Cudotwórca z targu

Ocena: 
0
Brak głosów
Smród roztaczający się w tej okolicy był nie do zniesienia. Spoceni ludzie, podgniłe warzywa, niskiej jakości tekstylia z importu… Paskudna, okaleczająca węch mieszanka. Pomimo tego Artur wciąż brnął w głąb labiryntu straganów, poszukując człowieka, który stał się jednym z czołowych tematów plotek w mieście.
Stoisko, przy którym można było znaleźć Srokę, znajdowało się nieopodal zamkniętej budki z kebabem. Łatwo trafić, bo najdłuższa kolejka, przynajmniej według pani Heleny spod piątki.
Po kilku minutach kluczenia wśród rzędów stołów zawalonych towarami, młody mężczyzna w końcu odnalazł właściwe miejsce. Podszedł do oczekujących ludzi i zapytał, czy wszyscy tu do uzdrowiciela Sroki.
Uzdrowiciel – to słowo ledwo przecisnęło mu się przez gardło. Ktoś próbujący leczyć ludzi na targowisku zasługiwał co najwyżej na miano szarlatana. Było jednak kilka powodów, dla których Artur, świeżo upieczony magister farmacji, zdecydował się z nim spotkać.
Znachor nie pobierał opłat za swe usługi, co już stanowiło ewenement. Gdy ktoś koniecznie chciał się odwdzięczyć, to był proszony o przyniesienie jedzenia lub ubrań. Co więcej, kuracja maściami zalecona przez Srokę sprawiła, że blizna po poparzeniu trzeciego stopnia na ręce ciotki Artura zniknęła bez śladu. To zakrawało na miarę cudu, a opisy wielu podobnych przypadków krążyły pocztą pantoflową po całym mieście.
Artur postanowił sprawdzić, kim tak naprawdę jest ten konował i na czym opiera się skuteczność jego działań. Słońce prażyło niemiłosiernie, jednak ciekawość i poczucie obowiązku dawały farmaceucie siłę do zniesienia niedogodności. Zaczął rozmawiać z ludźmi z kolejki. Niektórzy pokładali pełną ufność w zdolności Sroki, inni traktowali uzdrowiciela jako ostatnią deskę ratunku. Tak czy inaczej, wszyscy mieli jakieś nadzieje na wyleczenie.
Po niemal dwóch godzinach oczekiwania w końcu nadszedł moment konfrontacji ze Sroką. Znachor, na oko sześćdziesięcioletni mężczyzna, wyciągnął pulchną dłoń na powitanie.
– Maciej Sroka.
– Artur Kołodziejczyk.
– W czym mogę ci pomóc? – zapytał samozwańczy uzdrowiciel.
– Chyba mam problemy z żołądkiem – zmyślał farmaceuta, nieco zmieszany bezpośrednim podejściem swego rozmówcy. – Często boli mnie po posiłku. Próbowałem zmienić dietę na lekkostrawną, ale to nic nie dało.
– Hmm, zobaczmy… – Sroka przyłożył dwa palce do brzucha Artura. – Wszystko wydaje się być w porządku. Może problem nie leży w trzewiach, a w umyśle. Twój mózg wmawia organizmowi, że jedzenie mu szkodzi.
Młodzieniec przełknął ślinę. Czyżby znachor coś podejrzewał?
– To w ogóle możliwe? – dociekał.
– Wszystko jest możliwe, drogie dziecko. – Sroka uśmiechnął się szeroko. – Wystarczy, że uwierzysz.
– A co, jeśli to tylko początek choroby? Może mam wrzody? Albo raka? Na pewno dobrze pan to sprawdził? – Artur usilnie starał się nie stracić przykrywki. Zgromadzeni ludzie mogliby zareagować w niezbyt przyjemny sposób na jawny zarzut oszustwa wobec uzdrowiciela.
– Na tym świecie nie ma już Panów – odrzekł Maciej. – Umarli dawno temu, lecz pozostawili po sobie pewne… pamiątki.
Słowa Sroki nieco przeraziły Artura. Zaczął nerwowo rozglądać się dookoła. Targowisko opustoszało. Wszyscy ludzie z kolejki jakby wyparowali.
– Nie jesteś taki jak inni. – Znachor zwrócił się do młodzieńca. – Ślepo podążający za czymkolwiek, co przyniesie korzyść. Ty pragniesz prawdy. Przybyłeś tu odkryć mój sekret, więc go wyjawię, choć to będzie miało swą cenę.
Zerwał się silny wiatr. Dookoła fruwały foliowe torebki i gazety. Niebo spowiły ciemne chmury.
– Widzisz ten zeszyt? – Sroka wskazał na notatnik w wyświechtanej, skórzanej oprawce. – To Księga Życia, spadek po pewnym Panu, który dawno temu opuścił ten świat. Historia głosi, że  wpisanym tu osobom gwarantowane jest Niebo. I rzeczywiście tak się dzieje, lecz Nieba można zaznać tylko na Ziemi. Po śmierci czeka wyłącznie pustka. Wykorzystuję tę Księgę, by ulżyć ludziom w cierpieniach, lecz Jej możliwości są ograniczone. Brakuje miejsca na kartach… Opowiedziałem już wystarczająco dużo. Nadszedł czas zapłaty.
– Co nią jest? – zapytał Artur.
– Zobaczysz.
Farmaceuta usłyszał huk potężny niczym grzmot i stracił przytomność.
Ocknął się na kocu rozłożonym na betonowej alejce pomiędzy straganami, otoczony przez gromadę ludzi.
– Wszystko w porządku? – Klęcząca tuż obok kobieta dotknęła jego czoła. – Strasznie pan rozpalony. Mało co nie wyrżnął pan głową o kant stołu!
– Maciej Sroka, uzdrowiciel! Gdzie on jest?! – wyrzucił z siebie Artur.
– Spóźnił się pan – powiedział jakiś facet z tłumu. – Sroka wyjechał wczoraj z miasta. Podobno miał problemy z policją. I dobrze, nie potrzeba nam tu jakichś oszustów…
Wśród ludzi wywiązała się gorączkowa dyskusja. Uwagę Artura przykuła jednak leżąca na ziemi kartka. Wziął ją do ręki. Była cała zapisana imionami i nazwiskami, a na samym szczycie strony widniały te należące do niego, wyraźnie przekreślone.
Po twarzy farmaceuty zaczęły spływać krople potu.