Nieśmiertelny Iron Fist: Opowieść ostatniego Iron Fista – Ed Brubaker, Matt Fraction, David Aja

Moje kung-fu jest lepsze niż twoje!

Maciej Rybicki

„Nieśmiertelny Iron Fist” tercetu Ed Brubaker, Matt Fraction i David Aja cieszy się dość powszechną opinią jednej z najlepszych serii wydanych przez Marvela w tym stuleciu. Stąd też jej pojawienie się w zapowiedziach Muchy (i to w powiększonym formacie!) wywołało niemały entuzjazm. Jest on tym większy, że „Hawkeye” autorstwa dwóch z trzech twórców „Opowieści ostatniego Iron Fista” został przyjęty w Polsce bardzo ciepło (tak, wiem, że to seria sporo późniejsza). Zainteresowaniu niewątpliwie sprzyjała także obecność głównego bohatera w serialowych produkcjach Netflixa, nawet jeśli były one najwyżej średnio udane. Jak zatem wypada pierwszy tom perypetii Danny’ego Randa, Nieśmiertelnego Iron Fista, Obrońcy K’un–Lun?

Autorzy postanowili wykonać ukłon przede wszystkim w kierunku klasycznej konwencji kung-fu, dając dużo miejsca wyjątkowemu głównemu bohaterowi i kolejnym pojedynkom, z obowiązkowym miejscem na przeciwnika i hordy jego popleczników. Tym, co w pewnym sensie te konwencję wzbogaca, jest podkreślenie ponadczasowości Iron Fista. Danny to kolejny w długiej linii obrońców mistycznego miasta, aktor mający odegrać rolę w konflikcie, w którym przeszłość ma niebagatelne znaczenie. Już osadzone w historii i nieco mistyczne otwarcie tego albumu buduje odpowiedni klimat. Zanim jednak dojdzie do wielkich, epickich starć (bo, zgodnie z konwencją, dojść do nich musi), główny bohater zmierzy się także z nieco innymi problemami – próbą przejęcia jego spółki przez Hydrę, a także powrotem poprzedniego Iron Fista. W efekcie powstaje całkiem niezła, wielowarstwowa historia czerpiąca oczywiście z konwencji, ale także poza nią wykraczająca.

Na plus należy zapisać również fakt, że Brubaker i Fraction podchodzą do tematu z lekkim przymrużeniem oka. Widać to w tekście: dialogach, wewnętrznych monologach czy komentarzach w ramkach. Nieco mniej oczywiste są w mojej ocenie postacie. Bohaterowie drugiego planu wypadają świetnie: Luke Cage, Hogarth, nawet przerysowany Davos – główny zły tego komiksu. Udaną, niejednoznaczną kreacją jest także Orson Randall – jego niejasna przeszłość, wyrazista postawa, a także nietypowy jak na Iron Fista styl walki powodują, że  zapada on w pamięć. Nieco większy problem mam jednak z Dannym . Ma wszelkie predyspozycje do bycia bohaterem pełną gębą: historię, zasoby, świetny koncept postaci… a jednak brakuje mi w nim czegoś, może odrobiny mocniej zarysowanego konturu, czegoś, co po skończeniu lektury pozwoliłoby w dwóch-trzech zdaniach odpowiedzieć na pytanie: „Jaki był ten bohater?”. Jeśli chodzi o jego cele czy motywacje, także mam wrażenie, że można było nadać mu nieco więcej wyrazu… ale może po prostu się czepiam.

Dobre wrażenie robi także strona graficzna. David Aja wypracował dość oszczędny styl, ale nie można mu odmówić dwóch rzeczy, które robi po prostu fenomenalnie. Po pierwsze, ma ogromny talent do zapadających w pamięć okładek. Wszystkie albumy zasadniczej serii zawarte w tym tomie ozdobione są pracami wybijającymi się na tle branży. Klimatyczne, nieco „artystyczne”, ciekawe graficznie, ale jednocześnie pasujące do serii. Swój talent w tej dziedzinie Hiszpan udowodnił zresztą przy okazji pracy nad „Hawkeyem”, za którego otrzymał w 2013 dwie Nagrody Eisnera – w tym jedną właśnie za okładki. Drugą, chyba nawet istotniejszą w kontekście „Iron Fista” kwestią, jest umiejętność tworzenia absolutnie znakomitych scen walki. Jak się nietrudno domyślić, dla komiksu w stylistyce kung-fu jest to kluczowe. Aja świetnie pokazuje ruch, tak dynamicznie, pomiędzy kadrami, jak i statycznie, na pojedynczym rysunku. Nie brakuje więc charakterystycznych póz znanych z kina walki. Co więcej, znakomicie wykorzystuje małe triki, by sposób zwrócić uwagę na poszczególne ciosy czy inne elementy oprawy graficznej. A to nietypowa onomatopeja, a to wstawienie kółka o zmiennym tle itd. Wypada to tak znakomicie, że można przymknąć oko na pojawiające  się sporadycznie, nieco pokraczne kadry. No cóż, zdarza się nawet najlepszym.

„Opowieść ostatniego Iron Fista” pozwala oczekiwać od serii całkiem sporo. Jest rozrywkowo, a choć sporo tu akcji, panom Brubakerowi i Fractionowi udało się też stworzyć kilka obiecujących wątków fabularnych. Za smaczek robi swoiste urozmaicenie konwencji kung-fu – ot, choćby poprzez wprowadzenie Iron Fista posługującego się głównie bronią palną. Nie ma jednak wątpliwości, że osadzenie w konwencji i czerpanie z niej pełnymi garściami stanowi sedno tego komiksu. I tak jak jest jego ogromną zaletą, tak staje się też główną bolączką. Skutkuje bowiem ogrywaniem przez scenarzystów typowych patentów i ograniczonymi możliwościami wyjścia poza konwencję. Choć przyznam, że chciałbym się w tej kwestii mylić. By się o tym przekonać, trzeba jednak będzie poczekać do kolejnej odsłony „Nieśmiertelnego Iron Fista”

Tytuł: Opowieść ostatniego Iron Fista
Seria: Nieśmiertelny Iron Fist
Tom: 1
Scenariusz: Ed Brubaker, Matt Fraction
Rysunki: David Aja
Tłumaczenie: Marek Starosta
Tytuł oryginału: Immortal Iron Fist #1-6, Civil War: Choosing Sides #1
Wydawnictwo: Mucha Comics
Wydawca oryginału: Marvel
Data wydania: wrzesień 2017
Liczba stron: 160
Oprawa: twarda
Papier: kredowy
Wydanie: I
ISBN: 978-83-61319-96-2