy zatrzymały się na stacji benzynowej, Petra marzyła już tylko o łyku czegoś zimnego. Opuściła rozgrzany samochód i natychmiast ruszyła w kierunku sklepiku. Chodziła wzdłuż półek, obojętnie spoglądając na słodycze i przekąski. Nie czuła głodu. Uszy wypełniało buczenie klimatyzacji, na ramionach pojawiła się gęsia skórka. Wreszcie dotarła do lodówek z napojami. Bez namysłu pochwyciła puszkę z colą i ruszyła w stronę kasy. Dopiero w połowie drogi przypomniała sobie, ze przecież to Sunniva ma wszystkie ich pieniądze. Dostrzegła ją przed drzwiami do toalety. Rozmawiała o czymś z Jorunn, od niechcenia przeczesując palcami grzywę jasnych włosów.

– Dobry wybór – uśmiechnęła się ciepło na widok puszki w dłoni Petry. – Neutralny. Pamiętaj, nie możemy zwracać na siebie uwagi.

– Tak, wiem. Gdzie Yrsa?

Sunniva spoważniała i zmarszczyła brwi.

– Sama chciałabym to wiedzieć.

– Poszukam jej – zaproponowała Jorunn. Sunniva wyraziła na to zgodę skinięciem głowy, po czym wcisnęła w dłoń Petry dwudziestokoronowy banknot.

– Powinno starczyć.

– Dzięki.

Petra zapłaciła za puszkę, ciesząc się, że wszystko poszło dobrze i, nie musiała się tłumaczyć. Nie chciała zwracać na siebie uwagi tak blisko Ośrodka. Zatrzymały się tu tylko dlatego, że trzeba było zatankować. Nie, nie tylko, przypomniała sobie. Sunniva mówiła coś przecież o wyrzucaniu śmieci. Oddaliła się od kasy – po drodze otwierając puszkę – i ruszyła na poszukiwanie towarzyszek.

– Nie, to nie może być to – dobiegł ją głos Yrsy. – Niemożliwe…

Odwróciła się i dostrzegła ją i Jorunn siedzące na wysokich stolikach tuż przy szybie. Podeszła.

– Spokojnie, zaraz się przekonamy.

– Nie, mówię ci – w błękitnych oczach Yrsy błysnęły łzy. – Niby, kiedy mieliby to zrobić? Wiedziałabym… pamiętałabym. Prawda?

Jorunn tylko pokręciła głową i uspokajająco poklepała ją po ramieniu.

– Nie miałam pojęcia, że wciąż to robią – przyznała. Rozejrzała się po sklepiku w poszukiwaniu Sunnivy. – I nie mam pojęcia, skąd ona o tym wiedziała – dodała znacznie ciszej. Nerwowo przygryzła skórkę paznokcia. –  Mogli zorientować się, że jesteśmy w kontakcie. Wtedy na ich miejscu też zrobiłabym to bez twojej wiedzy.

Petra nie miała odwagi dopytywać, o co chodzi. Niby na stacji benzynowej nie było nikogo poza nimi i sprzedawczynią, ale na pewno były kamery. Lepiej poczekać. W swoim czasie dowie się wszystkiego, a może nawet więcej, niż by sobie życzyła.

– Może chodźmy na zewnątrz – zaproponowała. Cokolwiek przytrafiło się Yrsie, z każdą chwila coraz bardziej wyprowadzało ją to z równowagi. Płacząca dziewczyna to widoczna dziewczyna – zwłaszcza, jeśli towarzyszą jej inne dziewczyny ubrane w identyczne, granatowe uniformy. Sprzedawczyni je zapamięta, może nawet wspomni o tym, gdy spytają ją o nietypowe wydarzenia. Prowadząc Yrsę miedzy sobą dotarły do samochodu.

–Yrsa znalazła lokalizator – wyjaśniła Jorunn.

Petra zbladła. Teraz już rozumiała przerażenie towarzyszki. Słyszała plotki o lokalizatorach od sanitariuszy, głównie właśnie od Jorunn. Sama wciąż była jeszcze w trakcie szkolenia, więc nie miała się czego obawiać. Lokalizatory wszczepiano tylko szczególnie silnym i niebezpiecznym alkaloidom, gdy już otrzymały pozwolenie na opuszczanie Ośrodka. Żeby można było je łatwo zlokalizować i sprowadzić z powrotem, gdy poczują się zbyt swobodnie. Żeby nie mogły tak po prostu zapaść się pod ziemię. Czy to znaczy, że Yrsa była dla nich aż tak cenna? Atropiny są dość rzadkie, ale też niechętnie wypożyczane. Nie każdy zespół potrafi się z nimi dobrze obchodzić i w pełni wykorzystać ich potencjał. Zazwyczaj wolą brać na pokład opioidy. Są przydatne i łatwo je wyszkolić. Czy naprawdę chodziło więc o Yrsę? Czy może ktoś z Ośrodka zorientował się, że planują ucieczkę? Czy już teraz jechali ich śladem, czy może zakładali, że dziewczyna jest ze swoim zespołem na jakiejś nieprzewidzianej misji ratunkowej?

Sunniva nie wydala się nawet specjalnie zaskoczona.

– A wiec jednak – powiedziała z przekąsem. – Tak jak przewidziałam, najpierw trzeba będzie pozbyć się śmieci. Rozpinaj kombinezon – poleciła.

Yrsa zrobiła wielkie oczy.

– Ale tak tutaj… na parkingu?

– Będę potrzebowała światła. W samochodzie jest zbyt ciemno. Poza tym, widzisz tu kogoś?

– Nie, ale ktoś może przejeżdżać, albo…

– To potrwa tylko chwilę – zapewniła Sunniva. – Nic ci nie będzie. Nawet nie poczujesz, mamy przecież Jorunn. I Petrę – dodała po chwili wahania.

Petra, podobnie jak Jorunn, była morfiną, ale o wiele mniej doświadczoną i nie tak precyzyjną. Nic dziwnego, że Sunniva jej nie ufała.

Yrsa drżącymi rękami rozpięła guziki uniformu, odsłaniając brzuch i bok.

– Tutaj – powiedziała, wskazując miejsce pod pępkiem. Petra spostrzegła, że koniuszki jej paznokci zaczynają ciemnieć. Denerwowała się. Niedobrze, zdenerwowany alkaloid to niebezpieczny alkaloid. Dostrzegła wzrok Petry i cofnęła dłonie, jedną kładąc na bagażniku samochodu, drugą zaś opierając się o ramię Jorunn.

– No dobra – Sunniva sięgnęła po apteczkę podróżną i wcisnęła ją do rąk Petry. – Trzymaj, przydaj się na coś.

Wacikiem nasączonym alkoholem przemyła wskazane przez Yrsę miejsce poniżej pępka. Następnie sięgnęła po skalpel i bez zastanowienia nacięła jasną skórę dziewczyny. Yrsa zgięła się w pół i otworzyła usta do krzyku. Jorunn mocno złapała rękę pacjentki, wbijając pociemniałe od jadu paznokcie w jej skórę. Białka jej oczu pociemniały, na moment przybierając barwę atramentu, po czym natychmiast wróciły do normalnego koloru. Oczy Yrsy stały się dziwnie zamglone, musiała przytrzymywać się karoserii, by nie upaść. Sunniva palcami rozszerzyła ranę na brzuchu, jak gdyby usiłując coś w niej znaleźć.

Nozdrza Petry wypełniał dobrze znany zapach świeżej krwi. Mieszał się z wonią benzyny i rozgrzanego do białości asfaltu. Yrsa mamrotała coś do siebie, wyraźnie jednak pomoc Jorunn zrobiła swoje, bo nie próbowała już krzyczeć. Sunniva wyciągnęła z rany wijącego się robaka. W całości składał się z kolorowych kabelków i lśniących w słońcu metalowych płytek.

– Skurwysyństwo – mruknęła Sunniva. Upuściła lokalizator na asfalt i zdeptała podeszwą ciężkiego buta.

Jorunn zmarszczyła brwi

– Skąd wiedziałaś, że go ma?

– Za dobrze ich znam. Nie odpuściliby sobie – przeniosła wzrok na Petrę. – Tobie też by tak zrobili, gdybyś została. Za mocna jesteś, żeby puszczać cię samopas. Zaparkujcie ją do samochodu – wskazała na zdezorientowaną, wciąż mamroczącą coś do siebie Yrsę. Cięcie po skalpelu na ich oczach goiło się, zmieniając się w cienką, jasną bliznę. – Musimy ruszać dalej.

 

 

Zatrzymały się, gdy dostrzegły zjazd z drogi. Nie zastanawiając się wiele opuściły samochód i ruszyły w stronę niewielkiego, częściowego zarośniętego przez trzcinę jeziorka. Pachniało rumiankiem, koniczyną i słodkawą wilgocią podmokłej ziemi. Petra ściągnęła buty i pierwsza zamoczyła stopę w zimnej, mętnej toni. Wzdrygnęła się, ale po chwili weszła aż po kolana. Nie zdjęła nawetnasiąkającego wodą uniformu. To tylko len, szybko wyschnie na słońcu. Jorunn i Yrsa natychmiast wzięły z niej przykład. Sunniva przez jakiś czas spoglądała na nie z potępieniem, ostatecznie jednak przedarła się przez szuwary i zanurzyła się aż po szyję. Również potrzebowała zmyć z siebie kurz drogi, wspomnienie Ośrodka oraz to,co zrobiła Yrsiew trakcie poprzedniego postoju.

Woda była lodowato zimna i zdecydowanie daleko jej było do czystości. Kilku przejeżdżających drogą rowerzystów spostrzegło  cztery dziewczyny pluskające się w przydrożnym jeziorku, żaden jednak się nie zatrzymał. Ze spojrzeń i zmarszczonych brwi Petra wyczytała, że to nie jest typowy widok. Że wcale nie zachowują się jak normalni ludzie, że zwracają na siebie uwagę, i że ktoś może zorientować się czym są i odesłać je z powrotem do Ośrodka.

– Wystarczy tego – zadecydowała Sunniva, również dostrzegając mieszane reakcje przejezdnych. – Zbieramy się, przed nami długa droga.

– Dokąd właściwie jedziemy? – chciała wiedzieć Yrsa.

– Już wam mówiłam, do miasta.

– A później?

–A później zobaczymy.

 

Im dalej jechały, tym więcej było jezior – już nie małych i porośniętych trzciną, ale ogromnych, ciągnących się aż po horyzont i usianych drobnymi wysepkami. Petra przyglądała im się zza szyby, coraz bardziej zafascynowana. Nigdy nie była w tej części kraju, do Ośrodka przywieziono ją z otulonej śniegami północy. Tym większe wrażenie robiły ślizgające się po wodzie szkarłatne promienie gasnącego słońca. To był dobry, przyjemny dla oka odcień czerwieni. Nie kojarzył się z krwią ani makami. Przypominał o wolności.

Noc spędziły w małej chatce nad jeziorem. Nie wiedziały, do kogo należy, ale nie interesowało ich to. W środku znalazły trochę suchego prowiantu i stare, obtłuczone garnki. Po rozpaleniu małego ogniska i dodaniu zakupów ze stacji były w stanie przygotować skromną kolację. Petra starała się nie myśleć o tym, że kupiły to wszystko za pieniądze człowieka, którego zabiły o świcie. Porzuciły ciało w lesie i odjechały jego samochodem. To była ich jedyna szansa na wyrwanie się z Ośrodka. Wiedziała,że to część planu już od momentu, gdy Yrsa zaproponowała jej dołączenie do spisku. To właśnie piękna, złotowłosa Yrsa wywabiła strażnika z samochodu, zaś Jorunn i Petra użyczyły swojego jadu, by go unieszkodliwić. Dawka morfiny była śmiertelna. Petrę zaskoczyło, jak bardzo sprzeciwiały się temu wszystkie wyuczone w Ośrodku odruchy i jaką satysfakcję sprawiło jej to, że zdołała przełamać warunkowanie. Jednocześnie ją to przeraziło, gdyż uświadomiła sobie, że naturą alkaloidów jest odbieranie życia, nie ratowanie go za wszelką cenę. Nawet lata szkoleń w Ośrodku nie są w stanie tego zmienić. Tym dziwniej czuła się, słuchając opowieści Sunnivy o akcjach ratunkowych, w których kobieta brała udział.

– Najgorszy był ten typ z siekierą. – Sunniva aż się wzdrygnęła. – Stał nade mną i powtarzał, że zabije mnie, jeśli małemu coś się stanie. Był w szoku, jak miałam mu powiedzieć, że już po dzieciaku i nawet nie ma co ratować? Wiedziałam, że jeśli popełnimy błąd… jeśli cokolwiek pójdzie nie tak, on i wszyscy jego kumple się na nas rzucą. I tak mniej więcej było – skrzywiła się. – Jedna osoba od nas zginęła, zastrzelona z jakiegoś obrzyna. Odstrzelili jej twarz. Pozostali ludzie z zespołu później zostali wysłani do psychologa.

– Psychologa? – powtórzyła Petra. – Kto to taki?

– Ktoś, kto pomaga ci się uporać ze złymi wspomnieniami.

– Tobie pomógł?

Sunniva zaśmiała się gorzko.

– Pozostali ludzie – powtórzyła z naciskiem. – Ludzie. A alkaloidy nie są ludźmi, Petro. To tylko chodzące i mówiące pompy do dozowania leków. Sprzęty nie mają traumy ani złych wspomnień, nie trzeba się nimi zajmować.

– Moi traktowali mnie dobrze – wtrąciła Yrsa. – Zawsze pytali, czy na pewno chcę brać udział w akcji i czy wszystko w porządku.

Jorunn i Sunniva wymieniły porozumiewawcze spojrzenia. Ciszę przerywały tylko grające w trawie świerszcze. Wiatr od wody otulał ich kryjówkę wonią tataraku.

– Na początku zawsze się starają – zgodziła się Sunniva. – I zazwyczaj chcą dobrze. Zawsze chcą być tym zespołem, który dobrze traktuje swojego alkaloida i wyłamuje się z tych wszystkich stereotypów. Tylkoże to nie jest takie proste.

–W sumie im się nie dziwię – westchnęła Jorunn. Yrsa i Petra popatrzyły na nią pytająco. – Widzicie, kiedy zespół dostaje alkaloida, to zawsze wiąże się ze zmianami. Jesteśmy odporni na większość gazów i żrących substancji, nasze rany szybciej się goją i dysponujemy jadem, który potrafi pomoc wielu osobom jednocześnie. Szkoda marnować taki potencjał na mdlejących staruszków i złamania na oblodzonym chodniku. Alkaloid na pokładzie zazwyczaj oznacza wyjazdy do pożarów, wybuchów i strzelanin. Większe zagrożenie, trudniejsze warunki pracy. Sanitariusze wożący ze sobą alkaloida codziennie widzą rzeczy, których bez takiej asysty nie mieliby okazji oglądać. Bardzo szybko zaczynają obwiniać nas za to, że ich praca stała się cięższa, że prześladują ich koszmary. Szybko orientują się też, że tak naprawdę nie są w stanie nas skrzywdzić. Że mogą nas wysłać w sam środek pożaru, a i tak wrócimy w jednym kawałku i nawet nie będziemy mieli prawa się skarżyć. Zaczynają to coraz bardziej wykorzystywać i…

– Z każdym kolejnym wyjazdem przestajemy być traktowani jak ludzie – weszła jej w słowo Sunniva. – Nie łudźcie się, że kiedykolwiek będzie inaczej. Nie tutaj, nie pod kontrolą Ośrodka.

– A gdzie? – spytała Yrsa. Nie wyglądała na przekonaną. Wciąż nie ufała Sunnivie po tym, jak ta sprawiła jej ból.

– Jest wyspa. Mieszka tam mało ludzi, jest spokój. Nie ma walk ulicznych, podpaleń, samochodów powodujących wypadki. Ludzie żyją spokojnie i szczęśliwie, dobrze się do siebie odnoszą. Nie ma tam herbarium. Mogłybyśmy popytać, kupić miejsce na promie. Popłynąć tam. Nie musiałybyśmy od razu mówić, kim jesteśmy, po prostu od czasu do czasu pomóc komuś, jeśli gorzej się poczuje albo skaleczy się nożem. Być częścią społeczności, mieć takie same prawa. Tylko pomyślcie – Suniva wbiła wzrok w rozgwieżdżone niebo. – Mogłoby być tak pięknie.

– Ale czy do tego trzeba wyjeżdżać? – chciała wiedzieć Jorunn. Sunniva zmierzyła ją chmurnym wzrokiem.

– Ludzie z Ośrodka znajdą cię, gdy tylko spróbujesz skorzystać z jadu. Ktoś cię rozpozna, doniesie im, gdzie jesteś.

– Więc mogłybyśmy z niego nie korzystać. Zaszyć się gdzieś, wmieszać w tłum, zapomnieć, że w ogóle byłyśmy w Ośrodku…

– I wyrzec się tego,  kim jesteśmy? – zdumiała się Yrsa. – Wyrzec się swojego daru?

– Nawet jeśli, to co? Nie jest to warte spokoju? Nie jest to warte tego, żeby przez chwilę poczuć się… człowiekiem?

Yrsa poderwała głowę znad przygasającego już ogniska. W jej błękitnych oczach żarzył się ogień. Nie zamierzała łatwo odpuścić.

– Potrafiłabyś odmówić komuś pomocy, wiedząc, że jesteś w stanie go uratować? Tylko po to, żeby mieć swój święty spokój? Nie rozumiem cię.

– Nie – zgodziła się Jorunn. – Nie rozumiesz. Ty też nie – zwróciła się do Sunnivy. – Zapomniałyście, czym jesteście naprawdę i dałyście sobie wmówić te wszystkie słodkie historyjki Ośrodka o powołaniu i ratowaniu życia. Wytwarzamy silne toksyny i mamy wysoką zdolność regeneracji. Jesteśmy urodzonymi mordercami. Nie zabijamy tylko dlatego, że nas wyłapano i wyszkolono, ale to nie znaczy, że ktokolwiek czuje się przy nas bezpiecznie. Na twojej wyspie prędzej czy później będzie tak samo, Sunnivo – powiedziała z bólem w oczach. – Nie pokochają nas tam, jeśli ujawnimy, czym jesteśmy.

– Nie jesteśmy urodzonymi mordercami – sprzeciwiła się  Sunniva. Jej twarz tchnęła zadumą i spokojem. – Jesteśmy jak dzikie zioła. Potrafimy być i lecznicze i trujące, tylko od nas zależy, jak wykorzystamy nasz dar. Na wyspie jest wielu mądrych zielarzy. Znają się na ziołach i wiedzą, w jakich dawkach są śmiertelne.

– Ale ja nie chcę być jak zioła – zaprotestowała Jorunn. – Chcę być człowiekiem. Po prostu człowiekiem.

Petra przysłuchiwała się tym rozmowom w milczeniu. Nie wiedziała jeszcze, co ze sobą zrobi, gdy dotrze do miasta. Tak naprawdę wcale nie chciała ani odpływać w nieznane w poszukiwaniu mitycznej wyspy, ani ukrywać swoich umiejętności, ani walczyć o ludzkie życie. Chciała wrócić do Ośrodka i uwolnić z niego wszystkie młode alkaloidy, by nie musiały przeżywać tego, co Sunniva, i żeby same mogły podjąć decyzję o tym, co i jak będą robić.

 

 

Jadąc cały czas brzegiem jeziora, po południu dotarły do niewielkiego miasteczka. Gołym okiem widać było, że miejscowość utrzymuje się głównie z turystów. Sunniva chciała ominąć miasteczko i jechać dalej, ale Petra i Yrsa przekonały ją, żeby spędzić tam chociaż godzinę. Petra od dawna nie miała do czynienia z normalnymi ludźmi. Przez ostatnie lata były tylko inne alkaloidy, sale wykładowe, wyłożone kafelkami korytarze i las wokół Ośrodka. Jak dobrze było móc zaszyć się w tłumie przypadkowych przejezdnych, iść lekkim krokiem, wystawiać twarz do słońca, wdychać przesiąknięte wonią jeziora powietrze. Nie myśleć ani o pogotowiu, ani o Ośrodku, ani o zwłokach, które za sobą zostawiły. Owszem, nadal miały na sobie mundury, ale prawdopodobnie niewiele osób tutaj zdawało sobie sprawę z tego, co one oznaczają. W pewnym momencie Petra odwróciła się do Jorunn i z przerażeniem stwierdziła, że towarzyszka gdzieś zniknęła. Szukały jej po całym nabrzeżu, ale bezskutecznie. Jorunn przepadła jak kamień w wodę. Petra wciąż miała w pamięci słowa, jakie padły poprzedniego wieczoru i uświadomiła sobie, że porównanie mogło okazać się zaskakująco trafne. Alkaloid nie jest w stanie sam się zabić, ale to nie oznacza, że nie może próbować. Pragnienie bycia kimś innym kosztem własnej tożsamości to nigdy nie jest dobry znak.

– Szlag by to – warknęła Sunniva, ostatecznie zaprzestając poszukiwań. Słońce zaczynało już zachodzić, nabrzeże stopniowo się wyludniało. Pozostało jedynie kilka samotnych żaglówek kołyszących się majestatycznie na falach.

– I co teraz? – spytała Petra.

– Nic. Wracamy do samochodu.

Yrsa zmarszczyła brwi.

– Zamierzasz odjechać bez niej? – upewniła się.

Sunniva spojrzała na nią z politowaniem.

– Przecież tego właśnie chciała. Nie słyszałaś, co mówiła wczoraj? Widocznie spodobało jej się w tym mieście.

– I zamierzasz jej na to pozwolić? – oburzyła się Yrsa. – Przecież wszystkie wiemy, że tak się nie da, że nie będzie szczęśliwa. Znam ją, bez względu na to, co wczoraj wygadywała, jest stworzona do tego, by pomagać ludziom!

„Wcale jej nie znasz”, pomyślała Petra, ale zachowała to dla siebie. „Żadna z nas jej nie znała tak naprawdę. Żadna z nas nie zna pozostałych. Znałyśmy się w Ośrodku, ale on został daleko w tyle”.

Sunniva zacisnęła szczęki.

– Jorunn podjęła decyzję. Szanuję to, chociaż szkoda, że nie miała dość jaj, by się pożegnać. Zbierajmy się – ponagliła. – Słońce zaraz zgaśnie. Nie lubię jeździć po ciemku, a nie możemy tu zostać.

 

Sunniva zaklęła, widząc zbliżające się z naprzeciwka światła. Skręciła w ostatniej chwili,by uniknąć kolizji i zatrzymała się na poboczu. Wymijająca je ciężarówka zjechała z pasa, skręciła gwałtownie i wbiła się w nadjeżdżającą z przeciwległego pasa osobówkę. Jazgot był ogłuszający. Z maski gniecionego volvo unosił się dym. Ktoś krzyczał. Ktoś wył.

Yrsa szarpnęła drzwiczki samochodu, drugą ręką próbując rozpiąć pasy bezpieczeństwa.

– Jedziemy dalej – zadecydowała Sunniva, odpalając silnik. – Nie chce mieć z tym nic wspólnego.

Yrsa zacisnęła palce na jej dłoni.

– Odblokuj drzwi – poleciła. – Musimy im pomóc.

– Nie musimy. Widzisz. – Sunniva wskazała na zatrzymujący się nieopodal samochód. – Ktoś zaraz zadzwoni po karetkę. Poradzą sobie. To nie nasza sprawa, znikajmy, zanim ktoś się zorientuje, że tu byłyśmy.

– Widzisz ten wrak? Naprawdę sądzisz, że ktoś tutaj dotrzyma do przyjazdu karetki? Ile to może trwać? Dwadzieścia minut? Godzinę? Przecież to jakieś zadupie.

– To niech ktoś im udzieli pierwszej pomocy. To nie nasza sprawa, znikamy.

– Bez względu na to, co wczoraj bredziła Jorunn, przeszłyśmy szkolenie. Potrafimy ratować życie, to nasz obowiązek. To tak, jakbyś była lekarzem, a mimo to zdecydowała się jechać dalej.

Sunniva wyszarpnęła dłoń z uścisku Yrsy.

– Ale nie jestem lekarzem, ty też nie. Jesteśmy cholernymi alkaloidami, chodzącymi kroplówkami, niczym więcej. Narzędziami, które wykonują rozkazy, które nawet nie są traktowane jak ludzie. Czemu miałybyśmy im teraz pomagać? Oni by nam nie pomogli.

– Odblokuj drzwi – rozkazała Yrsa, przyciągając ją do siebie i przybliżając koniuszki pociemniałych od jadu paznokci do jej szyi. – I wypuść nas. Nie musisz nam pomagać, obejdę się bez twojej zasranej kodeiny, wystarczy, że pójdzie ze mną Petra.

Sunniva nie odpowiedziała. Jedną z niewielu rzeczy mogących zaszkodzić alkaloidowi był jad innej istoty tego gatunku. Obie doskonale zdawały sobie sprawę z tego, że Yrsa, jako silna atropina, była śmiertelnie niebezpieczna. Sunniva z ociąganiem zgasiła silnik i odblokowała drzwi. W milczeniu patrzyła, jak Yrsa wybiega z samochodu i w towarzystwie Petry wypada na drogę.

Petra była na miejscu wypadku po raz pierwszy, chociaż w Ośrodku oglądała niezliczoną ilość materiałów poglądowych, instrukcji postępowania i analiz. Teraz, w mroku rozświetlanym tylko ogniem dobywającym się ze środka wraku, czuła się dziwnie odległa i odrealniona. Jakby to była tylko kolejna symulacja. Ślepo wykonywała polecenia Yrsy, ignorując przyprawiający o mdłości swąd palonej tkanki. Wyciągnąć z wraku, ułożyć w odpowiedniej pozycji, sprawdzić oddech. Yrsa delikatnie wbiła się w szyję jednego z rannych, dostarczając jego organizmowi dokładnie tyle atropiny, ile potrzebował, by masowane przez Petrę serce podjęło pracę. Chwilę później to Petra wbijała się w niego paznokciami, by ukoić wywołany oparzeniami ból. Następna ofiara i następne dawki jadu, angażowanie w pomoc zatrzymujących się kierowców, segregacja rannych, kilka kropel jadu na uspokojenie największych awanturników. Uwijając się jak w ukropie nie zauważyła nawet przyjazdu karetki. Yrsa natychmiast podbiegła do lekarza prowadzącego, by przekazać mu informacje o stanie chorych i dawkach leków. Nie wydawał się zdziwiony jej poczerniałymi oczami. Petra zrozumiała dlaczego, gdy tylko dostrzegła w ekipie karetki dziewczynę w granatowym uniformie alkaloida. Pracował z jednym na co dzień, zdążył się przyzwyczaić.

– Świetnie się spisałaś – powiedział potężny mężczyzna w prochowcu. Petra dopiero po chwili ochłonęła na tyle, by pojąć, że słowa skierowane były do niej. Zmierzyła nieznajomego czujnym spojrzeniem. Nie przyjechał z karetką. Możliwe, że był jednym z tych, których wspólnie z Yrsą zagoniły do pomocy, bo na płaszczu miał krew. – Jakie to szczęście,że ty i twoja przyjaciółka byłyście na miejscu.

– Przejeżdżałyśmy – odparła z roztargnieniem. Dopiero po chwili zorientowała się, że nie powinna była tego mówić, bo przecież alkaloidom nie wolno podróżować samotnie. Mogą jeździć karetką lub w towarzystwie instruktorów, ale same – nie, dopóki stanowią własność Ośrodka.

Mężczyzna w zadumie pokiwał głową.

– W takim razie ci ludzie mieli szczęście, że zdecydowałyście się na podróż akurat teraz. – Przysunął się nieco bliżej i nachylił nad jej uchem. – Wiem, kim jesteście i dlaczego uciekłyście – oświadczył, rozwiewając nadzieje Petry na to, że jej roztargnienie pozostanie bez konsekwencji. –  Myślę, że potrafiłbym pomóc tobie i tobie podobnym. Mnie i moim przyjaciołom bardzo leży na sercu wasz los. Jeśli chcesz, możesz się z nami spotkać i opowiedzieć, jak to wszystko wygląda tam, u was.

– W Ośrodku? – upewniła się.

– Tak.

– Co zrobicie, jeśli zdecyduję cię przyjść?

– Wysłuchamy cię, to na pewno. Mając twoje zeznania, na pewno znajdziemy sposób, by zakończyć działalność Ośrodka i uwolnić wszystkie przetrzymywane tam osoby. Jeśli uznasz, że jesteś gotowa… zgłoś się pod ten adres – podał jej niewielki kartonik. – Będę na ciebie czekał.

Bez słowa przyjęła wizytówkę. Doktor Erhard. Bardzo dobrze. Zapamięta. Wróciła do samochodu Sunnivy. Yrsa nie. Odjechała wraz z karetką do najbliższego szpitala. Sunniva skwitowała to stwierdzeniem, że najwyraźniej nigdy nie była stworzona do wolności. Petra zastanawiała się, czy którakolwiek z nich jest do niej stworzona. Gdy wjeżdżały do miasta, światła latarni widoczne zza brudnej szyby rozmazywały się w złoty, świetlisty tunel. Podróż dobiegała kresu.

 

***

 

Skorzystała z zaproszenia doktora Erharda już następnego dnia. Rozstały się z Sunnivą, gdy ta poszła do portu kupić dla nich bilety na prom. Zamierzała wyruszyć na wymarzoną wyspę jeszcze tego samego wieczoru. Petra postanowiła jej towarzyszyć, wcześniej jednak musiała pomóc pozostałym alkaloidom z Ośrodka. Jak mogłaby toczyć spokojne, ciche życie bez poczucia, że zrobiła wszystko co w jej mocy i wykorzystała wszystkie szanse?

Bez trudu znalazła właściwy adres. Po ulewie, jaka złapała ją po drodze, salon był zadziwiająco suchy i ciepły. Zapadła się w skórzanym fotelu, ignorując lepiące się do ciała ubrania. Deszcz wciąż szumiał za oknem, nad budynkiem od czasu do czasu przetaczał się grom, jednak ona czuła się bezpieczna. Była przecież pod dachem, z dala od wzburzonego morza. Póki co.

Uśmiechnęła się z wdzięcznością, gdy postawiono przed nią imbryczek z herbatą. Pachniała pomarańczą i goździkami i wszystkim tym, za czym tak bardzo tęskniła w Ośrodku. Nikt nic nie mówił. Wszyscy czekali, aż wypije i przestanie się trząść. Dopiero wtedy głos zabrał doktor Erhard. W ciemnym garniturze wyglądał na jeszcze wyższego i bardziej barczystego niż poprzedniej nocy na drodze.

– Bardzo cieszymy się, ze zgodziłaś się przyjść, moja droga…

– Petro – podpowiedziała, uświadamiając sobie, że nie podała wcześniej swojego imienia.

Uśmiechnął się z wdzięcznością

– Moja droga Petro. Skoro tu przyszłaś, rozumiem, że jesteś gotowa powiedzieć nam nieco więcej o pracy Ośrodka, z którego uciekłaś?

Skinęła głową.

– Jesteśmy tu, by cię wysłuchać. Zacznij, kiedy będziesz gotowa.

Zaczęła więc. Starała się mówić tak, jakby pisała książkę. Słowami malować obrazy dwudziestoosobowych sal sypialnych, morderczych całodziennych treningów, lekcji samokontroli i kar za najmniejszy błąd czy brak precyzji. Opowiadać o tym, co było wcześniej, o okruchach utraconego życia, o bólu warunkowania i przełamywaniu kolejnych barier i oporów,a także o wszczepianych na drogę lokalizatorach. Starała się każdym kolejnym słowem, każdą zasłyszaną od Sunnivy czy Jorunn anegdotą podkreślać, jak bardzo to wszystko jest nie w porządku i jak bardzo nie zgadza się na taką rzeczywistość.

Potrafiła mówić. Nie przepadała za tym, ale potrafiła i teraz wyraźnie widziała to w oczach zebranych. Widziała ich szok i współczucie, widziała gniew. W niektórych oczach widziała też wahanie, wątpliwości i poczucie winy. To ani trochę jej się nie spodobało.

– To, co spotkało ciebie i tobie podobnych, jest karygodne i niesprawiedliwe – odezwał się doktor Erhard. – Nikt nie powinien wykonywać takiej pracy bez należytego wsparcia i opieki. Zrobimy wszystko, co w naszej mocy, by zakończyć działalność tego… czegoś.

– A co się wtedy z nami stanie? – spytała Petra. – Wbrew pozorom jest nas dość sporo…

Mężczyzna uśmiechnął się szeroko. Kiedy zorientowała się, że uśmiech nie obejmuje oczu, było już za późno.

– Nie martw się. Na pewno znajdziemy dla was jakieś… zastosowanie.

Krzyknęła, gdy siedzący po obu jej stronach mężczyźni w garniturach mocno chwycili ją za nadgarstki, uniemożliwiając ucieczkę.

– Zawsze znajdujemy – ciągnął doktor Erhard. – Przede wszystkim, musimy was porządnie przebadać i odkryć, co jest powodem tej szczególnej… anomalii.

– Nie! – Szarpnęła się w uścisku. Odruchowo zaczęła koncentrować jad, gotowa wbić paznokcie w przytrzymujące ją ręce i zafundować obu napastnikom złoty strzał. Doktor Erhard uśmiechnął się jeszcze szerzej. Skinął dłonią na stojących w progu współpracowników. Drzwi otworzyły się i do środka wprowadzono Jorunn oraz Yrsę. Obie były ciężko pobite, w miejscu jednego z oczu Yrsy ziała krwawa dziura. Musieli jej to zrobić poprzedniej nocy, dopiero teraz zaczynała się regenerować.

I wtedy z całą mocą uświadomiła sobie, że przegrały. I że to jednak Sunniva od początku miała rację. Oby była szczęśliwa na swojej wyspie.