Nie oglądaj się

Ocena: 
0
Brak głosów
Idzie za mną. Czuję jej zapach. Uderza mi do głowy, pozbawia zmysłów. Czy to rzeczywiście aromat fiołków, czy może tylko ułuda? Nie wiem. W tej chwili to nieważne. Ważna jest ona. Tam, dwa kroki za mną. Taka bliska i taka daleka. Łagodna słodycz opętania. Tylko jedno spojrzenie. Tylko jedno. Żeby się upewnić, że w kącikach bursztynowych oczu wciąż czai się śmiech, a włosy rozsypują na ramionach jak mroczne skrzydła.
Obejrzę się. Muszę.
Muszę się upewnić…

*
Las szemrał łagodnie. Wiatr tańczył wśród liści i, trącając gałęzie, wyśpiewywał echa utworu granego przez mężczyznę. Struny drżały pod miękką pieszczotą długich palców. Melodia płynęła, unosząc się ku niebu, wirując wraz z powiewem pomiędzy koronami drzew, by wreszcie zniknąć wśród pojedynczych obłoków.
Dziewczyna przyglądała się grającemu, schowana za potężnym konarem. Nie, nie ukrywała się. Usiadła wcześniej, by odpocząć, lecz teraz, zamiast wstać, zapatrzyła się w piękno okolicy. Potężne drzewa unosiły ramiona ku chmurom. Te zaś, z wdzięczności za niemą modlitwę, przesuwały się łagodnie, uwalniając słońce. Promienie zbiegały po listkach, roztańczone, szepczące niesłyszalne poematy. Tak właśnie musiało być. Tak to sobie wyobraziła. Oparła głowę o na wpół zmurszały pień. Powoli rozplatała długi warkocz, pozwalając włosom rozsypać się wśród zieleni mchów. Czarne loki wiły się jak żywe istoty. Słońce składało na nich leniwe pocałunki, rozświetlając czerń brylantowymi refleksami. Dziewczyna uśmiechnęła się łagodnie, zanurzając palce w trawie, opuszkami pieszcząc pojedyncze źdźbła. Większość perłowych kropli rosy umykało przed tym dotykiem i skapywało, by skonać wśród mchów. Były też takie, które rozpływały się pod kobiecymi dłońmi, zostawiając mokry ślad wodnej pieszczoty. Dziewczyna uniosła rękę i dotknęła ust, by samym tylko koniuszkiem języka posmakować leśnych łez.
I właśnie wtedy usłyszała magiczną melodię.
Lira śpiewała cicho. Jej dźwięki pieściły uszy, muskały skórę, a potem wsuwały się pod nią, by rozgrzewać krew i płynąć gęstniejącymi strumykami ku sercu.
Dziewczyna uniosła się lekko i, poprzez splątane korzenie, spojrzała na grajka. Był młody i piękny. Znała go. Znała jego czary. Biegła, by znów je poczuć. By znów usłyszeć… Odetchnęła głęboko, pozwalając płynąć muzyce, oddając się słodyczy dźwięków, delikatnej symetrii barw, kontrastom wysokich i niskich tonów. Utwór narastał, potężniał, a ona wciąż leżała, opuszczając ociężałe powieki, przygryzając wargę, wsparta o splątane korzenie konającego drzewa.
Naraz lira zamilkła. Cisza raniła. Wszystkie dźwięki zamarły. Nawet liście przestały szumieć. Dziewczyna westchnęła i zamrugała. Uwolniona z mocy muzyki już miała wstać, by przywitać się z grajkiem, gdy mężczyzna zaśpiewał. Słowa spłynęły z pięknie wykrojonych warg, łaskocząc powietrze, jakby właśnie dla jego pieszczoty zostały stworzone. Słodkie tony magicznych głosek splatały się i rozplatały, ku chwale piękna, dla uczczenia radości i wreszcie w łagodnej pochwale miłości. To drżały jękliwie, to znów nabrzmiewały mocą. A gdy już ściszyły się aż po szept… gdy już las cały wstrzymał oddech, młodzieniec ponownie sięgnął po lirę. Palce musnęły struny. Najpierw łagodnie, z nieśmiałością, by wreszcie uderzyć. Melodia szarpnęła drzewami, rozkołysała gałęzie, rozszumiała liście. Pieśń i muzyka rosły pospołu. Słowa uwodziły struny, lira uwodziła głos, to razem, to osobno.
Słuchaczka westchnęła ponownie. Źrenice drgnęły i wolno się rozszerzyły, niemal zakrywając bursztynowe tęczówki. Przyjemność niesiona słowami śpiewaka rozchyliła karminowe usta, rozpaliła policzki, przyspieszyła oddech. Dziewczyna wstała i kołysząc biodrami, ruszyła ku źródłu rozkoszy. Wiatr czesał czarne loki, a słońce odbijało się od ich lustrzanego blasku. Szła, uważnie stawiając kroki pomiędzy wystającymi korzeniami. Miękka poduszka mchu delikatnie pieściła podeszwy stóp, a cienkie gałązki rozdzierały materiał ubrania. Dziewczyna jednak nie zauważała ani miękkości leśnego poszycia, ani szkód w odzieniu. Szła zasłuchana w trele śpiewaka, zaczarowana dźwiękami liry.
Palce mężczyzny wciąż dotykały strun, gdy zobaczył idącą. Uśmiechnął się i nie przestając śpiewać, wyciągnął dłoń. Palce kochanków spotkały się. Pieśń zadrżała. Lira zamilkła. Dziewczyna łagodnie wyjęła ją z rąk grajka i z czułością złożyła instrument pośród traw.
A potem sięgnęła po usta pieśniarza…
Jęki, oddechy, gwałtowne bicia serc. Nowa muzyka w leśnej głuszy. Nowa pieśń.
Wiatr szeptał z zazdrości, podglądając zakochanych. Niechętnie trącił samotną lirę. Struna zawibrowała wspomnieniem melodii, przywołując siostry, by śpiewały wraz z nią. I oto powiew, drocząc się z instrumentem, niósł jego westchnienie ku koronom drzew. Wraz z nim zaś płynęły dźwięki rozkoszy. Gorące, wilgotne i słodkie.
Gdy wreszcie muzyka zamilkła, a kochankowie nasycili się sobą chwilowo, nastała cisza. Inna niż wtedy, gdy muzyk przestał grać. W tej ciszy śpiewały ptaki, trzaskały łamane daleko gałęzie, świerszcze popiskiwały cichutko. W tej ciszy było życie. Była radość. I oczekiwanie.
Dziewczyna wtuliła się w pierś kochanka, okrywając mężczyznę płaszczem czarnych włosów. A kiedy próbował sięgnąć po lirę, powstrzymała go delikatnie. Spojrzał pytająco w bursztynowe oczy, wciąż pociemniałe pożądaniem.
– Nie chcę magii – wyszeptała dziewczyna.
– A jak inaczej…?
– Po prostu powiedz.
Zawahał się. Musnął palcami gładką skórę kochanki. Odsunął jedwab loków z zarumienionej twarzy. Odetchnął odurzającym zapachem cudownego ciała. W radosnej ciszy sycił się chwilą, by wreszcie powiedzieć:
– Kocham cię.
*
Nie oglądaj się! Poczekaj!
Wytrwaj jeszcze kilka kroków. Potem sięgniesz po lirę. Potem wyśpiewasz zwodnicze poematy. Zanurzymy się w otchłani namiętności, utoniemy w bezkresie pożądania. Wytrwaj, ukochany, jeszcze kilka chwil. Pozwól mi nacieszyć się tymi kroplami oczekiwania. Nie ulegaj słabości. Nie oglądaj się! Tęsknię do gorącej słodyczy twojego dotyku. Tęsknię do wilgoci ust. Do miękkości skóry. Kochany, pragnę tańca słów. Bliskości i oddalenia. Jeszcze kilka kroków, miłości moja. Jeszcze kilka.
Nie oglądaj się, ukochany.
*
Moja miłości, serce moje. Eurydyko…