Precyzja marzeń

Ocena: 
10
Average: 10 (3 votes)

Chyba każdy jako dziecko w mniejszym lub większym stopniu wierzył w slogan: „Jeśli naprawdę mocno czegoś pragniesz, to w końcu się spełni”. Ja wierzyłem. Mając może z pięć lat wyobrażałem sobie, że koło mojego łóżka Smerfy założyły wioskę i że jesteśmy najlepszymi przyjaciółmi.

Potem, gdy niebieskie ludziki o jednoznacznych osobowościach przestały stanowić moją obsesję, zacząłem marzyć o byciu herosem. No, wiecie – mam na myśli posiadanie supermocy, które trzeba ukrywać przed światem. Moja siła woli z tamtych czasów mogłaby przesunąć szklankę z kompotem na stole wigilijnym i strącić ją na spodnie wujka siedzącego naprzeciw.

Ale tego nie zrobiła.

Ogorzała, wąsata twarz wciąż trzęsła się ze śmiechu i wyrzucała z siebie niesmaczne żarty, które żenowały nawet mnie – dziesięciolatka.

– Synku, czemu masz taką minę? – Z zamyślenia wyrwał mnie zmartwiony głos matki. – Nie musisz jeść ryby, jeśli nie chcesz.

– Pewnie myśli o jakiejś dziewczynie, he, he. Co, młody? Wpadła ci już jakaś w oko?

Czerwony z wysiłku, nadal nie umiałem spowodować, by jakikolwiek przedmiot przyczynił się do przerwania tego rechotu.

Trochę starszy i nastrojony przez matkę (chwilowo) bardzo religijnie, na klęczkach wznosiłem modły:

– Panie Boże, wiem, że nie jesteś maszyną do spełniania życzeń, ale proszę, bardzo cię proszę, daj mi jakąś supermoc. Naprawdę obiecuję, że nie będę się nikomu chwalić… No, w każdym razie się postaram. To nie musi być nic dużego. Chociaż zwyczajne czytanie w myślach…

Kiedy dorosłem, dla własnego dobra ograniczyłem marzycielstwo. Ani Bóg, ani kosmici, ani nawet wodne chochliki z fontanny, gdzie wrzucałem drobne, nie chciały mi pomóc. Dlatego spróbowałem stać się obrzydliwie normalny. Sam siebie przekonałem, że marzenia to bzdury. Kiedy jakieś przychodziło mi do głowy, odganiałem je jak natrętną muchę. A sio! Nie jestem przecież marzycielem.

I nie powiem, jakiś czas mi się udawało.

Tego pamiętnego dnia autobus, którym jechałem do pracy, wlókł się w porannych korkach niczym ociężała gąsienica. Zapewne nic by się nie wydarzyło, gdyby nie błahostka.

Z tylnego siedzenia popatrzył na mnie łysy koleś w znoszonym dresie. Jego cwaniaczkowate spojrzenie przykuło mój wzrok, rzucając niewypowiedziane obelgi ze skutkiem tak samo dobrym, jakby cisnął we mnie cegłówką.

Kto wie, o co mu chodziło? Może mój wygląd (byłem pod krawatem i z aktówką), a może nieobecny wyraz twarzy w jakiś sposób go rozdrażniły. Albo po prostu coś go strasznie bolało, a ja siedziałem akurat naprzeciw, w jego polu rażenia. Tak czy owak niezaprzeczalnie stałem się jego wrogiem i nie miałem pojęcia, czy skończy się tylko na wymianie spojrzeń.

Właśnie wtedy wpadła mi do głowy głupia myśl. Podkradła się, przyczajona, czekając na chwilę mojej słabości, aż w końcu trafiła na przerwę w szpalerze.

Ciekawe, jakby to było, gdybym teraz, ni z tego, ni z owego, wyczarował w dłoni ogień? Ot tak, żeby nastraszyć tego łysola i cieszyć się jego zszokowaną miną. Przed oczyma miałem scenę z filmu X-Men, gdzie pewien chłopaczek wyczarowuje nowej koleżance lodową różę. W tym momencie widziałem siebie, otwierającego zaciśniętą pięść, w której trzymam płomień. Patrzącego na cwaniaka z naprzeciwka ze stalową, prawie obojętną miną.

I wówczas poczułem ból. Piekący ból, jak gdyby ktoś kazał mi ścisnąć wyjęty z ognia pogrzebacz.

Wrzasnąłem, nie mogąc powstrzymać tego okrzyku, w którym owszem, brzmiał ból, ale zdecydowanie głośniej – zaskoczenie. Łysol też był zaskoczony, niech to szlag, przynajmniej to jedno mi się udało.

Moja ręka się paliła! Nie tak, jak sobie to wyobrażałem – w sumie moje wyobrażenia jakoś nie brały pod uwagę odporności na płomienie. Po prostu chciałem trzymać ogień i właśnie to robiłem. Pomachałem ręką, ledwo rejestrując zdziwienie i strach stopniowo wybuchające wśród pasażerów.

Ludzie, pomocy! Ja się palę!

Wtedy ktoś złapał mnie za nadgarstek z siłą imadła i wylał na płonącą rękę puszkę napoju energetycznego. Rękaw koszuli, który zaczynał się tlić, został zgaszony kolejnym, znacznie już skromniejszym chluśnięciem – zapewne resztką z dna.

Odetchnąłem i wolną dłonią otarłem z policzka łzy, które pojawiły się nie wiadomo kiedy. Podniosłem wzrok.

– Nie ma za co.

Łysol puścił mnie i wrócił na swoje miejsce z tyłu.