Błękitna krew

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Koniec świata jako pierwsi ogłosili złomiarze, ale nikt nie zwrócił na to uwagi. Nie mówili zresztą na ten temat zbyt głośno – w rozmowach między sobą wspominali tylko mimochodem, jak ciężko zdobyć teraz „rudą”. Dawno zdjęto ją z dachów kościołów, złudzenie zielonej patyny zostało zachowane tylko dzięki farbie, którą malowano stalowe dachówki. Zniknęła z targów staroci i z grubych, starych kabli, a w tych nowych urządzeniach i przewodach była zbyt drobna i cienka, by opłacało się wydłubywać ją z pojedynczych sztuk, poza tym wielkie firmy pod płaszczykiem recyklingu pieczołowicie zbierały niedziałającą elektronikę i same odzyskiwały, co tylko mogły.

Miedzi na ziemi, na powierzchni, już prawie nie było.

Sięgano coraz głębiej, kopano kilometry tuneli, ale już nie żyły, już ledwo naczynia włosowate rudy pozostały dla niezaspokojonej ludzkości. Kiedy nastała epoka żelaza, miedź odeszła w cień, ale nie w zapomnienie. Żelazo rdzewiało w czerwień miedzi, oddając jej hołd, tak jak miedź śniedziała w manganową zieleń chlorofilu.

Wtedy z zakamarków, na światło dnia wyszli szaleńcy, stanęli na rogatkach, w zaułkach i przed sklepami sprzedającym spod lady, na lewo, tam gdzie prawo nie sięga, i zaczęli opowiadać. Ich głos narastał, obrastał w siłę jak w kolejne warstwy tkanki i w końcu trafił na główne ulice i przed sklepy sprzedające głównie prawo, choć w obecnym kryzysie właściwie wszyscy kręcili na lewo.

Szaleńcy opowiadali o starych bogach i krwi. Nie jest prawdą, wołali, że chrześcijaństwo zerwało z  krwawymi ofiarami, skoro co dzień święty, wszyscy zbierali się i pili krew Chrystusa. To była tylko przykrywka, okiełznana żądza, udomowiony kanibalizm. Jedyny błąd polegał na piciu czerwonej krwi, krwi która już przynależała do pana stworzenia, której nie trzeba było udomawiać, krwi, której barwa pochodziła z atomów żelaza. Żelaza mieli dość, byli przecież pokoleniem żelaza i w ten sposób składali hołd tylko sobie samym. Przypominali o dawnych morskich bogach,  nieokiełznanych, broczących lazurową krwią, uszlachetnioną związkami miedzi, w jedynym nieskolonizowanym przestworze planety. O Posejdonie, Susanoo, bogach śpiących w głębinach, których przypomnieć mogli sobie tylko szaleńcy i pisarze.

Wołali o ofiarę z błękitnej krwi, krwi homarów i langust, krwi pełnej miedzi, i lud posłusznie wyruszył na łowy, bo nawet jeżeli to nie pomoże powstrzymać katastrofy, to zabawa będzie przednia, a potem jeszcze najedzą się do syta. Wielkie kosze skorupiaków sprzedawane były po coraz wyższych cenach, aż w końcu bańka pękła i ci, którzy chcieli za pomocą życia z głębin wznieść się na wyżyny, srodze się zawiedli. Mówili tylko, że to specjalnie, że ich hekatomba będzie najbardziej spektakularna i każdy bóg to zauważy. Lub nie mówili, brocząc krwią z poderżniętego gardła, kiedy kosze przebierały swoją setką nóg i traciły się w tłumie.

Błękitna krew wsiąkła w ziemię, ale ziemia nie obrodziła metalem.

Podniosły się szepty, głosy i krzyki.

Wtedy inni mówcy, nie ci wystający na rogatkach, bo tych już dawno porwał tłum, ale ci, którzy szeptem, na ucho, w przelocie, tak, że pomysł wydaje się twój własny, opowiadali o innej,  bardziej błękitnej krwi, o transmutacji żelaza pod wpływem srebra; srebro to już było coś. Granica między miedzią a żelazem przechodziła przez srebro i może na tej granicy należało szukać zbawienia. Nie będzie to trudne, szeptali, bo ta krew już jest w połowie błękitna, już ma w sobie zarodki miedzi. Zaszeptany, cały świat zadbał o swoją arystokrację, przypomniał szlachetne tradycje jedzenia ze srebrnych półmisków; ci zaś, którzy tej krwi nie mieli, naprędce tworzyli drzewa genealogiczne dla tych, co nie chadzali po ulicach, nie słyszeli szeptów i nie wiedzieli, dlaczego nagle wszędzie czekały na nich srebrne talerze, sztućce i puchary. Kiedy błękit zabarwił ich skórę, zebrano ich jak dojrzałe jagody i na zaoranym polu, wzorem Jazona, zasiano ich krew jak smocze zęby.