Różaniec – Rafał Kosik

Jak amen w pacierzu

Hubert Przybylski

Jakże łatwo jest o czymś zapomnieć. Czasami to wręcz normalnie zdrowo zbyt łatwo. Pal licho sytuacje, gdy zapominamy o jakichś pierdołach*, ale raz na jakiś czas zapominamy o czymś, o czym zapomnieć nie wolno. Mnie się ostatnio przydarzyło zapomnieć o tym, że Rafał Kosik pisze też książki dla dorosłych. Wiem, dziewięć lat odstępu między „Kameleonem” a „Różańcem”, w czasie których ukazało się kilkanaście pozycji dla dzieci i młodzieży, oraz moja wrodzona skleroza** bardzo mi w zagubieniu owej dość ważnej wiedzy pomogły i troszkę mnie usprawiedliwiają. Ale jak by nie było, w rezultacie wyszło na to, że przez trzysta z pięciuset stron omawianego dziś dla Was „Różańca” czułem spory dyskomfort. A co sądzę po lekturze całości?

Sądzę mianowicie, że najsampierw wypada przybliżyć Wam zarys fabuły. A więc***, w niedalekiej (by się zdawało) przyszłości istnieje sobie odizolowana od innych miast-enklaw Warszawa. Nadzoruje ją sztuczna inteligencja nazwana g.A.I.a., zajmująca się wszystkim, co decyduje o przetrwaniu mieszkańców miasta. Kontrolę nad samą ludnością sprawuje za pomocą Nadzoru, Prowokacji i Eliminacji, a o dalszym być albo nie być człowieka decyduje liczba Punktów Zagrożenia, jakie można dostać lub stracić za dosłownie każde podjęte, lub nie, działanie. W tych pełnych permanentnej inwigilacji okolicznościach przyrody główny bohater powieści, Harpad, musi lawirować pomiędzy dwiema organizacjami, o wątpliwej reputacji i skrajnie różnych celach, a samym systemem, aby uratować życie swojej córki i – jeśli się uda – również własne.

Pierwsza rzecz, którą można zauważyć w czasie lektury, to dość skąpe informacje na temat świata. Kosik bardzo   ostrożnie dozuje je czytelnikowi i jest to zabieg celowy, gdyż wiąże się bardzo mocno z fabułą i samą konstrukcją świata „Różańca”. Próba zbudowania go sobie w głowie przypomina układanie puzzli składających się z miliona części, do tego ktoś te puzzle nie dość, że skąpo wydziela, to jeszcze nie dostajemy ich wszystkich. Przyznam, że choć było to zamierzone i ze wszech miar fabularnie słuszne, to ździebko mnie denerwowało. I denerwuje nadal, nawet bardziej ździebko niż ździebko, bo stwarza niesamowity problem przy pisaniu tej recenzji. Czego bym nie chciał napisać, czego bym nie pragnął skomentować  , to zaraz przekraczam cienką czerwoną linię oddzielającą niewinną zajawkę od ordynarnego spoilera****. Ale spróbujmy jakoś z tego wybrnąć, ja, piszący te słowa, i Wy, je czytający. Wspomnę jeszcze tylko, że ktoś przyzwyczajony do fantastyki amerykańskiej, gdzie wszystko jest praktycznie zawsze wyłożone i rozrysowane, gdzie tak często na końcu książek znajdują się wyjaśnienia wymyślonych przez autora pojęć i koncepcji, gdzie wszystko jest jak kawa łopatą wyłożona na ławę, to z książką Kosika będzie miał spory problem. Choć w sumie istnieje wyjątek – był taki autor amerykański, niejaki Philip K. Dick, który potrafił równie oszczędnie opisywać świat. Więc jeśli ktoś prozę Dicka lubi, to odnajdzie się w „Różańcu”. Chyba.

Wspomniałem, że opis świata mocno wiąże się z fabułą, więc parę słów o niej. Znaczy, tak ogólnie, żeby nie spoilerować. Przede wszystkim, książka wymyka się podziałom  . Mamy tu sporo z politycznego thrillera, troszkę SF w wersji hard, ździebko cyberpunku, przygarść***** postapo (bardzo, bardzo wyraźne nawiązania do „O-bi, o-ba. Koniec cywilizacji” Szulkina), jest sporo SF w jej socjologicznej postaci (wszyscy powołują się na Zajdla, ale dla mnie to nie jest aż tak widoczne, jak w przypadku Szulkina czy Dicka). Do tego szczypta akcji i kryminału. Wydawać by się mogło, że z takiego miksu wyjdzie raczej słabo strawna mieszanka, a jednak nie. Fabuła wciąga, niespiesznie ale skutecznie, i w pewnym momencie czytelnik się łapie na tym, że trudno  się oderwać od lektury. Mimo ewentualnych dyskomfortów.

Z postaciami pojawiającymi się na stronach powieści jest podobnie jak ze światem – informacje na ich temat dawkowane są w ilościach śladowych – im ważniejsza persona  , tym ich mniej. Na przykład o tym, jak wygląda główny bohater, dowiadujemy się dopiero w ostatniej części książki. Dużo więcej mówi o postaciach to, jak się zachowują w określonych sytuacjach, jakie decyzje podejmują, przy czym emocje nie są wcale jakoś przesadnie wyeksponowane. Wydaje mi się, że to też jest efekt zamierzony i, chcąc nie chcąc, oceniamy je z punktu widzenia g.A.I. Nie wiem, jak odbierali to inni, ale ta dehumanizacja postrzegania postaci sprawiała, że podchodziłem do nich jeszcze bardziej emocjonalnie. Jakbym potrzebował uzupełnić brakujące wrażenia, uzupełnić szkic o kolory i trójwymiar. Taka kreacja bohaterów   sprawiła też, że zacząłem się zastanawiać nad jeszcze jedną kwestią. Skoro Kosikowi tak łatwo przychodzi opisywanie tak ograniczonego, a właściwie to skupionego na czymś innym niż u normalnego człowieka, postrzegania ludzi, to może sam nie jest człowiekiem? W razie czego , niech żyje Skynet******!

Nadejszła tradycyjnie wiekopomna chwila, w której to powinienem zacząć wytykać autorowi błędy i ogólnie pastwić się nad nim i nad jego książką. I nie bójcie się, właśnie zamierzałem się oddać tej niewątpliwie przyjemnej******* działalności. Choć może niektórym będzie brakować Alojzego. We wstępie wspomniałem, że w czasie lektury czułem dyskomfort. Niestety, gdy się przez prawie dziesięć lat czyta wyłącznie rozrywkowego, dziecięco-młodzieżowego Kosika, to potem trochę trudno się przestawić na Kosika dojrzałego i śmiertelnie poważnego. Winę za to normalnie zdrowo ponosi autor, oczywiście i niewątpliwie, bo za rzadko pisze dla dorosłych. Ja wiem, że rynek fantastyki w Polsce jest taki, a nie inny, że trzeba sobie wychowywać fanów od małego. Ale może zamiast od razu wrzucać dorastających sympatyków Felixa, Neta i Niki (jest w książce mrugnięcie okiem w ich kierunku) w głębiny ciężkiej fantastyki, trzeba było zaserwować im coś pośredniego, może rozwinięcie „Miasta ponad i pod” albo coś w segmencie YA?

W kwestii błędów i ew. wypaczeń – jest jedna rzecz, która mnie mocno raziła. Po co w świecie, w którym ludzie są przez SI nanotechnologicznie kontrolowani i <autocenzura>******** , policja, sądy i więzienia? Skoro SI potrafi wyeliminować ze społeczeństwa nie tylko każdego, kto się wychyla, ale kto w ogóle może w przyszłości się wychylić, to skąd się biorą przestępcy? Skąd czarny rynek i szara strefa w świecie, w którym można zostać poddanym eliminacji za nieoddanie znalezionego na ulicy banknotu? SI miała aż nadto czasu, żeby się nauczyć ludzi i taki błąd, jak pominięcie części przestępców, nie powinien się w ogóle przydarzyć. A jeśli to działanie celowe g.A.I., to jaki jest jej motyw? Mnie nic logicznego do głowy nie przychodzi.

Moja subiektywna ocena? To, co opisałem powyżej, sprawia, że nie mogę dać „Różańcowi” więcej niż 7.5/10. To bardzo dobra książka, ale troszkę jej do świetności brakuje, zbyt dużo kwestii pozostaje niedopowiedzianych i w dodatku kończy się w tradycyjnie polski sposób*********, którego nie wyjaśnię, żeby nie spoilerować, choć stali czytelnicy moich recenzji już się pewnie domyślili, co mam na myśli. Co gorsza, powieść jest tak śmiertelnie poważna, że dla tych, którzy uwielbiają ździebko ironiczne i inteligentne poczucie humoru Rafała Kosika, lektura może być niekoniecznie miłą niespodzianką. Ale jak by nie było, warto przeczytać „Różaniec”. I choć mam względem niego parę zarzutów, to nie ukrywam, że przy lekturze zarwałem kilka nocy. Czego i Wam życzę.


Tytuł: Różaniec
Autor: Rafał Kosik
Wydawca: Powergraph
Data wydania: 30.08.2017
Ilość stron: 512 (w tym jedna strona reklam)
ISBN: 978-83-64384-68-4


* Miałem jako przykład podać datę ślubu czy urodziny najukochańszej z żon, ale to wiadomo, kto te moje teksty czyta?

** W sumie to już mniej skleroza, a bardziej demencja, ale niech będzie… Poza tym szortalowym emerytom wolno zapominać.

*** Jak widzicie, rośnie nie tylko moja skleroza, ale i moja troska o poprawną polszczyznę. Dziwnym nie jest, równowaga w przyrodzie zachowana być musi.

**** Jak ja o Was dbam, kochani Szortalowicze. Wszystko zrobię, żeby nie zepsuć Wam przyjemności z lektury książki.

***** To słowo powinno być łatwiejsze niż „zagumienia”. Przy okazji wyjaśnienie: gdy weźmie się wieś z jedną główną ulicą/drogą, po obu stronach której znajdują się zabudowania, to zagumieniami nazywa się drogi gruntowe do niej równoległe, biegnące z obu stron pomiędzy zabudowaniami a polami. To może Wam się przydać, jakbyście tak sobie chcieli kiedyś po pij… znaczy, w stanie podwyższonej świadomości pojeździć traktorem, będąc na agrowakacjach w białostockiej części Podlasia.

****** Tudzież dowolna inna SI próbująca przejąć władzę nad światem. A w sumie to ciekawe, czy psu państwa Kosików zdarza się szczekać na swojego pana…

******* Wyłącznie dla autorów ze skłonnościami do masochizmu, oczywiście…

******** O-ho, o mały włos, a jednak bym zaspoilerował na całego. Jak to dobrze, że każda moja recenzja musi swoje odleżeć, zanim wyślę jej ostateczną wersję do korekty i redakcji.

********* Może bez dziewczynki w za ciasnych bucikach, ale mało brakowało. Bardzo mało. I nie, wcale nie dlatego że urosła (aleście dziś złośliwi, moi kochani Szortalowicze). Choć rzeczywiście ździebko urosła.