Łupiny

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Odnaleźliśmy go, mieniącego się kolorami w zachodzącym słońcu, na leśnej polanie, gdzie stał czołem wsparty o drzewo. Najwyraźniej stał tam już długo, gdyż trawy rosły dookoła jego stóp i oplatały jego kostki. Stał i czekał, aż drzewo dojrzeje, przejrzeje i czas powali je na ziemię, by mógł ruszyć do przodu w swojej niekończącej się wędrówce.

Wciąż czasami odnajdujemy te łupiny bogów przeszłej cywilizacji.

Nie jest to materia organiczna – ona nie zdołała przetrwać erozji historii w niezmiennej formie. Materia musi być w ruchu, ale nigdy zbyt gwałtownym. To powolne rośliny oparły się wszystkim zagładom. Ciągle mamy zboże i drzewa, choć nasi pradziadowie by pewnie nie rozpoznali gatunków. Ani tych, które my uprawiamy, ani tych które pozostały po nich – wielkich pól zmutowanej kukurydzy, która rodzi uzależniające ziarna i truje glebę dookoła, wysysając z niej życiodajne soki; czy pola ryżu, którego ziarna są pełne wody. Wszystkie te plantacje powoli znikają, bo ziemia nie chce ich utrzymywać. Pojawiają się tam inne rośliny, pionierzy w trudnych warunkach, powoli rozkładające to śmiercionośne życie i tylko czasami można natknąć się na wielkie polany pełne suchych badyli, gdzie nic nie może rosnąć, gdzie zbierają się owady by umrzeć, a wiatr zwiewa drobiny czystej ziemi. W końcu i te obszary powrócą do użytku, na razie jednak są bolesnym wspomnieniem ludzkiego totalitaryzmu: karłowate lub przerośnięte rośliny wołające o śmierć.

Nie jest to też elektronika, która już dawno przestała działać i gdzie możemy się tylko domyślać do czego służyły przewody i mikroskopijne płytki lub szklane tafle, małe puzderka pełne kabelków i kolorowych bączków. Nie potrafimy teraz odtworzyć tej technologii, zabrakło energii do jej uruchomienia. Czasem coś się poruszy, ku przerażeniu dzieci, ale kiedy centralne machiny zamarły po śmierci ostatnich ludzi, którzy potrafili je obsługiwać, nie mogliśmy już odzyskać ich wiedzy, bo została ona przecież zapisana w teraz martwych maszynach, a ze zwłok nie możemy nic wywnioskować. Możemy wędrować całe dnie po wielkich wysypiskach, pełnych tubek, rurek i plastiku. Tam też wiatr nanosi pył, tam chowamy naszych zmarłych, by woda, tłuszcz i mięso nakarmiły ziemię. I widać jak między śmieciami kiełkuje nowe życie, oplatając korzeniami obudowy i martwe tranzystory, gotowe je miażdżyć i kruszyć aż przestaną zawadzać. Zwyczajowy ostatni posiłek to nie bez powodu święty chleb z nasion.

Te łupiny przypominają ludzkie postacie. Wyglądają jak my i poruszają się jak my, sunąc powoli przed siebie, jakby poszukiwały czegoś za horyzontem. Nie są to roboty, bo nawet my wiemy, że roboty miały cel. Nie musiały szukać swojego przeznaczenia. Tworzono je z myślą o czymś, miały zastosowanie i powód do istnienia.

Podejrzewamy, że wiele z nich zawędrowało pod powierzchnię morza, bo kiedy ląd się kończy pod stopami, pozostaje tylko powolne zejście w głębiny. Czasem tylko patrzą na nas srebrzystymi oczami, jakby chciały coś powiedzieć, ale uznawały to za nie warte wysiłku, tak jak zamiast obejść drzewo czekają, aż padnie przed nimi na kolana.

Kiedyś podobno opowiadały o transgresji ciała, o plastynacji, metalizacji, o wypełnianiu komórek nie wodą, a metalem, co dało im te niezniszczalne ciała. Kiedyś broniły swojej boskości, pokazując, jak oderwana ręka przez magię tarcia przyrasta z powrotem na swoje miejsce, jak samoregenerujące się są ich ciała. Rzeczywiście takie były.

Tylko okazało się, że męczyło się nie ciało, a dusza i to ona od środka wycierała i zużywała komórki żywego organizmu, przecierając się przez tkanki jak przez gruby kokon. I kiedy już nie mogła się przetrzeć przez samoregenerujące się ciało, zaczynała zapadać się w sobie, więdnąć, zasypiać i hibernować, pozostawiając ciało nie poddające się tarciu i rozkładowi.

Z czasem ośmieliliśmy się na tyle, że oderwawszy jednemu z nich dłoń, wcieraliśmy ją w ciało innego, gdzie posłusznie przyrastała, choć nie mogła niczego złapać. Czasem dzieci bawią się w składanie człowieka na nowo, szukanie nowych rozwiązań dla ewolucji. Urywają ręce i nogi, lamią je w stawach i sklejają tyłem naprzód, na nie swoich miejscach, tworzą jedną dług kończynę z mnóstwem zgięć. Oni idą dalej, bardziej podskakują, czołgają się i turlają, bo postępu nie da się zatrzymać. I tylko kiedy łamiemy ten metal, słychać przeciągły jęk pękających struktur kryształu.