Agnozja

Autor: 
Ocena: 
0
Brak głosów

Marek po raz pierwszy zorientował się, że coś jest nie tak w sylwestra. Stał na molo, obejmując Martę ramieniem, i patrzył w niebo, na fajerwerki. Pompon jej czapki łaskotał go w podbródek, bąbelki szampana łaskotały podniebienie, a fakt, że świętował sylwestra ze swoją kobietą, łaskotał jego ego. W snopach iskier na głową nie widział kwiatów, które zawsze obiecywali producenci i wiedział, że nawet Psia Gwiazda się przelękła i znikła z firmamentu, ale dalej śledził barwne wybuchy. Czerwone, purpurowe, niebieskie, złote i srebrne skry spadały z nieba i gasły w zimnym powietrzu.

– Ten zielony, widziałeś? Piękny był! – Głos Marty przebił się przez hałas.

Zielony? Marek nie odpowiedział, tylko objął ją mocniej. Był pewny, że zielonych fajerwerków nie było. Czyżby Marta znowu za dużo wypiła?

Milczał, kiedy wracali do hotelu. Ostatnio często milczał, kiedy ona trajkotała. Kiedy rzucił półgębkiem, że sztuczne kwiaty w recepcji były mocno przykurzone, Marta zbyła go śmiechem, a on nie drążył tematu.

Drugie wydarzenie nastąpiło niewiele później, minęły zaledwie trzy tygodnie. Za nic w świecie nie mógł znaleźć niebieskiego krawatu, który kupił, bo jego kolor idealnie pasował do ulubionej sukienki Marty. To było jeszcze zanim zaczęli się spotykać albo na samym początku ich związku, kiedy wszystko, co lubiła ona, było lubiane także przez niego i nie miało znaczenia to, że wcale nie czuł się dobrze w niebieskim. Niebieskie było niebo i to w zupełności zaspokajało jego zapotrzebowanie na ten kolor. Pamiętał, że Marta zauważyła ten krawat i wiedział, że ona wie i urosła parę centymetrów z samozadowolenia, ale to nie był problem bo on także urósł z jej szczęścia. Choć wolałby, aby późniejsze prezenty od Marty jednak nie nawiązywały do jej ubrań i dodatków. I tylko to styczniowe niebo wisiało nad nim ciężką szarością.

Kiedy w walentynki stracił kolor czerwony, nie mógł już udawać, że nic się nie dzieje. Dzień zaczął się normalnie i miał skończyć się jak walentynki wszystkich innych par – film, kolacja, róże, bielizna w haftowane serca. Nie chciał martwić Marty i sam nie do końca wiedział, co się dzieje, kiedy z każdym spojrzeniem na bukiet róż widział, jak tracą swoją czerwień i stają się ciemnoszare. Dekoracje w restauracji. Sukienka Marty (choć ona chyba była szara od samego początku, tylko wyglądała jak ta, która kiedyś była niebieska, ale nie był pewny). Szara ćwiartka pomidora na talerzu wyglądała na porośniętą pleśnią. Zamiast w łóżku wylądowali na pogotowiu. Marta świetne sprawowała się w roli troskliwej pielęgniarki, a kiedy okazało się, że Markowi nic nie dolega, prawie wyglądała na rozczarowaną.

Oczywiście Marek wykonał bardziej szczegółowe badania, które oczywiście niczego nie wykryły. Czasem chodził sam do muzeum sztuki w nadziei, że przypomni sobie, jak wyglądały kolory. Zaczął ubierać się na czarno. Kiedy w antykwariacie znalazł „Niekończącą się opowieść” i nie mógł odróżnić części dziejących się w wyobraźni od tych dziejących się w świecie realnym, odczuł stratę dotkliwszą, niż kiedy dawał Marcie szarawe żonkile z okazji ich rocznicy. Niewiele kolorów pozostało w jego świecie i nawet te resztki znikały jak piasek w klepsydrze.

Ostatnim kolorem, który mu pozostał, był brązowy. Brązowe były pnie drzew, czekolada, włosy i oczy Marty. I kiedy patrzył w nie po raz ostatni, widział, jak wypłukują go łzy. Kiedyś mówił, że jeżeli ją straci, to znikną wszystkie kolory z jego życia. Nie przewidział, że tracić można na wiele sposobów.