Rachunek sumienia

Ocena: 
0
Brak głosów

Nienawidziłam swojego męża. Tak po prostu.

Miałam niemal wszystko: najmodniejsze sukienki, najdroższe wczasy, idealnie wysprzątany dom. I sto centymetrów w pasie. Moja ostatnia zachcianka, dziecko, również została spełniona. To było modne w małżeństwach po trzydziestce.

Miałam niemal wszystko, poza jednym – szczerym uśmiechem ze strony męża, gdy witał mnie po powrocie z pracy. Wszyscy jego znajomi witali swoje żony ze sztucznym półuśmieszkiem, więc on nie chciał się wyróżniać. Zakładał fałszywą maskę radości po wejściu do domu. Tak naprawdę ani trochę nie cieszył się na mój widok. I wszyscy jego znajomi mieli panienki na boku. On zaprzeczał ale, prawdę powiedziawszy, nic mnie to nie obchodziło. Spodziewałam się dziecka, istoty, która będzie mnie kochała tak naprawdę. Tylko to się już liczyło.

*

–  Chyba się zaczęło! – krzyczałam w środku nocy. – Obudź się! – Szturchałam męża w ramię.

–  Daj mi spokój – odpowiedział.

– Ale ja rodzę! – nie dawałam za wygraną.

– Miałem ciężki dzień w pracy. Odwal się – odburknął i obrócił się na drugi bok. – Zadzwoń po Artura – dodał sennym głosem.

Artur był moim osobistym szoferem. Był na każde zawołanie, zawsze z nieudawaną sympatią pomagał w wyborze kolejnego dziecięcego ubranka.

Cóż było robić. Uczestniczył aktywnie w całej mojej ciąży, to i poród może zaliczyć. Sięgnęłam po telefon i zadzwoniłam.

– Halo, Artur. Tu Melisa. Odeszły mi wody płodowe. Przyjedź.

– Zaraz będę, skarbie.

„Skarbie” – tylko on tak mnie nazywał. Zbyt dobrze znał Daniela, więc starał się nadrabiać za swego szefa słówkami.

*

Poród nie należał do najłatwiejszych. Jednakże, jak przystało na najlepszy szpital w promieniu pięćdziesięciu kilometrów, lekarze i położne robili wszystko, by mi go uprzyjemnić. Po kilku godzinach pojawiło się na świecie moje upragnione maleństwo. Rano Daniel przyjechał pogratulować mi urodzenia zdrowego dziecka, a raczej powinszować sobie, bo to przecież jego geny spłodziły to zdrowe i piękne maleństwo, ja je tylko wydałam na świat. Po kilku minutach zachwytu pojechał do biura.

Telefony z wyrazami uznania raczej też mi się nie urywały. Zadzwoniła tylko matka z drugiego końca świata, bardziej pochwalić się swoim udanym urlopem niż zapytać o wnuczkę, oraz przyjaciółka Daniela, która we wszystko wtyka nos, z zapytaniem o obwód mojego brzucha przed i po porodzie. Potem dzwoniła wyłącznie komórka męża. To jemu gratulowali.

*

– No co się tak gramolisz? – niecierpliwił się, gdy ostrożnie schodziłam po schodach.

– Boli – odpowiedziałam cichym głosem.

– Pospiesz się, już na nas czekają z przyjęciem powitalnym – ponaglał z drugiego końca schodów.

No tak, przyjęcie. Wszyscy je wyprawiają, więc i my musimy. Jęknęłam na samą myśl o nim. Wówczas podeszła do mnie pielęgniarka i pomogła mi zejść. Daniel się skrzywił, według niego robiłam tylko przedstawienie, jak zawsze, by znaleźć się w centrum uwagi. A mnie naprawdę wszystko bolało.

Wsiadając do auta podał mi rękę – w pobliżu stał jego dobry kolega więc nie wypadało, by tego nie zrobił. Wtedy też przyjrzał się naszej pierworodnej dłuższą chwilę. Widział ją po raz drugi, w szpitalu nas już później nie odwiedzał. Wiedziałam, że jej nie kocha – nie była przecież chłopcem. Wszystkim jego prestiżowym znajomym najpierw rodzili się synowie, a tu taki niewypał.

*

Droga powrotna do domu niezmiernie mi się dłużyła. Oczywiście trwała w milczeniu. Artur przy swoim szefie zawsze milczał. Gdy dojeżdżaliśmy do naszej posesji, mąż poinstruował mnie tylko:

– Pamiętaj, masz się cały czas uśmiechać. Gdy podniosę prawy kciuk masz mnie pocałować.

Przytaknęłam. Tak było na każdym przyjęciu, na jakim się pojawialiśmy.

Dla ciebie, kochana, zrobię wszystko – myślałam, patrząc na moją dziecinę. Przyglądałam się tym małym rączkom i słodkiej buźce i snułam plany o wspaniałym życiu tylko z nią. Uciekniemy na drugi koniec świata, gdzie będziemy szczęśliwe, gdzie dam jej to, co najważniejsze – mnóstwo miłości. Bo uciec musiałam: Daniel nie zgadzał się na rozwód – tak się nie robi w jego kręgach. Groził mi i znał się dobrze z najlepszymi prawnikami w mieście. Nie było innego wyjścia.

Z zamyślenia wyrwał mnie silny wstrząs.

Wszystko działo się tak szybko. Uderzyło nas w tył auta. Obróciło o sto osiemdziesiąt stopni. Wyrzuciło z trasy. Ostatnie, co pamiętam, to ogromne drzewo po stronie, gdzie znajdowała się nasza córka i oślepiający błysk reflektorów pochodzących z samochodu, który w nas grzmotnął.

*

Obudziłam się w szpitalu. Obok mnie leżała moja maleńka. Cała i zdrowa.

– Bogu dzięki żyje! – wykrzyknęłam uradowana.

Wtedy też dostrzegłam z drugiej strony mocno poturbowanego Artura.

– Daniel osłonił ją swoim ciałem. Nie przeżył – powiedział sucho i bez ogródek.

Jak to? – spytałam w duchu.

– On…? – Chciałam coś powiedzieć, ale łzy to uniemożliwiły.

  Jednak miał uczucia? Był człowiekiem, potrafił się poświęcić? – A ja tak źle o nim myślałam…

– Był dla mnie nikim, a oddał życie za moją „zachciankę” – szepnęłam cicho, bardziej do siebie niż do Artura.

Poprosiłam, by podano mi dziecko na ręce.

– Będziesz miała na imię Daniela – oznajmiłam i mocno ją przytuliłam.