Niedojrzałość

Ocena: 
0
Brak głosów

W młodości uwielbiałam karuzelę. Diabelski młyn, młot, kolejka górska. Czując, jak pędzę ku ziemi głową w dół, traciłam kontakt z rzeczywistością. Swobodne spadanie. Lot ku nieuchronnemu. Leć, dziewczyno, leć. Szybuj wysoko, ku niebu.

***

Urwała się z ostatniego wykładu. Dziś był jej dyżur. Nie znosiła wtorków. Młodzi powinni się bawić, na obowiązki przyjdzie czas.

– Marta! – To była Elka. Stała po przeciwnej stronie ulicy i machała do niej. – A ty gdzie?

– Mam coś do załatwienia – mruknęła w odpowiedzi. Przecież nie powie jej, gdzie naprawdę idzie! Dopiero by miała ubaw. – Spieszę się.

– Widzę właśnie – ryknęła Elka. – Ciągniesz nogę za nogą, jakbyś lazła na egzamin z Kubińskim.

– A ty? Dokąd się wybierasz? – zmieniła temat Marta.

– Ja? Dziś ostatni dzień promocji na ciuchy w Reserved.

– Kurczę…

– Nooo, mówię ci, chodź ze mną!

Marta zerknęła na zegarek. Jeśli się pospieszą, w południe wyjdą z galerii. Najwyżej daruje sobie wizytę w spożywczaku. Ostatnio zrobiła zakupy, więc w lodówce powinno coś jeszcze być.

– Dobra, mam czas do dwunastej.

***

Zegar na nocnym stoliku cyka donośnie, dzieląc czas na sekundy. Przekręcam głowę na poduszce, ale cyfry i wskazówki są zbyt niewyraźne, by dostrzec cokolwiek. Na parkiecie tańczy zabłąkany promyk światła, który przedostał się przez szczelinę między zasłonami. W ustach sucho, skronie pulsują. Nikotynowy głód bierze w końcu górę. Po omacku szukam okularów. Nadgryziona kanapka, kubek, pilot… stuk! Cholera, spadły! Zatrzymuję rękę na pilocie i włączam telewizor. Może powiedzą, która godzina. Słyszę Edith Piaf. Na ekranie dostrzegam rozmazane plamy. Odprężam się na chwilę. Stare przeboje zawsze wprawiają mnie w dobry nastrój. Kładę głowę na poduszce, a na suficie kołyszą się smutne twarze zwiedzionych kochanek. Melodia płynie leniwie, a potem przyspiesza i wiruje wokół żyrandola niczym wypuszczona z uszminkowanych ust chmurka tytoniowego dymu. A potem opada i zaszywa się pomiędzy zakurzonymi sprzętami. Poranne wiadomości. „Dwudziesty stycznia dwa tysiące trzydziestego pierwszego roku. Aleksander Kraśko. Witamy.” Podnoszę się. Okulary, okularami, ale ja muszę zapalić.

***

– Do jutra – zawołała Marta, machając do zebranego przy stoliku towarzystwa.

Po wyjściu na ulicę usłyszała uderzenie kościelnego dzwonu. „Pierwsza”. Dopiero teraz poczuła głód. Po zakupach wypiły kawę ze spotkanymi Markiem i Patrycją, a czas sam minął.

Przyspieszyła kroku, czując narastające wyrzuty sumienia. „Jeśli stanie się coś złego, to będzie moja wina”, dręczyła się w myślach.

***

Musiałam uciąć sobie drzemkę. Pani pachnie jak tuberozy. Co tak śmierdzi? Na podłodze leżą przedmioty wyrzucone z otwartych szuflad. Skąd ten bałagan? Ach, tak. Szukałam papierosów. Może są w kuchni? Gramolę się z posłania i wsuwam stopy w filcowe kapcie. Nogi są ciężkie, jak z ołowiu. Czyżbym wczoraj się zasiedziała? Rozsuwam kotary i mocuję się z klamką. Nareszcie. Chłodne powietrze wpada do środka wraz z warkotem przejeżdżających w dole samochodów.

Wciąż nieprzytomna, drepczę w kierunku łazienki. Zapalam światło i przyglądam się dziewczynie w lustrze. Szczupła twarz, wyraziste, choć nieco zaspane oczy, ciemne, długie włosy w nieładzie. Ciekawe, że nie potrzebuję okularów, by zobaczyć każdy szczegół. A może znam już swoją twarz na pamięć? Lubię na siebie patrzeć. Jacek zawsze powtarzał, że uroda to mój największy, aczkolwiek nie jedyny atut. Jacek… zaraz, gdzie on się podziewa? Raptem zdaję sobie sprawę, że od naszego ostatniego spotkania musiało minąć sporo czasu.

Zbliżam się do lustra. Co pokaże srebrne lusterko? Można by pomyśleć, że mam dziesięć lat więcej. Mrużę oczy i skupiam wzrok na odbiciu. W kącikach oczu pojawiły się zmarszczki, a twarz jest okrąglejsza. Dotykam policzka i czuję, że jest chłodny i chropowaty. Przymykam na chwilę powieki.  Podkrążone po balu oczy i zmysłowość pachnącej twarzy. A może to kac?

Tak, zaczynam sobie coś przypominać. Otwieram oczy i widzę siebie taką, jaka jestem naprawdę. Twarz skurczyła się, a nad czołem pojawił się kosmyk siwych, rzadkich włosów. Przez napiętą, wysuszoną skórę przebija fioletowa siateczka naczynek, a kąciki ust opadają ku dołowi. Jestem starą kobietą! Alicja Komornicka, lat... siedemdziesiąt… siedemdziesiąt jeden… Jak mogłam zapomnieć?

Wciąż wpatrując się w lustro, czuję, jak po nogach spływa ciepła struga moczu. Walcząc ze słabością, opieram się o zlew. Naraz słyszę przekręcany w zamku klucz.

***

– Babciu, co narobiłaś?! – krzyknęła Marta, widząc panujący w mieszkaniu chaos. – Cholera jasna – zaklęła pod nosem i jeszcze raz rzuciła okiem na pokój, by ocenić ogrom zniszczeń. Wyrzucone z szuflad rupiecie, zabrudzone łóżko, rozbite okulary i przewrócony wazon. Wzięła głęboki oddech, policzyła do dziesięciu i wróciła do przedpokoju.

– Zła jesteś? – Babka wyglądała teraz bardziej przytomnie.

– Babciu, idź na tapczan, a ja tu posprzątam. Potem cię wykąpiemy. Ruszaj się! – Zniecierpliwiona, pociągnęła staruszkę za rękaw koszuli i poprowadziła w stronę pokoju. – Cholera, mówiłam mamie, żeby pomyślała o domu starców – wymamrotała jeszcze, wracając do łazienki, po czym z hukiem zatrzasnęła za sobą drzwi.

***

Śmieje się wesoło i przywołuje mnie gestem. Wychodzę na balkon, przyciskam twarz do chłodnej balustrady. Zerkam na pelargonie. Ktoś będzie je musiał przesadzić. Prostuję się. Patrzę mu w oczy. Jest dokładnie taki, jaki powinien być. Silny, męski, ze zniewalającym uśmiechem. Chce, żebym pląsała z nim przez wieczność. Ach zatańczę, jak sen dziewczynki. Zgadzam się bez wahania. Jaka jestem niedojrzała! Prawie nastolatka! Ochoczo podnoszę nogę. Potem pewnie powiedzą, że pomógł mi stojący w kącie stołeczek. Ale ja wiem swoje. Lekko wspinam się na balustradę balkonu. I sen zwiewny panią omroczy, i o wczoraj pani zamarzy. Leć, dziewczyno, leć. Szybuj wysoko, ku niebu. Do zobaczenia, Marto.