Jedna długa noc

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Nazywam się Nikki-Sapphire-Audrey i gdy noc dobiegnie końca, umrę. Sama wybrałam dla siebie taki los i nie żałuję.

Obudziłam się krótko przed zachodem słońca, bo zawsze najlepiej pracowało mi się nocą. Byłam idealnie wypoczęta i przepełniał mnie spokój. Błogie zadowolenie. Niewymuszona sympatia do wszystkiego co żywe. Myśl o czekającym mnie zadaniu i o tym, co stanie się później, wypłynęła na wierzch świadomości powoli i łagodnie, żeby mnie nie wystraszyć i nie pozbawić entuzjazmu.

Spektakl za oknem – pomarańczowe słońce zniżające się do oceanu, a potem rozlewające się po jego powierzchni niczym roztopiony wosk – obejrzałam przy kubku aromatycznej kawy, a później zabrałam się do pracy.

Na swoją pracownię wybrałam przestronną, owalną salę będącą dwupiętrową biblioteką w stylu wiktoriańskim. Stoję pośrodku, a w otaczającym mnie półmroku dryfują projekcje gwiazd wokół naszego statku. Dane o nich zgromadziła rozległa na miliony kilometrów chmura sond, które wyprzedzają naszą Arkę o całe miesiące świetlne. Białe, błękitne i pomarańczowe punkciki płyną wolno przez bibliotekę. Czekają, aż ich dotknę, a wówczas na zawieszonych w powietrzu bocznych ekranach wyświetlą się ich parametry. Kierowana wyczuciem i intuicją, wybieram co bardziej obiecujące gwiazdy i oglądam ich spektrogramy. Szukam niebezpiecznych, metalicznych pasm oraz spadków jasności świadczących o tranzycie planet na ich tarczy. Dla mnie to jak obcowanie ze sztuką. Jak podziwianie poruszającego, surrealistycznego płótna. Ludzki umysł jest wspaniałym komputerem stworzonym do wyszukiwania wzorów i prawidłowości, a mój został specjalnie dostrojony pod tym właśnie kątem. Dostrzegam regularności nawet na powierzchni kawy i w fakturze oprawionych w skórę książek.

Czemu się na to zdecydowałam? Czemu jestem gotowa czuwać przez całą noc dla dobra Arki? Mój terapeuta twierdzi, że mam w sobie ogromne pokłady altruizmu. Możliwe, że ma rację. Przepełnia mnie duma na myśl, że to mnie przypadło tak fascynujące i ważne zadanie.

A czemu muszę umrzeć? Czemu gdy za iluzorycznym oknem rozjaśni się iluzoryczne niebo, położę się do iluzorycznego łóżka, by moja świadomość zgasła na zawsze? Ludzie się zmieniają. Cyfrowe życie przez stulecia sprawia, że prędzej czy później każdy ma problem z własną tożsamością i potrzebuje terapii, prawie każdy dodaje też lub porzuca człony imienia na znak, że wszystko płynie. Tak samo i ja stałabym się kimś innym, dalece mniej entuzjastycznym i wrażliwym, o intelekcie stępionym samotnością i pustką kosmosu. Poza tym… cóż, nawet mój altruizm ma swoje granice. Nie skazałabym się na dziesiątki czy setki tysięcy subiektywnych lat na posterunku. Dopadłby mnie obłęd o wiele gorszy od śmierci. Za to jedna noc… jedna noc wytężonej pracy, a potem zaśnięcie z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku – tak, na to mogę się zdobyć.

Czuwam, kiedy inni śpią. Jestem jedynym funkcjonującym umysłem w całym myślokrysztale Arki. I wciąż szukam…

O, ta gwiazda wygląda obiecująco. Stabilny pomarańczowy karzeł z ciągu głównego, okrążany przez dwie skaliste planety… Niestety, odpada w przedbiegach przez swoje paskudne sąsiedztwo. Zaledwie dwadzieścia lat świetlnych dzieli go od błękitnego nadolbrzyma na skraju eksplozji supernowej. Nie możemy osiedlić się pod takim mieczem Damoklesa. Szukam dalej…

Nie zniechęcam się. Szanse na znalezienie czegokolwiek są, nomen omen, astronomicznie małe, ale przecież nie mam dość czasu, by się zniechęcić. To tylko jedna noc. Nadal mam świeżo w pamięci przyjęcie pożegnalne. Wszyscy mi dziękowali i poklepywali mnie po ramionach, mówili, że we mnie wierzą, że mi ufają. Pamiętam, jakby to było wczoraj, i z mojego punktu widzenia to prawda. Zapadłam w sen, a wtedy sczytano i skopiowano mój stan umysłu. Pamiętam jeszcze niewyraźne synestetyczne marzenia senne z różnobarwnymi mozaikami o smaku limonek i brzmieniu tybetańskich mis – w ten sposób mój umysł zinterpretował modyfikację moich zdolności wykrywania wzorów. A potem obudziłam się tutaj, na krótko przed zachodem słońca, bo zawsze najlepiej pracowało mi się nocą.

Moje drugie ja żyło dalej jeszcze przez jakiś czas, po czym zapadło w hibernację wraz z milionem siedmiuset tysiącami innych cyfrowych umysłów. Wtedy przyszła pora zbudzić ze snu kopię. Aby oszczędzać energię, czuwam tylko ja i samotnie prowadzę swój lud przez pustkę kosmosu. Przez długą, rozgwieżdżoną noc posiekaną na miliony pojedynczych krótkich nocy, żeby ta długa stała się znośniejsza. Niebawem za oknem pokaże się łuna przedświtu i pójdę spać. Pójdę umrzeć. A potem… potem znów się obudzę, niczego nie pamiętając, idealnie wypoczęta, pełna spokoju i błogiego zadowolenia. Znów powiem, że nazywam się Nikki-Sapphire-Audrey i że gdy noc dobiegnie końca, umrę.

Sama wybrałam dla siebie taki los i nie żałuję.