Pogromcy strachów

Ocena: 
0
Brak głosów

Kaśka wróciła z urlopu, spędzanego w rodzinnych stronach, gdzieś na południu. Prawie w górach, ale nazwa miejscowości – Ślemieszyn – nic mi nie mówiła. Zamęczała całe biuro opowieściami o pechowym zakupie dalekiego krewnego: skuszony korzystną ceną frajer nadział się na dom, w którym coś straszy. Wyje, stuka i trzaska. Szklanki spadają, rozsypując się w drobny mak. Budzik dzwoni o trzeciej w nocy i na pewno pod podłogą leży trup.

– To gdzie ta chałupa? – spytałem, ukrywając lekkiego wkurwa, bo robiłem dla szefa raport na przedwczoraj.

Kaśka, prawie tratując mnie biustem, dopadła mojej klawiatury i wpisała w wyszukiwarkę adres. Niepełny, pozbawiony najważniejszej informacji. Satelitarny obraz ulicy pokazał dwa gęste rzędy domków jednorodzinnych.

– Nie zapamiętałam numeru – oznajmiła z rozbrajającym uśmiechem.

– Może ten? – Kliknąłem na chybił trafił w pierwszy punkt na mapie. Obracając nieznacznie zdjęcie, trafiłem na budynek z wywieszką „do sprzedania”. Nowoczesny, jasny, żadna tam rudera.

– Ten! – ucieszyła się. – Ale traf!

– Żaden traf – dobiegł gdzieś z tyłu głos Anki. – To dar, człowieku. Już od dawna obserwuję twoją aurę. Mało kto ma taką silną.

– Ależ skąd – mruknąłem, udając skromność.

Nie pierwszy raz Anka, fanatyczka zdrowego żywienia, radiestezji, ezoteryki i nabożeństw oczyszczających robiła do mnie podchody. Umizgi firmowej czarownicy z początku tylko mnie bawiły, ale gdy Krzysiek z HR-u zdradził mi tajemnicę ich wspólnego pożycia zrozumiałem, że miała na tych mszach z czego się oczyszczać.

Tydzień później zaproponowała mi weekendowy wyjazd. Spodziewałem się orgii, po której demony nieczystości i nieumiarkowania trzeba będzie ze mnie egzorcyzmami wypędzać, a tymczasem… Szkoda gadać.

Oprócz mnie Anka do Ślemieszyna zaprosiła Babę Jagę i Indianę Jonesa. Emerytowaną nauczycielkę, rzekomo „czującą” czy też „widzącą”, i nie pierwszej młodości redaktora ezoterycznej gazetki, z niewiadomych przyczyn przebranego za rasowego globtrotera. Nosił nawet stosowny kapelusz, niemal przyklejony do ufarbowanej siwizny. Wszyscy do kupy mieliśmy rozwikłać tajemnicę nawiedzonego budynku. Do czego mogłem im się przydać ja z moją „silną aurą”, nie umieli przekonująco wyjaśnić.

A przynajmniej nie potrafili przekonać mnie. Do tej pory zachodzę w głowę, czemu nie wróciłem do siebie, choćby i autostopem.

Dom jak dom, pustawy, bo właściciele zdążyli już wywieźć prawie wszystkie graty, powitał nas chłodem. Mimo iż wrześniowe wieczory bywają zimne, samozwańczy pogromcy uznali to za oznakę działania sił nieczystych i przystąpili do pracy. Anka krążyła po budynku, tnąc powietrze ramionami jak wielkimi nożycami, globtroter porozstawiał kamery, a „czująca” zapadała w trans pieszcząc dłońmi co rusz to inną ścianę. Nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić, więc już miałem zaszyć się w kiblu i posurfować po necie, gdy Indiana Jones zarekwirował mi smartfon.

– To drażni byty astralne – wyjaśnił.

Zirytowany, odwarknąłem coś wulgarnego, wyciągnąłem śpiwór i poszedłem spać.

Około drugiej obudziły mnie jakieś jęki. Pierwszym, kogo zobaczyłem, była Baba Jaga, siedząca w pozycji lotosu. Zamelinowała się w kącie i raz po raz pociągała ze smakowicie wyglądającego szczeniaczka. Mimo ciemności rozpoznałem „Trzustkową Cierpką”.

– Jaki znowu dźwięk? – Otworzyła szeroko oczy, gdy spytałem o dziwne stękanie i nieco niechętnie poczęstowała mnie wódką. Jak mogła go nie słyszeć zrozumiałem, gdy zerknąłem na porzucony obok aparat słuchowy. Szybko też odgadłem naturę niosących się z piętra jęków, choć nie mogłem pojąć, czemu trwają tak długo.

Konsternację postanowiłem rozproszyć alkoholem. Baba Jaga okazała się dobrym kompanem – po drugim opróżnionym przez nas szczeniaczku zaczęła sypać sprośnymi żartami jak stary żul. Nawet głos jej się zmienił, a gdy posłała mnie do nocnego po więcej, uznałem, że musiał w nią wstąpić duch jakiegoś lokalnego moczymordy. Przed wyjściem zajrzałem na piętro: w blasku ustawionych w okręgu świec zobaczyłem, wygięty niczym grzbiet xenomorpha, kręgosłup globtrotera dyszącego nad Anką w dziwnej, ekwilibrystycznej pozycji. Na szczycie schodów któryś z pogromców zostawił budzik. Cóż za paranormalne niemoty, pomyślałem, jak ma zadzwonić o trzeciej, skoro jest nastawiony na szóstą? Z tą refleksją powędrowałem do nocnego.

Przez podszyte zawiścią pragnienie zalania robaka ominęło mnie najlepsze.

O trzeciej zaczął dzwonić budzik. Podobno wszystkie świece naraz zgasły, mister Jones wreszcie doszedł, Anka zaczęła lewitować nago w środku kręgu, demon ustami Baby Jagi wyjawił swoje imię wieszcząc rychły koniec świata, butelki po „Trzustkowej” rozprysły się jakby rozsadziło je coś od wewnątrz, popękały podwieszane sufity, a okoliczne psy zerwały się z łańcuchów i uciekły. Oczywiście energia astralna usmażyła wszystkie kamery, więc nagrania szlag trafił. Mimo to, przypadek ten opisano w „Świecie ezoterycznym” i nadano mu rangę najbardziej demonicznego polskiego nawiedzenia. Miałem z tego niezłą polewę.

Bo to przecież ja przestawiłem ten cholerny budzik.