Bezkofeinowa

Ocena: 
0
Brak głosów

Prawą, głuptasie, prawą! Klepnęłam się w czoło i westchnęłam zirytowana. Znów pomyliłam stopy i wstałam lewą nogą. No jak można się tak zakręcić, co? Facet na egzaminie na prawo jazdy nawet nie skomentował, jak kilka razy skręciłam nie w tę stronę, gdzie trzeba. Cud, że mnie nie oblał.

Lewa noga, ja pierdolę! I co teraz będzie z dnia? Kupa. Przecież tego uroku cofnąć się nie da. A do tego jeszcze poniedziałek. Pierwszy dzień w nowej pracy. Oj, Kaśka, Kaśka, toś się wpakowała w…

Zresztą nieważne.

Wyskoczyłam z łóżka i poczułam, że w żyłach brakuje mi tego czegoś. Kofeina – moja najlepsza przyjaciółka. Nastawiłam czajnik z wodą i poszłam do łazienki, żeby się ubrać. Wróciłam, nasypałam do kubka dwie łyżeczki nowej kawy i zalałam. Już sam aromat sprawiał, że mogłabym zapomnieć o całej tej aferze z lewą i prawą nogą. Upiłam łyk.

Dziwnie smakuje.

Wzruszyłam ramionami i poszłam z kubkiem do łazienki, żeby zrobić makijaż. Zajęło mi to tyle, ile trwa wypicie kawy, czyli jakieś… sic! Trzynaście minut! O zgrozo. To pewnie wszystko przez tę lewiznę. Mogłabym sobie uciąć lewą stopę, może wtedy bym się nie myliła, hm? No, ale kto wtedy nosiłby szpilki? Bo chyba nie ja?

Dopiłam kawę i odłożyłam kubek na stół w kuchni.

Włoski na ramionach i głowie stanęły mi dęba, kiedy mój wzrok padł na puszkę. Wczoraj, kiedy wrzucałam ją do koszyka na zakupy, w ogóle nie zwróciłam na to uwagi. Śpieszyłam się jak jasna cholera.

Jezu!

Kawa miała na opakowaniu jak byk napisane: „Bezkofeinowa”.

No nic, czas się pozbierać. Nowa praca niby nie zając, ale chuj ich tam wie. Pewnie nie lubią spóźnialskich.

Wyszłam, trzaskając drzwiami. Nastrój gwałtownie mi się pogorszył, bo przecież we krwi brakowało najważniejszego składnika: kofeiny.

Przedarłam się jednak jakoś przez pół miasta i stanęłam przed drzwiami redakcji, w której miałam pracować. Odetchnęłam kilka razy. Oni na pewno będą mieli kawę. Dobrą, gęstą jak smoła, czarną i pełną odżywczej, życiodajnej kofeiny.

Weszłam.

Od progu uderzył mnie w nozdrza aromat napoju bogów, tak piękny, że łzy prawie stanęły mi w oczach.

Spojrzałam na moją lewą nogę. Ha, dziwko, nie zepsujesz mi dnia!, pomyślałam z satysfakcją.

– Dzień dobry, Katarzyno. – W progu przywitała mnie nowa szefowa. – Wejdź, wejdź. Napijesz się kawy?

– Bardzo chętnie – rzuciłam. Musiałam mocno się opanować, żeby nie zacząć piać z radości.

– Chodź za mną do kuchni. Powoli wprowadzę cię w tematy… – Szefowa mówiła coś jeszcze, ale nie słuchałam, wpatrując się jak zaczarowana w jej dłonie.

Najpierw nastawiła wodę i znalazła duży kubek: biały z Mikołajem. Co prawda był środek lata, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Później sięgnęła do szafki po kawę. Zadrżałam z oczekiwania. Miałam nadzieję, że piją tu jakąś mocną, dobrą gatunkowo. Ciało napięło mi się w oczekiwaniu, czajnik oznajmił brzęczykiem, że woda gotowa.

Szefowa uśmiechała się i coś mówiła, a może pytała, ale nie byłam w stanie zrobić ruchu. W dłoni trzymała taką samą puszkę kawy, jaką miałam w domu. Czerwony napis „Bezkofeinowa” wydawał się być niczym neon w jasnej przestrzeni kuchni.

Wygrałaś, franco!, spojrzałam na lewą nogę z uznaniem.